Ci, którzy myśleli że Rudy i spółka odpuszczą po ostatnim albumie ("Endgame" z 2009 roku) – dali się złapać w nie lada pułapkę. Gra wcale się nie kończy! Po spektakularnej trasie Wielkiej Czwórki po Europie w ramach Sonisphere, każda z kapel poczuła chyba wiatr w żagle. Anthrax po wielu latach wydał wspaniałą płytę ("Worship Music"), a Slayer i Metallica zaplanowały premierę tychże na 2012 rok. Ani na chwilę za peletonem nie zostaje czwarty zespół – Megadeth. "TH1RT3EN" to trzynasty album w dorobku Megadeth.
Wypadł więcej niż przyzwoicie. Zespół metalnews.pl w stałym składzie Tomasz Koza i Grzegorz Żurek miała drobne problemy ze znalezieniem klubu, mimo jego dogodnej lokalizacji (blisko dworca i galerii handlowej), ale mówiliśmy sobie : "Spokojnie, będzie poślizg, zawsze takowe są na koncertach". Tu nastąpiła pierwsza niespodzianka tego poniedziałkowego wieczoru. Organizacja była sprawna jak w szwajcarskim zegarku i jeden z supportów, grupa Malefice wyszła na scenę równo o planowej godzinie 19:00. Ich krótki występ wypadł całkiem zgrabnie, garstka ludzi pod sceną bawiła się przednio. No właśnie garstka i tu trzeba przejść do niespodzianki numer dwa. Zawiodła frekwencja. "Loch Ness" nie pękało w szwach, nie dam sobie uciąć ręki za to czy było chociaż z 200 ludzi...
Chwila przerwy i na scenę wkroczyli Kanadyjczycy z 3 Inches of Blood. Ich specyficzna muzyka łącząca power metal z klasycznym metalem i dozą ekstremy (głównie w postawieniu na speed) relatywnie rzecz ujmując porwała wiarę w tan. Ich występ był bardzo energetyczny i trzeba przyznać rozruszał publikę. Można ich lubić lub nie, ale na scenie dali z siebie wszystko. Jeszcze tylko kolejna chwila oczekiwania (dosłownie chwila - tak jak wspomniałem wyżej organizacja stała na niesamowitym poziomie) i na deski klubu wyszła gwiazda wieczoru, panie i panowie - DevilDriver!
Gdy tylko ekipa Deza wyszła na scenę w "Loch Ness" zaczął się prawdziwy amok. Frontman DevilDriver widząc co dzieje się w klubie co chwilę powtarzał, że spędza świetnie czas i na pewno zjawi się jeszcze z ekipą w Krakowie. Fani pokazali, że nawet niezbyt liczny tłum potrafi wykrzesać ogień i nieziemsko przyjąć swoich idoli. Ze sceny poszły największe hity zespołu, acz jedynym moim zastrzeżeniem jest za mała ilość w secie utworów z ich ostatniej płyty, w moim mniemaniu najlepszej w dyskografii DevilDriver "Pray for Villains". Podczas występu nie zabrakło oczywiście circle pitu. 55 minut zleciało niesamowicie szybko i zespół zszedł ze sceny. Niestety bisów się nie doczekaliśmy, kolejnym zdziwieniem był dla mnie fakt iż do publiczności powędrowała tylko... jedna kostka. Zespół jednak odrobił wszystko w polu, ekipa DevilDriver wyszła 20 minut po zakończeniu występu do pozostałych w klubie fanów, pozując do zdjęć i dając autografy. Na koniec słowem rzeknę tylko o nagłośnieniu koncertu - tu pan kręcący gałkami się nie spisał. Deza ledwo było słychać, gitary też bulgotały sobie gdzieś w tle...
Reasumując - koncert jaknajbardziej na plus. Może i faktycznie trochę za krótko, ale co z tego skoro dane nam było porozmawiać po występie ze swoimi idolami. W klubie "Loch Ness" panował nastrój metalowego pikniku, atmosfera była naprawdę uprzejma (kto teraz powie, że "brudasy" to niekulturalne zjadacze kotów?) a organizacja show stała na światowym poziomie. Oby więcej takich metalowych nocy w naszym kraju, oby więcej.
Setlista DevilDriver:
1. Nothing's Wrong?
2. Pray For Villains
3. These Fighting Words
4. Before The Hangman's Noose
5. Clouds Over California
6. Fate Stepped In
7. Not All Who Wander Are Lost
8. Grinfucked
9. I Could Care Less
10. End Of The Line
11. Meet The Wretched
12. Hold Back the Day
13. I Dreamed I Died
Warszawa, 21.06.2010 tekst: Grzegorz Żurek
zdjęcia: Tomasz Koza









