RECENZJE

Recenzja: Metallica – Hardwired… To Self-Destruct #1

 
Długie lata oczekiwania, dziesiątki innych pobocznych aktywności, między innymi koncert na Antarktydzie, kinowy film, własny festiwal oraz dziwaczna kolaboracja z Lou Reed’em, ale wreszcie jest – nowy studyjny album Metalliki. Przez ostatnie osiem lat można było odnieść wrażenie, że ekipa Jamesa Hetfielda robi wszystko, żeby tylko tej płyty nie wydać albo przynajmniej jak najbardziej opóźnić jej premierę, co zaczęło w pewnym momencie powodować małą szyderę ze strony fanów. Na szczęście jednak, muzycy z Bay Area nie zdecydowali się ostatecznie czerpać wzorców z Axla Rose’a (na słynne „Chinese Democracy” trzeba było czekać 17 lat) i tak o to możemy już cieszyć się „Hardwired… To Self-Destruct”. Ale czy rzeczywiście nowy krążek dostarcza nam powodów do radości? Odpowiedź na to pytanie poznacie w poniższej recenzji.

O tym, że nowy, tak bardzo wyczekiwany album Metalliki będzie dużym wydarzeniem medialnym, nie trzeba było nikogo przekonywać. Dawno nie widziałem wydawnictwa, które promowanoby z taką pompą. Wypuszczenie w dość krótkim odstępie czasu trzech pierwszych singli (których wybór akurat mógł część fanów odstraszyć), materiały „od kulis” ze studia, 12 teledysków (po jednym do każdego numeru na płycie) wyemitowanych w przeciągu 24 godzin, koncerty oraz eventy promocyjne, a także dwie nocne premiery u nas w Polsce, w Katowicach i w Warszawie, z występami na żywo (Alcoholica) oraz zaproszonymi gośćmi. Przejdźmy już jednak do samej muzyki, bo to o nią przecież całe to zamieszanie.

Na początek mamy dwa numery, które już zdążyły się osłuchać, szybki i krótki „Hardwired” oraz wolniejszy i znacznie bardziej rozwleczony „Atlas, Rise!”. Po pierwszym zetknięciu z tymi piosenkami z lekkim zmartwieniem odniosłem wrażenie, iż mogłyby spokojnie znaleźć się na „Death Magnetic”, a przecież po tylu latach nie oczekiwałem wcale „DM2”. Odpalamy zatem trzeci w kolejce „Now That We’re Dead” i dzieje się magia – cofamy się w czasie do 1996 roku. Kawałek ten brzmi, jakby był napisany podczas sesji do „Load” i „Reload”. Proste, hardrockowe granie, przyjemny melodyjny refren, całość skąpana w klimacie tamtych płyt. Jakże przyjemnie, po ostatnich, przekombinowanych produkcjach, posłuchać znowu tak grającej Metalliki. Wpływy „Death Magnetic” nadal są jednak w grupie silne, bo kolejny singiel „Moth Into Flame” znowu przywodzi na myśl tamten krążek (a w szczególności „The End of The Line”). Mimo wszystko, piosenki tej słucha się całkiem przyjemnie, jednak już za chwilę kompletnie blednie ona przy jednym z najlepszych momentów na płycie, „Dream No More”. I tym razem trudno jest uniknąć skojarzeń z przeszłością, a do głowy od razu przychodzi „Czarny Album” i „Sad But True”. Podobne tempo, moc i ciężar, znakomity klimat oraz świetny tekst, w którym powraca mityczny Cthuhlu. W tym momencie fanowska gęba szczerzy się już na dobre, bo za taką Metalliką właśnie tęskniliśmy – potężną, ciężką, groźną i tajemniczą. Jest dobrze. Jest naprawdę dobrze. Tym bardziej, że pierwszy dysk kończymy kolejnym trafionym strzałem, „Halo On Fire”, który gdyby się uprzeć, mógłby nazywać się… „Unforgiven IV”. Świetny, stylowy, wielowątkowy utwór, balansujący między mocą, a delikatnością, a jego ostatni akt, w którym Hetfield śpiewa „Hello darkness, say goodbaye”, zakończony solówką Hammetta, to po prostu coś pięknego.

Mocno rozentuzjazmowani końcówką zestawu numer jeden, odpalamy płytę numer dwa.

