RELACJE

Relacja z Metal Kommando Fest IX – kolejny krok w rozwoju imprezy

Metal Kommando Fest IX

W sobotę 9 maja odbyła się w Warszawie kolejna, dziewiąta już edycja cyklicznej imprezy Metal Kommando Fest z udziałem m.in. Christ Agony, Traumy i Virgin Snatch. Ten klubowy mini-festiwal jak zwykle odwiedziła też nasza redakcja, a poniżej znajdziecie relację z niego.

Początek w wykonaniu black metalowych debiutantów

Dziewiąte Metal Kommando odbyło się tradycyjnie w warszawskim VooDoo Club i wystartowało punktualnie o godzinie 18. Imprezę rozpoczął black/death metalowy zespół Wstręt, dla którego występ na MKF był też pierwszym, debiutanckim koncertem.

Grupa istnieje dopiero dwa lata, ale zdążyła już nagrać dwie bardzo solidne EP-ki dla Godz ov War Productions, a materiał z nich zabrzmiał na żywo wcale nie gorzej niż w wersji studyjnej. Prymitywne, podziemne beheritowo-sarcofagowe łojenie robiło dobre wrażenie i naprawdę mogło się podobać.

Po krótkim, półgodzinnym secie Wstrętu na scenie zainstalował się kolejny, a zarazem ostatni tego wieczoru przedstawiciel świeżej blackowej krwi na polskim poletku – Genocide Kvlt. Występujący, co ciekawe, bez basisty kwartet zaprezentował się z naprawdę dobrej strony. Było trochę war metalowego bestialstwa, trochę skocznych punkowych rytmów, ale przede wszystkim dużo brudu, jadu i antyreligijnego przesłania.

Po odegraniu kilku swoich utworów Genocide Kvlt zakończył występ coverem legendarnego Thunderbolt „Spadnie śmiertelny cios…”, co dość dobrze podsumowuje zarówno inspiracje muzyczne zespołu, jak i jego przekaz liryczny. Dali naprawdę porządny koncert, którego bluźnierczą atmosferę dodatkowo podbiła prezencja sceniczna – zamaskowani muzycy, flagi z logiem zespołu, no i obowiązkowa czaszka przymocowana do mikrofonowego statywu i owinięta drutem kolczastym. Znaczy się, wszystko na swoim miejscu.

Virgin Snatch – thrash metal z zupełnie innej beczki

Chwilę przed godziną 20 doszło do całkowitej zmiany klimatu, rozpoczął się bowiem występ Virgin Snatch. Zespół obchodzi w tym roku ćwierćwiecze istnienia, a ja sam ostatnio widziałem go na żywo niemal dwadzieścia lat temu. Byłem więc mocno ciekaw formy, w jakiej jest Virgin Snatch A.D. 2026, zwłaszcza że na Metal Kommando Fest zaprezentować mieli specjalną setlistę i wystąpić w najmocniejszym możliwym składzie: z wokalistą Zielonym, którego szersza publiczność kojarzy obecnie z projektu Polish Metal Alliance, scenowym weteranem Aniołem (Corruption) na basie, a przede wszystkim ze swoim byłym gitarzystą Jackiem Hiro (Sceptic, ex-Kat & Roman Kostrzewski), który specjalnie na ten koncert wpadł pograć ze starymi kolegami.

Virgin Snatch wykonuje, ogólnie rzecz ujmując, thrash metal, ale raczej nie z tych przesadnie oldschoolowych. Od początku kariery łączyli go z nieco nowocześniejszym brzmieniem i charakterystycznym dla przełomu lat 90. i 2000. groovem, przez co, jako miłośnik bardziej tradycyjnych dźwięków, nigdy nie zostałem ich wielkim fanem. Trochę obawiałem się też tego, jak przyjmie zespół publika MKF, przyzwyczajona przecież głównie do blackowych i deathowych wyziewów oraz bardziej staroszkolnego, ejtisowego speed/thrashu. Reakcja ludzi była jednak bardzo dobra – zespół zagrał dla niemal pełnej sali, a pod sceną szybko rozkręcił się pierwszy tego wieczoru młyn.

Muszę przyznać, że był to zaskakująco dobry koncert – fajnie brzmiący, a przede wszystkim szalenie energetyczny. Zielony dwoił się i troił na scenie, zeskakiwał z niej w publiczność, surfował na rękach tłumu, słowem – bawił się jak rasowy rockowy frontman. Z kolei Hiro swoimi riffami i solówkami po raz kolejny potwierdził, że nie bez powodu uważany jest za jednego z najsprawniejszych technicznie gitarzystów w Polsce. Virgin Snatch A.D. 2026 na żywo przekonuje – i choć był to koncert bardzo różny od dwóch poprzednich tego wieczoru, to wcale nie mniej udany.

Traumatyczny death metal, traumatyczne nagłośnienie

Na festiwalach często bywa tak, że nawet przy dobrym i równym składzie oraz wysokim poziomie wszystkich grających zespołów ktoś po prostu musi wypaść słabiej, nawet jeśli nie do końca ze swojej winy. Na MKF ta rola przypadła niestety przedostatniej grupie w stawce, którą była elbląska Trauma.

Dla weteranów z Warmii Metal Kommando było kolejnym przystankiem trwającej trasy koncertowej „Death Metal Forever 2026” i widać było, że spora część publiczności stawiła się w VooDoo Club głównie dla nich. W nabitej po brzegi sali można było dostrzec naprawdę sporo osób w koszulkach Traumy, które bardzo entuzjastycznie reagowały na kolejne płynące z głośników death metalowe klasyki zespołu, w tym choćby słynne „Suffocated in Slumber”, a nawet jeden z najstarszych staroci, skomponowanych jeszcze w latach 80. pod nazwą Thanatos.

