RELACJE

Relacja: Testament, Dew-Scented i Blood from Within w Polsce, Kraków 27.03.2013

Co się odwlecze to nie uciecze, chciałoby się rzec po koncercie legendy thrash metalu – zespołu Testament w krakowskim klubie Studio. Amerykanie pierwotnie mieli nawiedzić nasz kraj 16 listopada zeszłego roku, jednak z powodu zobowiązań Gene’a Holgana (perkusisty grupy) wobec drugiej kapeli – część europejskiej trasy została przeniesiona na początek 2013 roku.

Ze szwajcarską dokładnością, o 19:00 otworzyły się bramy klubu, a metalowa brać bez dłuższego namysłu uderzyła w jego progi.

Klasyczny obchód sali koncertowej, oględziny stanowiska z merchem (swoją drogą, ceny “szmatek” rosną, niebezpiecznie zbliżając się do, wciąż odległych dla większości polskich fanów, cen europejskich… Ale nie o tym zamierzam Wam dziś prawić.

Parę minut przed 20:00 na scenie zameldowali się Szkoci z Bleed From Within – pierwszy support, wspierający Testament na europejskiej części trasy promującej krążek “Dark Roots Of Earth”. Sympatyczni metalcore’owcy z Wysp pozostawili po sobie bardzo dobre wrażenie, rozgrzewając (jeszcze stosunkowo nieliczną) publiczność. Zabrzmiały zarówno numery z nowowydanej płyty “Uprising” (tytułowy, “It Lives In Me” oraz “I Am Oblivion”), jak i starsze rzeczy (choćby “Last Of Our Kind” czy “Vanity”). Nie mniej, półgodzinny set Bleed From Within wydał mi się ciut zbyt krótki, a sam koncert pozostawił “pozytywny” niedosyt. Chciałoby się usłyszeć coś jeszcze od młodych muzyków, którzy wyraźnie są w formie. Takie jednak są prawidła grania rozgrzewacza. Techniczni szybko zgarnęli ze sceny sprzęt zespołu i zaczęli przygotowywać graty muzyków z Dew-Scented.

Po chwili na scenie zamontowani byli już Niemcy z wyżej wspomnianej kapeli.

Nigdy nie przepadałem za muzyką, którą proponują panowie zza zachodniej granicy, a koncert utwierdził mnie w przekonaniu, iż to jednak nie moja muza. Przydługi set, bardzo podobne do siebie kompozycje i rzucające się w uszy, coraz gorsze (znamiona słabości było słychać już w trakcie gigu BFW) nagłośnienie niesamowicie mnie znużyły. I choć panowie dwoili się i troili, widać było, iż trasa niekoniecznie im służy – wokalista chrypiał, gitarzyści momentami przysypiali, same utwory zaś – dobrane bez większego rozmachu zdawały się być kolejnymi wariacjami jednego utworu. Choć w rzeczywistości Niemcy zagrali jednak dość przekrojowy set – niestety nie przekonali mnie. Cztery kompozycje z “Icarus” (m.in.: “Hubris”, “Storm Within” czy “Sworn To Obey”), oraz kilka z pozostałych krążków (choćby “Acts Of Rage”, “Cities Of The Dead”, “Turn To Ash” czy “That’s Why I Despise You”). Niespełna godzinny występ dłużył się niezwykle, ale co tam! Za moment mieli przecież wyjść z ukrycia panowie z majestatycznego Testament!

Jak się rzekło, tak się stało.

O 22:00 zgasły światła, zabrzmiało intro, a na scenie pojawili się muzycy legendarnej formacji. Gdy Chuck Billy przywitał krakowską publiczność, ta oszalała! Kocioł pod sceną był niesamowity, a Billy dowodził fanatykami, machając swoim uroczym mikrofonem – zbliżonym w konstrukcji do miecza świetlnego znanego z “Gwiezdnych Wojen”. “Rise Up”, który otworzył ponad półtoragodzinny występ na żywo brzmi jeszcze potężniej niż na krążku! W ogóle, numery z “Dark Roots Of Earth” zabrzmiały w trakcie koncertu nieco lepiej niż “starocie”, czy jak wolicie – klasyki.

Piszę nieco, ponieważ beznadzieja brzmienia okazała się mieć swoje apogeum właśnie w trakcie występu headlinera. Momentami ciężko było rozpoznać, jaki utwór grał zespół! Tym bardziej, że Skolnick z Petersenem sporadycznie przechodzili płynnie z numeru w numer. Sam Billy, na początku mało wygadany – po czasie zaczął gaworzyć z publicznością. Zdawał się być zachwycony reakcjami naprawdę licznej hordy metalheadów w różnym wieku (w Studio stawili się przedstawiciele co najmniej dwóch pokoleń!).

Obok wspomnianych numerów z ostatniego krążka Testament (“True American Hate”, “Dark Roots Of Earth”) zabrzmiało parę evergreenów (“Burnt Offerings”, “The Haunting”, “Into The Pit” czy “Practice What You Preach”). Szczerze mówiąc, byłem zdziwiony, iż ten ostatni był jedynym przedstawicielem kultowego krążka “Practice What You Preach”. Gig był zdominowany przez kompozycje z “ostatnich” albumów – oprócz zeszłorocznych wałków, zabrzmiały numery z “The Gathering” (“3 Days In Darkness” czy “Riding The Snake”) oraz “The Formation Of Damnation” (tytułowy oraz “More Than Meets The Eye”).

Szesnaście utworów w czasie nieco większym niż półtorej godziny robiło jednak wrażenie. Muzycy zdawali się świetnie bawić, zapewniając od czasu do czasu, że “w Polsce zawsze spoko”, Skolnick z Petersenem wymieniali się solówkami oraz miejscami na scenie, Billy udawał, że gra na swoim “mieczopodobnym” mikrofonie, Holgan tłukł na perkusji aż miło, a Christian dotrzymywał mu rytmicznego tempa.

Gdyby nie miałkie brzmienie Studia – byłoby wyśmienicie.

Było jednak “tylko” bardzo dobrze. Sympatyczny występ Bleed From Within, przeciętny (przynajmniej dla mnie) gig Dew-Scented oraz arcydzieło w wykonaniu Testament. Amerykanie po raz kolejny dowiedli, iż niewymienianie ich jednym tchem w towarzystwie “Wielkiej Czwórki Thrashu” jest niewybaczalnym błędem. Ale co tam! Panowie nie okazują z tego tytułu żadnych kompleksów. A wręcz przeciwnie! Łoją aż miło. No i cóż… widzimy się ponownie w czerwcu! Na metalfestowym after party w stolicy. Testament znów uderzy. Tym razem w towarzystwie Napalm Death. A kto w Krakowie nie był… ten trąba (ojj ja biedny – dop. red. nacz.)!

 

Autor: Tomasz Kulig

Podobne artykuły

Relacja: Perturbator, H.EXE, Favorit89 – Wrocław, 08.06.2017

Albert Markowicz

Relacja: Swedish Empire Tour: Sabaton, Eluveitie oraz Wisdom, Kraków 03.03.2013

Tomasz Koza

Relacja: Soulfly, Lody Kong – Gdańsk, 16.06.2014

Tomasz Koza

Zostaw komentarz