Zakończyła się trasa koncertowa „Las Wariatów 2: Zemsta”, podczas której zespoły Sznur i Las Trumien w towarzystwie Trenów oraz Elektrytuału zagrały w dwa weekendy w sześciu miastach. Finałowa impreza tego objazdu odbyła się 19 kwietnia w Warszawie, a my nie mogliśmy odmówić sobie uczestnictwa w niej i oczywiście przygotowania dla Was krótkiej relacji.
Czytaj też: Odwiedziliśmy Until Death Takes Us w Lublinie (relacja z koncertu)
Jednoosobowe Treny rozpoczęły wieczór
Piękny to był niedzielny wieczór, a zaczął się nietypowo, bo od widoku gigantycznej kolejki stojącej przed wejściem do VooDoo Club. Okazało się, że na Stage 1 będzie występował jakiś młody raper z USA, a bilety na jego koncert wyprzedały się co do jednego. Na szczęście Las Wariatów startował wcześniej w sali obok, a kolejki na oba wydarzenia były oddzielne (tzn. na rapsy była wielka, a na metal nie było żadnej), więc już po chwili byłem w środku i z piwem w garści zabrałem się za słuchanie otwierających line-up Trenów.
A właściwie otwierającego, bo Treny to jednoosobowy projekt, który w takim samym składzie występuje na żywo. Tylko długowłosy pan z gitarą, sporo dymu na scenie i muzyka, którą organizatorzy w opisie wydarzenia na FB określili jako „sam na cmentarzu po zmroku z blancikiem metal”. I ogólnie jest to naprawdę trafna definicja, przy czym jej metalowy element wcale nie należy do kluczowych.
W Trenach obecny jest oczywiście klimat DSBM, ale pod względem czysto muzycznym to głównie mocno odjechany, przesterowany dark folk z przejmującym, krzykliwo-zawodzącym wokalem. Ciekawe doświadczenie, naprawdę poruszające w warunkach koncertowych, ale dla mnie raczej nie do posłuchania w domu. Prędzej gdzieś nad ranem, w ostatniej jeszcze czynnej knajpie, w stanie mocnego upojenia, nad do połowy opróżnioną szklanką wyjątkowo podłego wygazowanego browaru.
Elektrytuał, czyli industrial metal w wersji solo
Kolejnym wykonawcą w stawce był drugi tego wieczoru jednoosobowy zespół – Elektrytuał. Industrialny projekt znanego m.in. z Calm Hatchery multiinstrumentalisty Michała Mezgera to też niby tylko typ z gitarą grający do elektronicznych podkładów, ale jak grający! Agresywne bity jak z najbardziej szalonego techno rave’u w towarzystwie prostych, czasem nawet topornych, ale cholernie chwytliwych, groove’owych riffów same zapraszały do zabawy na parkiecie. Świetny, porywający industrialny metal! O taki industrial (którego jako gatunku nawet nie lubię) całe życie nic nie robiłem.
Podobnie czułem się, zarówno pod względem stylistyki muzycznej, jak i ogólnego wrażenia, jakie robił występ, na koncercie duńskiego kolektywu John Cxnnor, który był dla mnie jedną z największych sensacji zeszłorocznego Mystic Festivalu. Tak samo Elektrytuał to była rewelacja tego niedzielnego wieczoru. Łapcie go na żywo, jak tylko będziecie mieć okazję!

Las Trumien – sludge/doomowe opowieści o psychopatach
Chwilę po godzinie 21 na scenie zameldował się Las Trumien, by na trzy kwadranse zabrać nas w świat swoich sludge/doom metalowych riffów i opowieści o seryjnych mordercach z tych bardzo bliskich i tych odległych zakątków świata. Co-headliner trasy „Las Wariatów 2” tradycyjnie zafundował fanom pełen przekrój swojej dyskografii, wykonując co najmniej po jednym kawałku z każdego ze swych wydawnictw studyjnych.
Dość dużo miejsca w secie zajął pierwszy longplay grupy, „Licząc umarłych”, co akurat bardzo mnie cieszy, bo to mój ulubiony materiał od nich. A wieńczący koncert walcowaty, epicki „Synod trupi”, podczas którego basista Rafał gra w stroju czarnego papieża, to mój absolutnie ukochany numer Lasu. Dobrze, że wrócił do setlisty, bo bardzo brakowało mi go na listopadowym gigu chłopaków w Metal Cave na trasie z O.D.R.Ą.