Niestety mnie nie do końca pozwoliło cieszyć się tym występem nagłośnienie. Jak bardzo rzadko jestem zmuszony narzekać na realizatorski aspekt koncertów w ramach Metal Kommando czy w klubie VooDoo w ogóle, tak tym razem ewidentnie coś za konsoletą nie zadziałało. Zespół na scenie starał się jak mógł, ale brzmienie wydawało mi się mocno płaskie, przytłumione i mało dynamiczne. Szkoda, bo widać było potencjał na dobrą death metalową sztukę w wykonaniu, jakby nie patrzeć, bardzo zasłużonej w tym gatunku formacji. Cóż, może następnym razem.

Christ Agony – nowy skład, nowe siły, nowy rozdział

Główną gwiazdą Metal Kommando Fest IX była kolejna ikona polskiej muzyki ekstremalnej, black metalowe Christ Agony. Cezary „Cezar” Augustynowicz powrócił w zeszłym roku po niemal dziewięcioletniej przerwie bardzo pozytywnie przyjętą płytą „Anthems” i skompletował nowy skład zespołu, do którego weszli perkusista Dimon i basista Shambo.

Szczególnie cieszy obecność tego ostatniego – Leszek „Shambo” Rakowski to przecież były członek Vadera z mojego ukochanego okresu działalności tej formacji, który po długim rozbracie ze sceną wrócił na nią kilka lat temu, najpierw w barwach Atrocious Filth, teraz zasilając również Christ Agony. W Warszawie pokazał, że jest w wybornej formie, podobnie zresztą jak cały jego nowy zespół.

Panowie zaserwowali długi, sporo ponad godzinny set, wypełniony żelaznymi klasykami z repertuaru Cezara. Najwięcej miejsca zajęła w nim płyta „Moonlight – Act III”, z kolei, co ciekawe, z najnowszej nie wykonali tym razem nic. Poza tym większość nagrań Christ Agony reprezentowana była przez co najmniej jeden utwór, zaczynając od poprzedniego albumu „Legacy”, z którego na początku występu usłyszeliśmy „Coronation”, a kończąc na demówce „Epitaph of Christ” i kawałku „Faithless”, który z kolei zamknął cały wieczór.

Wszystkie wykonane numery, w większości dość wolne, balansujące gdzieś na granicy black i doom metalu, zabrzmiały potężnie, dostojnie i bardzo organicznie. Wygląda na to, że powszechnie krytykowana i wyśmiewana era jednoosobowych występów Christ Agony na żywo pod hasłem „Cezar feat. laptop” definitywnie odeszła w zapomnienie. I bardzo słusznie!

Metal Kommando Fest IX za nami. Podsumowanie

Dziewiąte Metal Kommando zakończyło się kawałek przed północą i muszę przyznać, że była to bardzo udana edycja, choć pewnie nie najlepsza, na jakiej byłem. Chyba nieco wyżej stawiam te z udziałem Deus Mortem, Azarath i Infernal War – przynajmniej pod względem czysto muzycznym, bo od strony organizacyjnej MKF IX było imprezą przebiegającą zdecydowanie najsprawniej ze wszystkich dotychczasowych odsłon cyklu.

Od szybkiego ogarniania bramki poczynając (po raz pierwszy bilety były dostępne online przez stage24.pl, a nie tylko po kontakcie mailowym, co znacznie przyspieszyło ich sprawdzanie), przez ekspresowe przepinki zespołów i brak opóźnień w czasówce, a kończąc na uruchomieniu przez VooDoo Club dodatkowego baru, który znacznie rozładował kolejki po piwo, wszyscy stanęli na wysokości zadania.

Impreza odbywająca się na większej z dwóch sal stołecznego klubu była już po raz kolejny wyprzedana do ostatniego miejsca, co oznacza, że bawiło się na niej sporo ponad 300 osób. Liczba ta może nie robić wielkiego wrażenia na bywalcach dużych plenerowych festiwali, ale jak na warunki podziemnego klubowego mini-festu jest naprawdę imponująca. Metal Kommando Fest stało się marką na koncertowej mapie, nie tylko Warszawy, ale i Polski, bo odwiedza je coraz więcej osób z innych miast. Serdecznie gratuluję zatem Filipowi Kowalczykowi, Piotrkowi Latosowi oraz ich przyjaciołom z ekipy organizatorskiej i bardzo się cieszę, że Metal News Polska może jako partner medialny wydarzenia dokładać swoją cegiełkę do jego rozwoju.

Teraz pojawia się pytanie – co dalej z Metal Kommando Fest?

Festiwal powoli przestaje się mieścić w swojej dotychczasowej lokalizacji, kończą się też polskie zespoły, które mogłyby na nim zagrać, bo prawie cała czołówka naszego ekstremalnego podziemia już na MKF gościła. Czyżby czas na większy klub i headlinera z zagranicy? Być może, choć jeszcze nie w tym roku. Jubileuszowy, dziesiąty Metal Kommando Fest już został zapowiedziany na 12 września i ponownie odbędzie się w VooDoo. Spieszcie się z rezerwacją biletów, jak tylko pojawią się w sprzedaży, bo coś czuję, że kolejny sold out będzie tu tylko formalnością.

Podobne artykuły

Relacja z koncertu zespołów Sunnata i Narbo Dacal. Kameralna transowa podróż

Piotr Żuchowski

Relacja: Obscure Sphinx, Dirge – Gdańsk, 09.05.2014

Tomasz Koza

Relacja: Frontal Cortex, Cereus, Here On Earth – Klub Faust, Katowice, 13.04.2019

Paweł Kurczonek

Zostaw komentarz