2016 rokiem metalu – podsumowanie

2016 był w szeroko pojmowanej kulturze popularnej rokiem pełnym kontrastów. Z jednej strony mieliśmy świetne albumy, filmy, seriale czy koncerty, z drugiej kilka sporych rozczarowań, zarówno w muzyce, jak i na dużym ekranie. Tym co chyba jednak najbardziej zapadnie nam w pamięć jest to, jak wiele gwiazd odeszło od nas w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Kiedy pod sam koniec 2015 roku z szokiem i niedowierzaniem żegnaliśmy nieśmiertelnego wydawałoby się Lemmy’ego, nie przypuszczaliśmy, że rok później będzie jeszcze gorzej. Od Davida Bowiego, przez Alana Rickmana, Prince’a, Georga Michael’a, aż do Carrie Fisher. Nie są to oczywiście postacie związane ze światem metalu, jednak jestem pewien, że każdy z nas stracił w ubiegłym roku jakiegoś ulubieńca, artystę, z którym się wychowywał lub który po prostu nie był mu obojętny. To jednak tylko taka mała dygresja, bowiem z naszego punktu widzenia, najważniejszy jest rock i metal – a w tej dziedzinie akurat, 2016 miał do zaoferowania wiele dobrego.

Jestem przekonany, że w ostatnim roku każdy fan ciężkiego grania znalazł coś dla siebie – zarówno miłośnicy prostszych, bardziej melodyjnych odmian metalu, jak i zwolennicy progresji czy też sympatycy thrashu. I właśnie od potężnego, thrash’owego uderzenia zaczął w styczniu Dave Mustaine i jego Megadeth – „Dystopia”, 15 album studyjny w dorobku grupy, spełnił chyba wszystkie oczekiwania słuchaczy. Świetnie brzmiący, ciężki, różnorodny, zawierający naprawdę dobre kompozycje. Zmienił się skład zespołu (przyszli gitarzysta Kiko Loureiro oraz perkusista Lamb Of GodChris Adler), nie zmieniło się za to jedno – jakość – i to zarówno w studiu, jak i na żywo, o czym mogłem przekonać się osobiście podczas Power Festiwal w Łodzi. Thrash metal generalnie miał się w 2016 dobrze – aż trzy zespoły z tak zwanej „wielkiej czwórki” wydały premierowy materiał, wspomniane Megadeth, Anthrax, a także oczywiście Metallica, do której jeszcze wrócimy. Oprócz tego, solidnie do pieca dołożył też Testament, wydając świetnie przyjęty „Brotherhood of The Snake”.

Dużo dobrego dostali też fani nieco młodszych kapel. Mocno aktywna była scena, powiedzmy „nu metalowa” (w dzisiejszych czasach termin ten chyba odchodzi już do lamusa) – nowe płyty nagrali chociażby Deftones czy Lacuna Coil, która była jedną z gwiazd ubiegłorocznego Woodstocku. Na tym polu jednak bezapelacyjnie zarządził Korn. „The Serenity of Suffering” to ich najlepszy album od lat, kolejny, ale tym razem najbardziej udany powrót do korzeni, krążek który powala brzmieniem oraz ciężarem, zachowując przy tym tak charakterystyczne dla grupy chwytliwe melodie.

Koniecznie trzeba też wspomnieć o tak różnorodnych kapelach jak stoner’owy Red Fang, metalcore’owe Killswitch Engage i Caliban czy deathcore’owe Whitechapel, a także o Avenged Sevenfold, którzy nieco po cichu, wydali jeden z lepszych albumów ubiegłego roku. Odnoszę wrażenie, że grupa ta ma mniej więcej tyle samo przeciwników co zwolenników, trzeba jednak uczciwie przyznać, że ostatnio miewała kłopoty z określeniem własnej tożsamości. Ich poprzednia płyta, „Hail To The King”, bardzo mocno skręcała w stronę Metalliki („This Means War” momentami brzmi wręcz jak plagiat „Sad But True”), na nowej, „The Stage”, zespół czerpie z kolei delikatne inspiracje z metalu progresywnego. Tym razem jednak, nie drażni to słuchacza, a wręcz przeciwnie – wzbogaca materiał i nadaje całości nieco szlachetności oraz różnorodności.

