Image default
NEWSY PŁYTY SPECJALNE WIDEO

48 lat temu ukazał się debiutancki album Black Sabbath


Ulewa, szalejący wiatr, burza, w oddali słychać dzwon kościelny. Mrok i ponurość wprost wylewa się z głośników, ale prawdziwie złowrogie dźwięki zaczynają się dopiero chwilę później. Gitara, najcięższa jaką wówczas świat słyszał; bulgoczący, niczym piekielne kotły bas; perkusja, która wybija posępny rytm i wokal – znudzony, opętany, lekko mamroczący. Czy to śpiewa sam Lucyfer? Tak właśnie zaczyna się kawałek “Black Sabbath”, zespołu Black Sabbath, na ich pierwszej płycie Black Sabbath, która ukazał się dokładnie 48 lat temu. I właśnie dlatego, 13 lutego 1970 roku przez wielu uznawany jest za symboliczny początek heavy metalu.

Wpływu Black Sabbath na ciężką muzykę nie sposób przecenić.

Są nawet głosy, że wszystko wymyślili Sabbaci, a reszta jest tylko mniej lub bardziej udaną kopią. To dyskusyjna teza, ale może być w niej ziarno prawdy. Jeśli jednak zapytać słuchaczy, która płyta jest najważniejsza w dorobku czwórki z Birmingham, większość bez wahania wskaże zapewne, że to wydany we wrześniu 1970 roku „Paranoid” i jest to wybór naturalny, ze względu na ponadczasowe kompozycje, które się tam znajdują. Ta większość zapomina jednak, że styl zespołu i charakterystyczne brzmienie wyklarowały się pół roku wcześniej – na debiutanckim albumie. Warto jednak wiedzieć, że za ciężarem i ponurą atmosferą debiutu stoi w dużej mierze… przypadek.

Black Sabbath - The Ten Year War (limitowany box set)
Black Sabbath – The Ten Year War (limitowany box set)

Historia urazu Tony’ego Iommiego jest powszechnie znana.

Podczas pracy w fabryce – Birmingham było typowym miastem przemysłu ciężkiego – stracił dwa opuszki palców prawej dłoni. Przez to musiał grać ze specjalną nakładką na palce, a dodatkowo, żeby było mu wygodniej, poluzował struny, żeby być precyzyjnym – obniżył ich strój o pół tonu. To właśnie sprawiło, że żaden inny zespół w tamtym czasie nie brzmiał tak ponuro i ciężko jak właśnie Black Sabbath. Brzmienie to pozostało niezmienne do dziś.

Drugim czynnikiem, który wpłynął na wyjątkowe brzmienie debiutanckiej płyty, był pośpiech i bardzo skromne środki na nagranie płyty.

Według relacji muzyków nagranie „Black Sabbath” zajęło im… jeden dzień, a dokładniej 12 godzin – było to 16 października 1969 roku. Muzycy weszli do studia i po prostu zagrali swój set koncertowy, który został zarejestrowany. Tony Iommi, którymi podzielił się wspomnieniami z magazynem „Music Week”, stwierdził, że w owym czasie uważali, że nagranie płyty zajęło im bardzo dużo czasu, a następnego dnia i tak grali koncert w Szwajcarii. Jak widać możliwości dopieszczenia i wygładzenia kompozycji nie było praktycznie wcale. W owym czasie uważano z pewnością, że trudno uznać to za pełnoprawny i profesjonalny album, a raczej za pół-amatorkę. Dziś wiemy, że posępne, nieidealne, a czasem wręcz nikczemne brzmienie stanowi jeden z największych atutów „Black Sabbath”.

Również okładka „Black Sabbath” jest jedną z tych, która od razu zwraca uwagę.

Za plener posłużył opuszczony młyn z XV wieku w miejscowości Mapledurham nad Tamizą. Rzeka, dziki las i tajemnicza postać kobiety tworzą razem bardzo niepokojącą scenerię rodem z horroru. Dziś nikt nie pamięta już, kim była owa kobieta, ale muzycy wspominają, że była chyba jedną z dziewczyn, która odwiedziła ich na backstage’u po koncercie. Należy więc w pełni zrozumieć, że mogli zapomnieć imię i nazwisko.

