Od wielu lat trwa już spór odnośnie tego, czy istnienie cover bandów znanych zespołów jest w dzisiejszych czasach uzasadnione. Zwłaszcza, gdy zespoły tego typu zaczynają kasować coraz więcej za wejściówki na swoje koncerty, a jakby nie patrzeć, są to tylko normalni muzycy wykonujący „obce” przeboje. I cóż, trudno mi jednoznacznie rozstrzygnąć ten spór. Ale wiem na pewno jedno – The Australian Pink Floyd Show zdecydowanie jest projektem który wyłamuje się z jakichkolwiek ram typowego cover bandu. I polscy fani muzyki ekipy Rogera Watersa i Davida Gilmoura doświadczyć mogli tego ponownie. Tym razem w katowickim Spodku.
Zobacz też: David Gilmour przekreśla szansę na pojednanie z Rogerem Watersem
The Australian Pink Floyd Show powrócili do Polski
Australijski projekt upamiętniający działalność kultowego Pink Floyd zawitał do naszego kraju już ponad trzydzieści razy, a w samym Spodku muzycy zameldowali się już po raz dziewiąty. Czy tak pokaźna liczba występów przekłada się już na monotonność i zmęczenie materiałem?
Zdecydowanie nie! Duża w tym zasługa tego, że zespół The Austalian Pink Floyd Show praktycznie co trasę zmienia główny koncept swoich koncertów, przez co znaczna część setlisty przechodzi wiele zmian. I tak oto w ubiegłych latach grupa zagrała u nas m.in. koncert skupiający się na albumie „The Dark Side Of The Moon”, zaprezentowała występ skupiający się na krążku „Wish You Were Here”, czy przedstawiła repertuar ukazujący przekrój całej działalności Pink Floyd. Tym razem zespół zawitał do nas natomiast w ramach trasy prezentującej największe hity legendarnej grupy.
Plejada hitów w katowickim Spodku
I przyznać trzeba, że zamysł całego tournée rzeczywiście widać było w setliście australijskiego projektu. Muzycy zaprezentowali bowiem w Katowicach samą śmietankę hitów ekipy Davida Gilmoura i Rogera Watersa. Zebrani w Spodku fani usłyszeć mogli więc m.in. takie nieśmiertelne utwory jak „Wish You Were Here”, „Money”, „Comfortably Numb”, „ Time”, „Shine On You Crazy Diamond”, czy kultowe „Another Brick in the Wall”.
Ale rzecz jasna nie samymi hitami człowiek żyje – zespół postanowił więc urozmaicić swój repertuar także i mniej ogranymi utworami z działalności Pink Floyd. Ze sceny wybrzmiały więc też m.in. „What Do You Want from Me”, „Sheep”, czy „See Emily Play”. I tak, zdaję sobie sprawę, że również są to utwory w pewnym sensie kultowe i mające solidną pozycję w historii londyńskiej grupy, ale jednak w gąszczu wszystkich ich popularnych kompozycji, wymienione powyżej utwory to perełki, które nie przebiły się aż tak do mainstreamu. Miło więc, że The Australian Pink Floyd Show postanowili trochę je odkurzyć.
Dziwić może jedynie fakt, że muzycy pomimo trasy skupiającej się na największych hitach Pink Floyd ominęli kilka naprawdę kultowych kompozycji. W secie zabrakło więc przykładowo „Mother”, „Pigs (Three Different Ones)”, czy „Us and Them”. Ale biorąc pod uwagę jak spory jest zbiór przebojów legendarnej grupy, to koncert na którym wykonywano by wszystkie z nich trwałby pewnie z pół dnia. Można więc wybaczyć australijskim muzykom odpuszczenie kilku utworów.
A o wybaczenie będzie tym prościej, że wszystkie kompozycje wykonane były na naprawdę wysokim poziomie. Chris Barnes idealnie imituje wokal Rogera Watersa, a Ricky Howard bardzo dobrze udaje charakterystyczną dla Davida Gilmoura manierę wokalną. Słowa uznania należą się również całej reszcie muzyków – odgrywać na żywo partie takich legend na pewno nie jest łatwym zdaniem, a jednak każdy z nich spisał się na medal. Wyróżnić tu warto zwłaszcza Davida Domminneya Fowlera, który brawurowo odgrywał wszystkie najważniejsze sola gitarowe z dyskografii Pink Floyd. Mało kto odważyłby się podjąć rękawicę, by zmierzyć się z dziełami Davida Gilmoura przed kilkutysięcznym tłumem, a Fowler ponownie wyszedł z tej sytuacji z obronną ręką.
Światła, lasery i inne kangury na The Australian Pink Floyd Show w Katowicach
Zespół The Austalian Pink Floyd Show zapowiadał, że wyruszy w swoją tegoroczną trasę z bogatym wachlarzem efektów scenicznych, które urozmaicą występ i słowa rzeczywiście dotrzymał. Praktycznie wszystkie z utworów urozmaicone były o pokazy świetlne oraz laserowe (nie zabrakło rzecz jasna słynnego pryzmatu rozpraszającego białe światło na różne kolory z okładki „The Dark Side Of The Moon”), a na chwilę na scenie pojawiły się również dwa duże dmuchańce. Jednym z nich był słynny nauczyciel ukazany po raz pierwszy na płycie „The Wall”, a drugim różowy kangur podkreślający australijskie korzenie projektu.
Podczas występu The Austalian Pink Floyd Show zabrakło niestety tym razem kultowej wielkiej świni latającej nad publicznością, no ale nie można mieć wszystkiego. Może uda się następnym razem? Bo jestem przekonany, że zespół powróci do nas jeszcze niejeden raz. Podejrzewać można to po tym że grupa występuje u nas ostatnimi czasy praktycznie co roku, a każdy z jej koncertów jest wyprzedany. Podobnie było teraz w Spodku. I jasne, do sprzedaży nie trafiła większość z górnych sektorów trybun, ale płyta hali oraz jej niższe trybuny wypełnione były do ostatniego miejsca. I fakt ten nie dziwi, bo magia Pink Floyd w dalszym ciągu żyje z nami – i to dzięki m.in. takim projektom jak The Austalian Pink Floyd Show.
Organizatorem katowickiego koncertu The Australian Pink Floyd Show był Mystic Coalition, sojusz firm o bogatym doświadczeniu na rynku koncertowym, festiwalowym i wydawniczym. W skład Mystic Coalition wchodzą Mystic Production, B90 oraz Knock Out Productions.