Nie można też zapomnieć o świrach z The Dillinger Escape Plan, którzy zaskoczyli metalowy świat decyzją o zakończeniu działalności. Na pożegnanie jednak, zaserwowali nam znakomity longplay, będący godnym podsumowaniem ich blisko dwudziestoletniej kariery. Znając produktywność i ambicje członków zespołu, na pewno jeszcze nie raz o nich usłyszymy przy różnego rodzaju projektach pobocznych. Greg Puciato śpiewa przecież w Killer Be Killed czy The Black Queen, a Ben Weinman powołał do życia projekt Giraffe Tounge Orchestra. I na tym ostatnim chciałbym się teraz nieco skupić, bo nie ukrywam, iż jest to moje najlepsze odkrycie 2016 roku. Super grupa, w której skład wchodzą wspomniany wyżej gitarzysta Dillingera, a także wokalista Alice In ChainsWilliam DuVall, Brent Hinds z Mastodona, Pete Griffin z Dethklok oraz były bębniarz The Mars Volta, Thomas Pridgen. Przyznajcie, z takimi nazwiskami to nie mogło się nie udać, czego dowodem jest wydany we wrześniu album „Broken Lines”. Wybuchowa mieszanka progresywnego rocka, metalu i muzyki alternatywnej, zdecydowanie jedna z moich ulubionych premier ostatniego roku. Dla wielu fanów, najlepsza płytą minionych 12 miesięcy z pewnością była „Magma” Gojiry. Osobiście, na początku byłem nią nieco rozczarowany (spodziewałem się chyba po Francuzach nie wiadomo jakiego arcydzieła), jednak z biegiem czasu, krążek ten coraz częściej gościł na mojej playliście. Nie można natomiast złego słowa powiedzieć o Gojirze w wersji „live”. Widziałem ich minionego lata dwa razy – na ich pierwszym oraz ostatnim koncercie na trasie i zarówno podczas jednego, jak i drugiego, dali z siebie wszystko.

Jeszcze jednym młodym (a nawet bardzo) zespołem, o którym można wspomnieć na zasadzie ciekawostki, jest japoński Babymetal. Twór doprawdy przedziwny i co najbardziej zaskakujące – zdobywający coraz większą popularność w naszej części świata. Do grona fanów tych trzech nastolatek wykonujących taneczny j-pop metal (?) należą między innymi Red Hot Chili Peppers, Rob Halford, Guns ‘N’ Roses czy Metallica (zdjęcia i filmy nie kłamią), z którymi to legendami Japończycy wielokrotnie występowali.

Wracając na nieco bliższe nam tory, nie sposób nie wspomnieć o kilku reprezentantach progresywnego grania, którego fani w 2016 roku również mieli czego słuchać. Do gry wrócili między innymi Animals As Leaders czy Devin Townsend, który jak zwykle pokazał klasę, a także Dream Theater, o którym niestety nie da się powiedzieć tego samego. Olbrzymi, dwupłytowy koncept album „The Astonishing” jest dla mnie zdecydowanie największym rozczarowaniem minionego roku. Pompatyczna, patetyczna, rozwleczona, zupełnie nieodkrywcza i wtórna płyta, zawierająca w kółko powtarzające się, te same „Dream Theatere’owskie” patenty, które nudne były już trzy krążki temu. No i co z tego, że panowie są technicznymi wirtuozami, jak od kilku lat drepczą w miejscu. O ile poprzedni album z 2013 roku miał sporo naprawdę mocnych i zapadających w pamięć momentów, tak najnowszy usypia już przy czwartym kawałku (z 34!!). Nie zawiódł na szczęście Opeth, którego lider, Mikael Åkerfeldt, konsekwentnie, na kolejnej już płycie unika śpiewu growlem. W niczym to jednak nie przeszkadza, bowiem na „Sorceress” dzieje się i tak dużo dobrego. Nie jest to już „progresywny death metal”, co więcej, mało jest tu nawet samego „metalu” – dostajemy za to po prostu bardzo wysokiej jakości rock progresywny, ze świetnymi fragmentami, pięknymi melodiami i fantastycznym kunsztem wykonawczym.

Mówiąc o Opeth, wywołałem niejako do tablicy Skandynawię – a i na tamtejszej scenie działo się sporo ciekawych rzeczy. Kolejny bardzo dobry album nagrali Norwegowie z Kvelertaka, których również miałem okazję widzieć w zeszłym roku na żywo. Po czterech długich latach, z nowym materiałem powróciła Meshuggah, kolejny raz rozstawiając djentową konkurencję po kątach. Zapomnieć o sobie wciąż nie daje Ghost, który zdobywa coraz to większą popularność na całym świecie – tym razem, Szwedzi zaprezentowali EP–kę „Popestar”, z jednym premierowym numerem oraz czterema coverami. Z nowymi krążkami powrócili też Ihsahn, a także In Flames, odnoszę jednak nieodparte wrażenie, że muzycy z Goteborga w kółko nagrywają tę samą płytę (za każdym razem jednak brzmi ona mniej ciekawie) i po prostu nie chce im się już ryzykować i silić na wymyślanie czegoś nowego, co mogłoby nieco ożywić formułę zespołu. Nuda.

