Image default
NEWSY SPECJALNE

31. rocznica wydania albumu „Among the Living” grupy Anthrax


1986 rok był wyjątkowy dla fanów thrash metalu. To właśnie trzy zespoły z tak zwanej wielkiej czwórki wydały swoje prawdopodobnie najlepsze płyty w karierze. Pierwsza zaatakowała Metallica, która w marcu tamtego roku wydała pomnikowe Master of Puppets, później było Megadeth i kipiące energią „Peace Sells… but Who’s Buying?” i na końcu Slayer ze swoją petardą, czyli „Reign in Blood”.

Anthrax, czwarty zespół należący do tego szacownego grona, zawsze trochę odstawał od tej grupy. Swoje największe dzieło – raczej przez przypadek niż celowo – wydał dopiero w następnym roku. W żaden sposób nie umniejsza to jednak doniosłości tego wydarzenia. Wydany 22 marca 1987 roku album „Among the Living” można z powodzeniem zestawić z każdą powyższą płytą.

Trudno pomylić styl Anthraxu z jakimkolwiek innym zespołem.

Wpływ miało na to z pewnością pochodzenie. Podczas gdy Metallica, Slayer i Megadeth wywodziły się z jednego rejonu USA, czyli Bay Area, które można uznać za kolebkę thrashu, Anthrax zaczynał w Nowym Jorku, w którym nie dominował metal a hardcore punkt. I słychać to zdecydowanie na dwóch pierwszych albumach. Dopiero na „Among the Living” można w pełni poczuć metalową moc i hardcore’ową wściekłość. Riffy, w przeciwieństwie do innych zespołów thrashowych, były bardziej szarpane, a linie wokalne skandowane. Niepodrabialny był również styl i brzmienie perkusisty Anthrax, czyli Charliego Benante – jego tempo, precyzja, ale i agresja grania były spoiwem całej muzyki zespołu.

Za sukcesem „Among the Living” stoi również potężne brzmienie.

Było z nim trochę problemów. Zespół bardzo chciał pracować z producentem Eddiem Kramerem, który na swoim koncie miał współpracę m.in. z Led Zeppelin, Kiss czy Jimim Hendrixem. Scott Ian, lider Anthrax, w swojej autobiografii wspomina, że bardzo podobał mu się sposób pracy Kramera, który kazał zespołowi grać w studiu tak jak na żywo. Początkowy entuzjazm jednak ostygł, bo okazało się, że już po nagraniu całego materiału mocno rozjechały się wizje brzmienia albumu.

EMP Shop

Muzycy Anthrax chcieli, aby materiał był dość surowy, niezbyt przystępny, a jednocześnie, żeby dobrze oddawał bardzo szorstki charakter muzyki. Producent z kolei zafascynowany był nowoczesnym, wygładzonym brzmieniem. Za wzór do naśladowania stawiał sobie brzmienie Def Leppard i w takim stylu została przygotowana pierwsza wersja „Among the Living”.

Pomimo tego, że Anthrax wciąż był zespołem na dorobku i nie miał jeszcze statusu gwiazdy, muzycy postanowili postawić się doświadczonemu producentowi. Ten w złości, według relacji Scotta Iana, miał zdjąć z brzmienia większość efektów, nawet tych, które zespół akceptował i zaprezentować im najbardziej surową wersję albumu, jak tylko się dało. O dziwo, ta bardzo przypadła do gustu Anthraxowi i po niewielkiej korekcie stała się wersją ostateczną.

Dziś brzmienie to broni się bez problemu – gitary są soczyste, ale bardzo zadziorne, bas słyszalny i dudniący, a perkusja odpowiednio miękka, ale jednocześnie agresywna. Czy to samo można powiedzieć o Def Leppard i ich albumie „Pyromania”? To pytanie z gatunku retorycznych.


Na wydanym 22 marca 1987 roku albumie „Among the Living” znalazło się 9 utworów.

Płytę zaczyna utwór tytułowy, który początkowo nie zapowiada tego, co ma za chwilę nastąpić. Kilkusekundowe gitarowe intro bez przesteru zamienia się po chwili w ciężki riff w średnim tempie, ale prawdziwe piekło rozpętuje się dopiero po półtorej minuty. To wtedy atakuje wściekły riff, kanonada podwójnej stopy i skandowany wokal.

Dalej jest „Caught in a Mosh”, które w rewelacyjny sposób łączy metalowy i ultraszybki riff napędzany fantastycznie brzmiącym basem z przebojowym refrenem.

„I Am The Law” to z kolei utwór, w którym najwyraźniej słychać przesiąknięcie nowojorską sceną hardcore’ową. Uwagę zwraca ciężar i szarpany riff, ale również raczej melodeklamowane niż śpiewane licznie wokalne. Czy to pierwsza zapowiedź nu metalu? Skandowanie, które idealnie sprawdza się na koncertach, jest również w następnym utworze, czyli NFL.

Wśród kompozycji wartych wzmianki na pewno trzeba też wymienić „Indians”. Nie tylko ze względu na ważną tematykę utworu, ale również na chyba najbardziej przebojowy refren na całej płycie.



„Among the Living”
był niewątpliwym sukcesem Anthraxu. Zarówno artystycznym, bo do dziś można znaleźć go wysoko na wielu listach najważniejszych albumów metalowych wszech czasów, jak i komercyjnym. Płyta dotarła do 62. miejsca na liście sprzedaży Billboardu. Wcześniej zespół najwyżej był na 113. pozycji, którą osiągnął dzięki „Spreading the Deasease” z 1985 roku.

Krążek ten osiągnął status złotej płyty w USA, czyli sprzedaż przekroczyła 500 tysięcy egzemplarzy. Zespół od wydania tego albumu zaczął również z powodzeniem koncertować na całym świecie. Nie jako support, czy jeden z zespołów na festiwalu, ale samodzielna gwiazda, która może przyciągnąć kilka tysięcy miłośników metalu. Status ten nie zmienił się do dziś.

Płytą z 1987, podążający swoją własną drogą Anthrax udowodnił, że zaliczanie go do wielkiej czwórki thrashu nie jest przypadkiem. Jeśli jednak ktoś nadal ma wątpliwości, warto odświeżyć sobie „Among the Living”. Wówczas powinny zniknąć.

Podobne artykuły

Muzycy Helloween o powrocie i trasie koncertowej „Pumpkins United”

Agata Laszuk

Chester Bennington z Linkin Park i Mark Morton z Lamb Of God razem w studiu

Lena Knapik

Watain prezentuje kolejny utwór z nowej płyty Trident Wolf Eclipse”

Agata Laszuk

Zostaw komentarz