Przedziwnych rzeczy można się dowiedzieć zupełnie przypadkowo. Jest szary, zimny dzień, śnieg sypie ci się na głowę i nudzisz się. Idziesz na koncert. Nie wszystkie występujące zespoły znasz, ale co tam. I tak idziesz, przecież trzeba jakoś zabić nadmiar czasu.
I co się dzieje? Niespodzianka! Jeden z zespołów, zupełnie ci do tej pory nieznany, powala cię na kolana. Trudno o większe zaskoczenie. Wszyscy dookoła ciebie go znają a ty jak baran stoisz i wpatrujesz się w scenę tępym wzrokiem. Nie spodziewałeś się że na stosunkowo niewielkim koncercie spotka cię coś takiego.
Tak było i ze mną. Wybrałam się w listopadzie na koncert z cyklu "Legions Of Death Attack". I tam właśnie miałam niewątpliwą przyjemność zapoznać się z twórczością Ukraińskiej grupy Semargl. Nie pamiętam już kiedy odkrywanie nowości sprawiło mi aż taką przyjemność, jak słuchanie tejże kapeli. Będąc pod niewątpliwym urokiem iście piekielnych dźwięków nabyłam ich ostatnią płytkę, zatytułowaną "Manifest" celem skonfrontowania wrażeń z koncertu. Jak ów konfrontacja wypadła?
Otóż wypadła po prostu rewelacyjnie! "Manifest" jest czasem, podczas którego zanurzyłam się w ocean niesamowicie spójnych i jednolitych dźwięków. Ocean gęsty i zawiesisty od wrzuconych do niego emocji, nastrojów i atmosferycznych myśli. Ukraińscy muzycy doskonale wiedzieli co robią, powołując na świat dzieło tak kipiące ekscytacją a jednocześnie monotonne (bynajmniej nie jest to określenie na minus – wręcz przeciwnie!). Słuchając go nie da się przejść wobec niego obojętnie. Po prostu nie da. Każdy zajmie jakieś stanowisko. Jakie jest moje?
Część pierwsza płyty zatytułowana jest "Radius". Już pierwsze sekundy rozpoczynającego "Disconnection" wskazują nam kierunek, w którym płyta będzie podążać. Jest zimno, rytmicznie, monotonnie i po prostu esencjonalnie. Wszystko się ze sobą zazębia, nic nie zgrzyta – wirujący dźwięk gitary dziwnie spójnie działa z rykiem wokalu, perkusja wtapia się w całość nie narzucając się – a wszystko zanurzone w ekstatycznym wietrze emocji i nienawiści. Aż się zatchnęłam – jeżeli na początku dostajemy tak dobry utwór to co będzie dalej? A dalej jest jeszcze lepiej. Rozpoczynający się dźwiękami wojennej zawieruchy "Provocateur" to prawdziwy brylant. Jest powolny, straszy nas zaczerpniętymi z dna piekieł odgłosami, poczym wchodzi w iście "behemothowskim" stylu. Uszy atakują nam miażdżący swą potęgą dźwięk gitary, znowu idealnie spleciony z przyczajoną nieco perkusją. Do tego dochodzi lucyferiański wokal... Ah, aż ma się ochotę spojrzeć za ramię czy ktoś się za nim nie czai. I rację mają ci co się obejrzą, bowiem usłyszymy dźwięk przeładowania broni i strzela do nas "Holocaust 66.6%". Zespół kontynuuje w nim swój zamysł zanurzenia się w beznadziejności i lęku. Muzycznie – nienagannie. Powolnie, miażdżąc wszystko co napotykamy na swej drodze, idziemy dalej, wyśpiewując hymny ku czci Rogatego. Do tego dochodzi spora dawka psychodelicznej elektroniki pod koniec nagrania, która dodaje nagraniu nieco więcej wiatru i lekkości. I tak przeszlismy do części drugiej – "Eradication". "Autokrateia" jest nieco inna od poprzednich utworów. Zaczyna się zdecydowanie lżej i szybciej, ale już po chwili wchodzi w obszary znacznie cięższe klimatycznie. Zachowuje jednak bardziej energiczny rytm, nie jest tak jednostajna (nie bierzcie tego za minus!). Plus brawa za perkusję – po prostu katorżnicza praca! Wokal ocieka tu jadem i spływa krwią, pławi się w nienawiści... Prawdziwa gratka dla poszukiwaczy prawdziwie esencjonalnych kawałków. W utworze "A Lesson ‘S’" znajdujemy mrożącą krew w żyłach industrialną melodię, przeplecioną ze zdającym się dobiegać z oddali męskim głosem, wydającym nam rozkazy. Niewiele jest zespołów którym udało się naprawdę dobrze wmieszać