Oprócz wielu płyt długogrających, otrzymaliśmy też w 2016 roku sporo ciekawych mini albumów, a swoje EP-ki nagrywali bardzo uznani artyści. Niepublikowany wcześniej materiał, wydało pod postacią krążka „The End” Black Sabbath. Nieco nowości zaserwowało nam także Lamb Of God, nagrywając na cześć zmarłego na białaczkę fana „The Duke”, oraz wspomniany wyżej Ghost. Na uwagę zdecydowanie zasługuje także projekt Prophets Of Rage, czyli odrodzone Rage Against The Machine z B-Realem z Cypress Hill oraz Chuck’iem D z Public Enemy na wokalu. Grupa wykonuje premierowe piosenki, a także klasyczne pozycje z repertuaru wyżej wymienionych zespołów. O tym, czy takie wcielenie legendarnego bandu ma sens, będzie się można przekonać już latem – zespół jest jedną z głównych gwiazd tegorocznego Open’era. Najlepsza EP-ka została jednak wydana na sam koniec roku, a jej autorem jest Trent Reznor i jego Nine Inch Nails. Nowy materiał, nowy skład, a także ambitne plany na przyszłość, przede wszystkim jednak – dawno niesłyszana agresja i energia w muzyce grupy. Znakomity krążek!

Na koniec, zostawiłem najbardziej wyczekiwany album nie tylko 2016 roku ale i jakiś ostatnich ośmiu lat – chodzi oczywiście o Metallikę i „Hardwired… To Self-Destruct”. Wiele było obaw odnośnie tej płyty, wiele było śmiechu i szyderstwa z czasu, jaki zespół potrzebował aby ją wydać, ale koniec końców chyba każdy przyzna, że się udało. Mniej lub bardziej, ale jednak się udało. Metallica powróciła na właściwe tory, a w kilku kawałkach słychać naprawdę rasowe, metalowe granie, takie za jakim fani najbardziej tęsknili. Jest na tej płycie trochę „Czarnego Albumu”, sporo „Load” i „ReLoad”, nieco „Death Magnetic”, jest nawet pod koniec szybka thrash’owa petarda w stylu „Damage Inc.” czy „Battery” – dla każdego coś dobrego. Zauważyłem też ostatnio, że tak jak „Death Magnetic” z 2008 roku, po początkowym zachwycie z każdym kolejnym przesłuchaniem tracił na wartości, tak z nową płytą jest zupełnie na odwrót. Słuchałem jej już kilkadziesiąt razy i za każdym razem wydaje mi się jeszcze lepsza – a to chyba niezła prognoza na przyszłość.

Tak jak wspomniałem, 2016 był dobrym rokiem dla rocka i metalu. Wyszło dużo świetnych krążków, odbyło się sporo fajnych koncertów, stara gwardia nie zawiodła, a i „młodsi” w większości udowodnili, że mają coś ciekawego do powiedzenia. Na nasze szczęście, 2017 również zapowiada się całkiem nieźle. Nowe płyty wydadzą między innymi Marilyn Manson, Mastodon, Decapitated, Suicide Silence, Nine Inch Nails oraz A Perfect Circle, są też szanse na premierowy materiał od System of a Down, Rammstein, Alice In Chains czy Stone Sour. Powrót A Perfect Circle (w planach jest również trasa koncertowa), choć z pewnością przez fanów przyjęty bardzo entuzjastycznie, zwiastować może jednak też jedną złą nowinę. Wszystko wskazuje na to, że po raz kolejny nie doczekamy się niczego nowego od Toola. Po wydaniu „Hardwired… To Self DestructMetalliki, to właśnie o krążku tytanów progresywnego grania możemy mówić teraz jako o najbardziej oczekiwanym metalowym albumie od lat. A tych nazbierało się już sporo, w końcu od wydania „10.000 Days” minęło ich już prawie 11…

Miniony rok obfitował w tak dużo dobrych płyt, że z pewnością kilka z nich pominąłem, nie sposób jednak napisać o każdej. Dajcie znać w komentarzach, o jakich pozycjach warto jeszcze wspomnieć, a które lepiej przemilczeć i zapomnieć. Ja się cieszę, że było z czego wybierać i mam nadzieję, że za rok o tej porze będziemy mieli podobny kłopot bogactwa. I tylko takich kłopotów w 2017 roku wszystkim nam życzę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *