Wstęp do klubu wydawał się przebiegać bez problemów bo w niespełna 30 min. udało się wejść wszystkim, którzy stali w kolejce. Punkt o 19:45 zaczął się występ pierwszego zespołu, rodzimej grupy Totem na czele z może i nieco niską osóbką – Weroniką Zbieg, ale o mocy w płucach potrafiącej zdmuchnąć 1000 świeczek na torcie jednocześnie. W połączeniu z żywiołowym zachowaniem na scenie udało się jej porwać sporą część tłumu do zabawy.
Moim zdaniem Totem jako suport Arch Enemy był jak najbardziej na miejscu. Od strony muzycznej można powiedzieć, że zespół sprawił się dobrze. Były szybkie i ciężkie riffy przeplatane niebanalnymi solówkami. Toma (m.in. perkusista Frontside) pomimo, że obciął włosy jego głowa machała w rytm muzyki a szybka i równa gra na bębnach doprawiła pikanterią udany koncert. Skandujący tłum nie chciał wypuścić zespołu ze sceny ale niestety, czas goni.
Po wszystkim rozgrzana część publiczności udała się w stronę baru, natomiast reszta wytrwale czekała przy scenie. Wśród tłumu spotkałem wielu starych znajomych, dziennikarzy muzycznych (pozdrawiam Zbyszku!), ale i samych muzyków.
Ze sceny zaczęły dobiegać pierwsze dźwięki a tłum zaczął skandować "napierdalać!". Światła przygasają i na początek poleciało koncertowe intro podczas, którego na scenie pojawił się perkusista Arch Enemy - Daniel Erlandsson, skromny chłopak, który z pałeczkami do gry miał chyba do czynienia od urodzenia.
Jako pierwszy utwór na scenie, który zespół w pełnym składzie zaczął grać było
"The Immortal"
pierwotnie z krążka "Burning Bridges" a na koncercie z kompilacji o nazwie "The Root of All Evil". Później były stare wyjadacze takie jak:
"Heart Of Darkness",
"Dead Eyes See No Future",
"Silent Wars" czy mocarne
"Nemesis".
Oczywiście nie zabrakło występów solowych. Kiedy pierwszy raz podziwiałem przedstawienie Daniela (mówiłem, że jest świetny?) na koncertowym DVD zarejestrowanym w Japonii byłem zdumiony, ale widząc to samo na żywo z przepiekaną grą świateł, usta nie chciały mi się zamknąć. Erlandsson należy do jednego z moich faworytów jeśli chodzi perkusistów i wiem, że nie bez powodu gości w moim rankingu.
Nie od dziś wiadomo, że Arch Enemy nie byłby tym samym zespołem gdyby nie bracia Amott. Ich perfekcyjna gra na gitarze (choć i tak uważam, że Chris stoi w cieniu brata, całkiem niesłusznie) z wirtuozerią jakimi są szybkie riffy i świetne solówki nad, którymi czasami nie nadążam wzrokiem, każdy koncert wydaje się być niesamowitym przeżyciem. Gitary w tym zespole to pierwszorzędny element i tego nie da się ukryć nijak! Oczywiście panowie również zaprezentowali swoje solowe ego.
No i dochodzimy do wisienki na torcie, Angela Gossow. Jeśli ktoś nadal uważa, że nie ma ładnych Niemek to chyba jeszcze nie spotkał się z tą jakże charyzmatyczną wokalistką i na pewno nie o niebiańskim głosie. Ta urodziwa blondynka w lateksowych spodniach ukazujących jej piękne, kobiece walory na scenie jest jak jeden wielki huragan, który sieje spustoszenie na całej scenie, a kiedy wyda już z siebie dźwięk porównywalny do piły tarczowej nie zostawia nikogo bez podziwu. Zastanawiam się tylko skąd w takich kobietkach bierze się taka moc!
Podsumowując. Arch Enemy po raz pierwszy w Polsce pokazało się ze swojej najlepszej, scenicznej strony. To grupa, która jest na bardzo wysokim, światowym poziomie jeśli chodzi o melodyjny metal. Pomimo, że klub nie pękał w szwach to ludzi było sporo. Wszyscy, którzy przed koncertem udali się do warszawskiego klubu "Traffic", mogli uścisnąć dłoń swoim idolom i podpisać swój egzemplarz m.in. "The Root of All Evil". Dobrze, że na koncercie było jak najmniej utworów z tego krążka…
Setlista:
Intro + The Immortal
Revolution Begins
Ravenous
Taking Back My Soul
My Apocalypse
Heart Of Darkness
Silent Wars
Drum Solo
I Will Live Again
Dark Insanity
Dead Eyes See No Future
Bury Me An Angel
Michael Guitar Solo
Dead Bury Their Dead
We Will Rise
Bis / Encore
Snowbound
Nemesis
Fields Of Desolation + Outro
Warszawa, 26.10.2010
tekst: Tomasz Koza
zdjęcia: Mateusz Kluba