Las Trumien to według mnie jeden z kilku najciekawszych zespołów, które zaistniały w polskim metalu w ostatnich latach. Wielbię go od pierwszej płyty z 2021 r. i uważam, że zawsze dowozi również na żywo, ale tym razem dowiózł wyjątkowo dobrze. Fajna energia, niemal idealny dobór kawałków, głębokie brzmienie gitar, klimatyczne solówki, praca perkusji, no i niepodrabialna stylówa wokalisty Wojtka, jak zwykle odzianego w dresy, żonobijkę i kaszkiet, złożyły się na świetny występ, równie dobrze przyjęty przez warszawską publiczność. Co prawda mogliby pograć dłużej (na wydrukowanej setliście po „Synodzie trupim” znajdowała się jeszcze krótka i szybka „Zwierzyna”, ale nie została wykonana), no ale cóż, jeśli chodzi akurat o ten zespół, jestem jak bohater jednego z ich tekstów, podejrzewany o zabicie prawie 300 osób kolumbijski seryjniak Luis Garavito – wiecznie „Nienasycony”.

Sznur – black metal, degeneracja, taka sytuacja
Utwory Lasu Trumien to oparte na faktach opowieści o mordercach, gwałcicielach i przeróżnych innych zwyrodnialcach. Zdecydowanie nie jest to muzyka dla każdego, dlatego jeśli ktoś z uczestników koncertu nie znał tej kapeli wcześniej, mógł się trochę zdziwić, ale przynajmniej został przez nią choć częściowo przygotowany na to, co miał zobaczyć i usłyszeć później. Kilka minut po 22 stanęły bowiem na scenie czołowe patusy polskiego black metalu – zespół pieśni i tańca Sznur z Wałbrzycha.
Jak zwykle „Anielski orszak” w roli intra, a potem jazda z materiałem z najnowszej płyty. Album pod wdzięcznym tytułem „Cwel” ukazał się zaledwie kilka dni przed warszawskim koncertem, była to więc jedna z pierwszych okazji, by usłyszeć numery z niego na żywo, ale publiczność chyba zdążyła go poznać już całkiem dobrze, bo na nowe kawałki zareagowała entuzjastycznie i szybciutko ruszyła do całkiem agresywnych tańców pod sceną.
Na scenie zaś, jak to zazwyczaj u Sznura bywa, pełna degeneracja. Jakby sama koszulka Zer0 z wizerunkiem Beaty Kozidrak to było za mało patologii, zespół zaprezentował całą kolekcję kominiarek, ćwiekowanych obroży i ogólnie strojów wyjętych żywcem z imprez BDSM. Muzycznie z kolei łoił bez zmiłowania swój zimny, nienawistny black metal i robił to naprawdę bardzo dobrze. Skład zespołu poszerzony został o drugą gitarę, którą obsługiwał Limbo z Gruzji, co w porównaniu z wcześniejszymi koncertami Sznura, jakie widziałem, dodało sporo mięcha riffom, a także niemało wizualnej elegancji, gdyż Michał wyszedł na scenę w bardzo gustownym futrzanym płaszczyku.
Zły, brudny i wulgarny polski metal A.D. 2026
Nie wiem, czy jest w polskim metalu kapela mniej komfortowa do oglądania i słuchania na żywo niż Sznur. Ich groteskowy, wynaturzony image i równie pojebane teksty w połączeniu ze złowrogą muzyką dają black metal na miarę Polski XXI wieku – taki, w którym tradycyjną dla tego gatunku diabelskość i (anty)religijny mistycyzm zastąpiono złem w stu procentach ludzkim, przyziemnym i wulgarnym. Mimo wszystko, cytując pewnego znanego youtubera od kebabów – „robi wrażenie”. 50 minut grania, na koniec największy koncertowy szlagier zespołu, czyli „Zdychaj chuju” z drugiej płyty, wspólna fotka i do domu. Wszak był już późny niedzielny wieczór, a następnego dnia czekała robota i powrót do szarej egzystencji.
Podsumowując, był to bardzo udany, katartyczny wieczór w towarzystwie kolegów i najgorszego, najbrudniejszego polskiego podziemnego metalu. W tym miejscu buziaki, pozdrowienia i podziękowania za zaproszenie należą się HappyDying Productions i zespołowi Las Trumien, a jako że podczas koncertu udało mi się przechwycić od Bartesa najnowszą płytę Rtęci – black/punkowego projektu, w którym grają też 3/4 składu Lasu, za jakiś czas spodziewajcie się jej recenzji na naszych łamach.