Okładka albumu "Black Sabbath" z 1970 roku
Okładka albumu “Black Sabbath” z 1970 roku

Warto przyjrzeć się zawartości muzycznej.

Pierwszy i tytułowy „Black Sabbath” to jeden z najbardziej klimatycznych kawałków w historii muzyki. Wspomniane na początku deszcz, burza i kościelny dzwon tworzą z początkowo posępną gitarą i mamrotliwym wokalem niesamowite połączenie. Później jednak utwór rozkręca się, by na koniec uderzyć prawdziwą metalową kanonadą.

„The Wizzard” to kawałek mocno osadzony w bluesie – charakterystyczny rytm i wstęp na harmonijce ustnej przeplata się tam jednak z ciężkim, szarpanym riffem. Warto wsłuchać się również w niemal jazzowe rytmy, które wybija Bill Ward. „Behind the Wall of Sleep” to z kolei bardzo ciekawy dialogiem między wokalem Ozzy’ego Osbourne’a, a gitarą Tony’ego. „N.I.B” to popis Geezera Butlera, a riff basowy, który napędza ten utwór, jest jednym z najbardziej charakterystycznych w historii. Jest to również jeden z utworów, który do dziś nie pozwala spokojnie usiedzieć w miejscu. Najlepszy na płycie? Prawdopodobnie tak. „Evil Woman (Don’t You Play Your Games With Me)” – to kolejny mocno bluesowy numer z charakterystycznym, pulsującym basem i urywanym riffem. „Sleeping Village” to jedyny numer, który można uznać za balladę, choć to mocno naciągane. Nie ma w sobie bowiem żadnej delikatności, a wokal Ozzy’ego brzmi raczej jak śpiew szaleńca. Całość wieńczy świetna solówka Tony’ego. Zamykające podstawową wersję płyty, ponad 10-minutowe „Warning” to ukłon w stronę grania progresywnego, bardzo modnego na przełomie lat 60. i 70. Można uznać, że utwór trwa raczej około 6 minut, a reszta to improwizacja gitarowa, która udowadnia jak wielkim, choć jeszcze nieoszlifowanym talentem dysponował wówczas Tony Iommi.

„Black Sabbath” nie spotkał się od razu z uznaniem krytyków.

Wręcz przeciwnie, pierwsze recenzje były niezbyt pochlebne. Zespołowi zarzucano, że dość nieudolnie kopiuje zespół Cream, drwiono również z tekstów, które określano – mówiąc po polsku – rymami częstochowskimi na temat okultyzmu. Krytykowano również… za długie solówki. Przez lata płyta jednak zdobyła powszechne uznanie i znajduje się niemal w każdym zestawieniu nie tylko najważniejszych albumów metalowych czy hard rockowych na świecie, ale również takich obejmujących inne gatunki muzyczne. To w żaden sposób nie powinno dziwić, bo pomimo tego, że w historii metalu nagrano dużo lepszych płyt, ba!, samo Black Sabbath nagrało lepsze albumy, ale pierwszy może być tylko jeden.

Skan okładki płyty: rarerecordcollector.net

Podobne artykuły

Saxon za dwa tygodnie w Polsce. Wygraj z nami bilety na koncert.

Tomasz Koza

Cavalera Conspiracy wkracza do studia

Lena Knapik

Koncert Soulfly już 21 lipca we Wrocławiu!

Dominika Kudła

4 komentarze

zly_dzien 16 lutego 2018 at 17:19

Niebawem pół wieku metalu 🙂

Odpowiedz
satyricon 16 lutego 2018 at 20:43

Szkoda że już nie zagrają żadnego koncertu ani w Polsce ani nigdzie.

Odpowiedz
maros 16 lutego 2018 at 17:33

Zespół legenda. Paranoid najlepszy.

Odpowiedz
mihix 17 lutego 2018 at 10:17

Bardzo dobra płyta ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Odpowiedz

Zostaw komentarz