elektronikę w ciężkie brzmienia. Semargl należy do tych nielicznych wyjątków. Krótko ale treściwie. "Schema" znowu zanurzy nas w wojennym klimacie i po prostu rozstrzela swym brzmieniem. W porównaniu do poprzednich utworów, ten jest znacznie szybszy i lżejszy (nie wiem czy to właściwe określenie, ale inne mi nie pasuje). Muzycy wymieszali tu kilka stylów grania – te cięższe, black’owe z nieco mniej mrocznymi klimatami rodem z death metalu a całość okrasili niewielką dawką industrialu i elektroniki. "Selection" powraca do stylu grania, który wystąpił przy pierwszych dwóch kawałkach. Zastanowiło mnie jedno – jak udało im się ciągnąć taki sam jednolity klimat? W tym momencie miałam ochotę wyłączyć tą płytę. Bałam się, że w dalszej jej części inwencja twórcza mogła się skończyć i wtedy zabrakłoby już tej iskry, dającej ów specyficzny klimat. I tu zadziałała magia tej płyty. Nie była w stanie jej wyłączyć. Słuchałam dalej. W ten sposób dotarłam do "Discipline". Uwielbiam taki styl – wokół mnie pociemniało, zapanował mrok, gitary wręcz zmiażdżyły moje bębenki. Ich potężny niczym huragan powiew, zmieszany z dzikim rykiem wokalisty i hipnotycznym pulsowaniem perkusji wprowadziły mnie w przedziwny niebyt. Czułam, że siła tej muzyki coraz bardziej zgina me kolana ku ziemi. Część trzecią, "Verdict", zapowiada nagranie "Decoding” przypominające nieco utwór wprowadzający "Disconnection" pomieszany ze wspomnianym "A Lesson ‘S’". Zimny i surowy dźwięk industrialnej elektroniki. Powiało chłodem, lękiem i brutalnością. Taki odhumanizowany twór ludzkiej dłoni. Prawdziwa perełka! "Triumphator" zawróci nas w wojenne klimaty, rozdzierane piekielnymi wrzaskami dobiegającymi z samego dna otchłani. Te wrzaski oplotą nas swoimi parzącymi mackami i wciągną w szalejące morze płomieni, czyli "Regressus". Otaczający nas świat stanie w ogniu, pomimo przerażająco zimnej melodii, na którą składa się trochę elektronicznej zabawy, wymieszanej z nieco chaotyczną melodią gitar i nierytmiczną partią fortepianu. Wspaniałe preludium do kolejnego kawałka, zatytułowanego "Plasma". Zaczyna się on podobnie jak kilka innych, wojennymi odgłosami, wyciem syren i uczuciem strachu a po chwili przechodzi w solidne death metalowe klimaty, zmącone lekko doom’ową nutą. W tym utworze wokal jest wyciszony, schowany za dominującymi gitarami, wyśpiewuje swe hymny ku chwale Rogatego. Utwór kończy chłodny dotyk elektronicznego wiatru. Zamykający płytę "Manifest Of War" to utwór instrumentalny, wielce zróżnicowany. Rozpoczyna się melodią, która kojarzy się z maszerującym wojskiem, przez cały czas swego trwania zachowuje batalistyczny wręcz rytm, po to by zakończyć się melodią która go rozpoczęła. Odniosłam wrażenie że przez moje uszy przemaszerował cały oddział wojska powracającego z wojny. Dumnych, prężących się w glorii żołnierzy. Dało się nawet słyszeć łopot diabelskich skrzydeł...
Ciężko mi było opisać tą płytę. Dawno już nie spotkało mnie to, co przeżyłam podczas spotkania z dziełem Ukraińców. Ta zaskakująca mieszanina stylów, od industrialu rodem z Rammstein, poprzez surowe melodie wczesnego Satyricon’a, elektroniczne eksperymenty a’la Samael zanurzone w potężnym dźwięku, jakim raczy nas nasz Polski brylant, Behemoth, dała niepowtarzalny twór, zdolny powalić najbardziej wymagających słuchaczy.
Ta płyta wprost zieje nienawiścią do wszystkiego co związane jest z chrześcijaństwem, pluje w twarz autorytetom i ocieka jadem, zdolnym wypalić wszelkie świętości. Polecam każdemu, kto gotów jest na spotkanie z mrokiem lat wojennych, z okrucieństwem i strachem, które są nieodłącznymi jej towarzyszami.










autor: Dorota Książek

Argharus
Carach Angren
Dragobrath
Gromm
IXXI
Natural Spirit
Oficjalna strona
MySpace
Facebook
YouTube
Twitter
Last.fm