Blaze'a słucham odkąd pamiętam. Gdy inni zachwycali się Metalliką czy raczkującym wówczas nu metalem ja zdzierałem taśmy kaset "Silicon Messiah" i "Tenth Dimension". Muzyka, towarzysząca wokalowi pana Bayleya, była i jest miłością moją życiową największą. Toteż bardzo poważnie zasmuciłem się gdy po czterech długich latach czekania na następce genialnego w moim mniemaniu "Blood and Belief" usłyszałem "The Man That Would Not Die".
Zawiodło mnie tamto wydawnictwo - brzmieniem, powtarzającym się schematem na kompozycje, brakiem jakiejś dawnej ikry. Z drżeniem serca zatem czekałem na "Promise and Terror". Teraz już wiem. W swoich największych idoli trzeba wierzyć. Nowa płyta Blaze Bayley to po prostu jedna z najlepszych, o ile nie najlepsza, tradycyjnie heavy metalowa płyta ostatnich lat.
Blaze po ostatnich życiowych tragediach (śmierć małżonki i ojca) zmienił się, okrzepł, dojrzał. Muzyka na "Promise and Terror" przesiąknięta jest jakąś melancholią i mrokiem, acz nie jest to mrok z gatunku obdzierania kotów i innych abstrakcji. Chodzi po prostu o klimat - "Promise and Terror" to spowiedź człowieka, który wie, że życie to nie bajka, wręcz przeciwnie, droga pełna niespodziewanych tragedii i jedynie chwil szczęścia, o które trzeba walczyć. Już pierwszy utwór daje temu świadectwo. "Watching the Night Sky" muzycznie może jeszcze obcować z dawnym, wręcz Maidenowym (sławetne Harrisowe "ooo-o-ooo" pod koniec kompozycji), obliczem Blaze'a, ale tekstowo to pierwszy rozdział rozważań Bayleya. Kawałek ten pokazuje też jak bardzo na przestrzeni lat zmienił się wokal Blaze'a. Wokalista generuje taką moc, że niejeden śpiewak operowy chciałby mieć tak mocną przeponę, natomiast malkontenci zamkną usta, gdy usłyszą jakie górki wyciąga w refrenie. Od "1633" zaczyna się szereg niespodzianek i nowości, których w muzyce Blaze jeszcze nie słyszeliśmy. Wspomniany utwór to pierwszy z wielu epickich, nastawionych na klimat kompozycji na płycie. "1633" akurat urzec może ogromną masywnością i wspaniałą grą basu. "God of Speed" to najbardziej melodyjny kawałek w zestawieniu, z pięknym nostalgicznym chorusem. "City of Bones" natomiast przenosi nas w sam środek piekła oblężonego przez Niemców Leningradu. "Faceless" zaskakuje grą gitar z pogranicza szwedzkiego melodic death metalu.
Ale prawdziwe zaskoczenie czeka na koniec. Ostatnie cztery kompozycje to mini-koncept, wręcz suita, ale nie w rozumieniu Floydowym czy Dream Theater'owym a bardziej w duchu Iced Earth, jeśli chodzi o strukturę. Numery płynnie przechodzą jeden w drugi, korespondując ze sobą muzycznie i tekstowo. Kawałki te są bardzo monumentalne i pełne smutnych emocji. Podobać się w nich mogą niesamowite emocje generowane przez Blaze'a ("The Trace of Things That Have No Words") czy wymiany między akustykiem a gitarą elektryczną ("Sorrounded By Sadness"). To w tych kompozycjach Blaze najszczerzej spowiada się z mentalnej podróży jaką przebył na przestrzeni ostatnich lat, wyznaje że jest mu "Comfortable in Darkness". I to jest dobry prognostyk na przyszłość - mimo przeciwności losu Man Who Would Not Die będzie tworzył dalej, jako świadomy muzyk, wiedzący, że czeka na niego tłum fanów głodnych jego muzyki.
W bólach, trudach i znojach artyści zawsze tworzą rzeczy epickie. Tak jest i tym razem. Jedynym minusem "Promise and Terror" jest stara wada Blaze'a. Zawsze brakowało mu... "czegoś" by jego dzieła były "pełne" i bezdyskusyjnie genialne. Tym razem Bayley pierwszy raz w swej karierze zbliżył się bardzo blisko do tego by w końcu ludzie nie ględzili po kątach internetu, "że to, że tamto". Ale mimo wszystko znowu tchnięcie geniuszu jest niepełne, weźmy taki chociażby "Time To Dare" jako przykład - wszystko miło, ładnie, ale coś jednak nie do końca żre jak trzeba w tej kompozycji.
Mimo wszystko, mamy do czynienia z heavy metalem, którego - jestem pewien - w tym roku nic nie pobije.










autor: Grzegorz Żurek
Bruce Dickinson
Iron Maiden
Paul Di'Anno
Rob Halford
Tim "Ripper" Owens
Wolfsbane
Oficjalna strona
MySpace
Facebook
YouTube
Twitter
Last.fm
Wikipedia