REKLAMA

Lark singiel Halfway Down The Road

RELACJE

Warsaw Gotta Go! Relacja z koncertu Agnostic Front (22.02.2026)

Agnostic Front

Pod koniec zeszłego roku legendarny nowojorski zespół Agnostic Front wydał swój kolejny, trzynasty już album „Echoes in Eternity”. Aktualnie promuje go trasą koncertową, w ramach której dwukrotnie wystąpił w Polsce. Ojcowie chrzestni hardcore’a zagrali we Wrocławiu podczas wystawy starych samochodów i motocykli Kustomhead oraz w Warszawie na klubowym koncercie zorganizowanym przez Winiary Bookings. Poniżej krótka relacja z tego drugiego wydarzenia.

Czytaj też: Relacja z koncertu Napalm Death. Muzyczne zniszczenie w stolicy

Raw Brigade – egzotyczna niespodzianka na początek

Niedzielny wieczór 22 lutego w klubie Proxima otworzyła młoda ekipa ze stolicy Kolumbii. O ile południowoamerykańska scena metalowa jest powszechnie znana, szanowana i wydała na świat co najmniej kilka kapel o kultowym statusie, to o załogach z tamtych rejonów grających hardcore nie słyszy się u nas zbyt często. Przyznam, że zespołu Raw Brigade w ogóle nie znałem wcześniej i potraktowałem ich występ przed Agnostic Front trochę jako egzotyczną ciekawostkę.

Ale jaka to była ciekawostka! Chłopaki z Bogoty wyszli na scenę bez żadnych kompleksów i w chwilę zawładnęli całkiem już licznie zgromadzoną na sali publiką, serwując jej ciężki, furiacki hardcore punk zagrany według najlepszych tradycyjnych wzorców, przeplatając szybkie strzały z miażdżącymi, brutalnymi zwolnieniami. Dali bardzo energetyczny występ, idealny na start imprezy, choć dość krótki, bo trwający zaledwie pół godziny z małym hakiem. Tym niemniej zaskoczyli pozytywnie chyba wszystkich obecnych wówczas w klubie.

Wisdom in Chains – ciekawie, choć inaczej niż na płytach

Krótka chwila przerwy na zmianę sprzętu i przed godziną 20 na deskach byli już członkowie Wisdom in Chains. To reprezentanci młodszego (choć teraz to już raczej średniego) pokolenia amerykańskiego HC, pochodzący ze stanu Pennsylvania i grający od 2002 r. W zeszłym roku, po zmianach w składzie, odejściu długoletniego frontmana Mad Joe Blacka i zrekrutowaniu w jego miejsce Frankiego Puopolo z Death Before Dishonor, wydali bardzo fajny split z zespołem Evergreen Terrace.

Wisdom in Chains zawsze prezentowali raczej melodyjniejsze podejście do muzyki HC, ale na koncercie w Warszawie z jakichś przyczyn zabrzmieli jeszcze trochę lżej i mniej agresywnie niż w studiu. Być może to wina nierównomiernego nagłośnienia gitar, bo odniosłem wrażenie, że melodyjne leady dominowały w miksie nad riffami gitary rytmicznej. Dało to efekt ciekawy, choć nieoczekiwany, zbliżając brzmienie zespołu bardziej do tradycyjnego punka niż brutalnego hardcore’u. Trochę to kontrastowało z nieco „bad boyową” prezencją sceniczną grupy, zwłaszcza umięśnionego, wytatuowanego łysola, jakim jest Frankie Puopolo. Nie był to może słaby występ, ale chyba trochę czego innego się po Amerykanach spodziewałem. Trzeba jednak przyznać, że wytworzyli na scenie fajną energię, a wykonany na koniec hiciarski numer „Already Dead” zrobił robotę jako zwieńczenie ich gigu.

Agnostic Front – klimat i energia ponad wszystko

Po występie Wisdom in Chains nastąpiła dłuższa przerwa organizacyjna, podczas której szczelnie wypełniającą Proximę publiczność bawiły z głośników przeboje w rodzaju „Girls Just Want To Have Fun” czy „Never Gonna Give You Up”, ale kiedy o godz. 21 światła przygasły i poleciał „New York, New York” Franka Sinatry, wiedzieliśmy, że za chwilę rozpocznie się muzyczna wycieczka do miasta na Wschodnim Wybrzeżu, w którym narodził się amerykański hardcore, i które dało światu takie zespoły jak Biohazard, Cro-Mags, Madball czy przede wszystkim właśnie Agnostic Front.

Zaczęli od „Way of War” z nowej płyty, potem przeplatając kawałki z „Echoes in Eternity” ze starymi klasykami. Poleciał więc żelazny zestaw hitów w rodzaju „Victim in Pain”, „Friend or Foe”, „My Life My Way”, „For My Family”, „Old New York”, „Police State” czy „Gotta Go”, tutaj wykonane z gościnnym udziałem Frankiego z Wisdom in Chains, oraz dość zaskakujące „United Blood” z Carlosem z Raw Brigade. Bardzo dobrze wypadły numery z najświeższego krążka, szczególnie „Sunday Matinee”, który wyrasta na mojego osobistego faworyta nie tylko z „Echoes in Eternity”, ale i z dorobku Agnostic Front w ogóle – to doskonały koncertowy banger. No i dwie obowiązkowe przeróbki – „Crucified” Iron Cross i zagrany na sam koniec „Blitzkrieg Bop” nieśmiertelnych Ramonesów. Właściwie to prawie na sam koniec, bo ostatnią piosenką, jaka wybrzmiała tego wieczoru w Proximie, było „Happy Birthday” od publiczności dla świętującego niedawno swoje urodziny basisty Mike’a Gallo.

Setlista AF absolutnie nie zawiodła, a i wykonania – choć miejscami nieidealnego – nie zamierzam się czepiać. Vinnie Stigma ma już 70 lat, Roger Miret 62, a ich młodsi koledzy, którzy dołączyli do zespołu później, są młodsi tylko trochę, ale sceniczną energią wciąż są w stanie przyćmić niejeden początkujący skład. Jasne, widać, że najlepsze lata formy fizycznej weterani mają za sobą, Miret czasem nie domaga już wokalnie (choć w Warszawie mógł też akurat być trochę lepiej nagłośniony), ale jako frontman wciąż daje z siebie wszystko. Stigma, ze swoimi charakterystycznymi ruchami, unoszeniem gitary nad głowę i strojeniem głupich min do publiczności, ma w sobie coś z wesołego dziadka, ale jak już w końcu wjedzie z solówką, to pytań brak.

Koncert Agnostic Front w Warszawie w 2026
Koncert Agnostic Front w Warszawie w 2026

Nie będę tutaj udawał jakiegoś wielkiego eksperta od sceny HC, bo wcale nim nie jestem, ale akurat Agnostic Front ma w moim tradycyjnie metalowym sercu jednak szczególne miejsce, w którym zadomowił się właściwie od pierwszego przesłuchania utworu „Gotta Go” wiele lat temu. Widziałem AF na żywo dopiero po raz drugi i bawiłem się zdecydowanie lepiej niż za pierwszym. Było szaleństwo w młynie, wspólne skandowanie refrenów, było kilka wzruszających momentów – po prostu świetny koncert, którego ogólny klimat przyćmił pewne niedociągnięcia wykonawcze. Jego jedyną poważną wadą była długość – tak jak panowie pojawili się na scenie tuż po godzinie 21, tak tuż przed 22 ją opuścili. Niespełna godzina grania, żadnych bisów, tylko pamiątkowa fotka na pożegnanie. Stojąc w długaśnej kolejce do szatni trudno było uwierzyć, że to już koniec, ale z drugiej strony, kto taką dawkę hardocre punkowej energii wytrzymałby dużo dłużej?

Fotografia nagłówkowa: Materiały prasowe

Podobne artykuły

Relacja: Heidenfest, Kraków 28.10.2012

Tomasz Koza

Relacja: Korpiklaani w Polsce, Gdańsk 10.04.2013

Tomasz Koza

Relacja z koncertu online Wardruny, czyli pierwszy lot białego kruka

Agnieszka Kozera

Zostaw komentarz