Drugie rozdanie rozpoczyna „Confusion”, w którym niby wszystko się zgadza, ale jednak w natłoku wrażeń po przesłuchaniu całego albumu, kawałek ten gdzieś ginie i szybko o nim zapominamy. Ot taki przyjemny, Metallikowy średniak. Następny w kolejce „ManUNkind” intryguje delikatnym intro, które po chwili jednak przeistacza się w mocarny, nieco „southernowy” riff. W dalszej części utworu robi się naprawdę ciekawie za sprawą znakomitego przejścia z nałożonym efektem na wokal Hetfielda oraz oryginalnym solo Hammetta. Kolejny na liście, „Here Comes The Revenge”, znowu można określić mianem średniaka, by nie powiedzieć wręcz, iż jest to jeden z najsłabszych numerów w zestawieniu. Znacznie ciekawiej jest w przypadku „Am I Savage”, który ponownie buja groovowym riffem (po raz kolejny należy przywołać w tym miejscu „Load/Reload”), by za chwilę przejść we fragment przywodzący na myśl… Megadeth. Wszystko to jednak ma ręce i nogi i naprawdę przyjemnie się tego słucha. Całość brzmi bardzo dobrze i ma odpowiedni ciężar. Następny na płycie, „Murder One” to hołd dla zmarłego niecały rok temu Lemmy’ego z wiadomego zespołu, co Hetfield wyraźnie zaznaczył w tekście („Born to Lose, livin’ to win”). W razie czego, gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości o kogo chodzi, zespół przygotował świetne komiksowe video z naszym idolem w roli głównej. Utwór rozpoczyna intro inspirowane „Welcome Home (Sanitarium)”, przechodzące w kolejny bujający riff w stylu tych z poprzednich kawałków. I kiedy drugi krążek na dobre zmierza już ku końcowi, następuje istne trzęsienie ziemi. Szybki, drapieżny, ciężki, rasowy, thrash metalowy „Spit Out The Bone”. Pocisk pędzący z siłą „Battery”, „Damage Inc.” czy „Blackened” i ciężarem „Czarnego Albumu”. W obrębie siedmiu minut zmieściły się tu szybkie riffy, jeszcze szybsze solówki, mini solo na basie, podwójna stopa oraz znakomity, najlepszy od lat wokal Hetfielda. James naprawdę dawno już nie brzmiał tak agresywnie, zadziornie i – najzwyczajniej w świecie – zajebiście. Tym numerem, członkowie zespołu pokazują fanom, konkurencji, a także samym sobie, że wciąż jeszcze potrafią spłodzić takiego metalowego potwora. Szkoda tylko, że robią to tak rzadko. Moim zdaniem, jest to nie tylko najlepszy numer na płycie, ale i najlepszy utwór Metalliki od 25 lat. Uff, koniec, przesłuchaliśmy właśnie całe „Hardwired… To Self Destruct”. Czekaliśmy na to osiem lat.

Podsumowując, nowy longplay Metalliki oczywiście nie jest pozbawiony wad, choć przyznam się, że nie spodziewałem się, że będzie aż tak dobry. Szczególnie po wysłuchaniu pierwszych trzech singli, które mogły sugerować, że zespół będzie kontynuował drogę zapoczątkowaną poprzednią płytą z 2008 roku. Do wad albumu można zaliczyć jego rozrzut stylistyczny – „Death Magnetic” miesza się tu z „Czarnym Albumem”, a całość skąpana jest w klimacie „Load” i „Reload”. Znaczna część kompozycji jest też zdecydowanie za długa, a najlepiej, gdyby część z nich w ogóle nie trafiła na płytę – mielibyśmy wtedy krążek doskonały. Osobiście, choć jestem pewien że wielu fanom przeszedł przez głowę podobny pomysł, wyrzuciłbym „Atlas, Rise!”, „Confusion” oraz „Here Comes Revenge”, i wydałbym jednopłytowy album z dziewięcioma utworami. Pochwalić natomiast trzeba na pewno samego Hetfielda oraz resztę załogi – panowie są naprawdę w wysokiej formie, a James zaproponował zdecydowanie najlepsze wokale od lat. Słowa uznania należą się też producentowi, Gregowi Fidelmanowi, za przywrócenie Metallice mocarnego i soczystego brzmienia – idealnym przykładem niech będzie chociażby „Dream No More”. Słuchając tego numeru, a także „Halo On Fire” czy mojego ukochanego „Spit Out The Bone”, nie sposób jeszcze raz nie przyznać, że za taką właśnie Metalliką tęskniliśmy. Oj opłacało się czekać…

metallica-hardwired-to-self-destructTrack lista:

CD 1:

01. Hardwired
02. Atlas, Rise!
03. Now That We’re Dead
04. Moth Into Flame
05. Dream No More
06. Halo On Fire

CD 2:

01. Confusion
02. ManUNkind
03. Here Comes Revenge
04. Am I Savage?
05. Murder One
06. Spit Out the Bone

Podobne artykuły

Wsiadać na tę łajbę! Natychmiast! – recenzja Amon Amarth „Berserker”

Szymon Grzybowski

Recenzja: Obscure Sphinx – Void Mother

Tomasz Koza

Niemodny black metal? Wolne żarty! – recenzja Ashes “Ashes”

Paweł Kurczonek

20 komentarzy

Anonim 24 listopada 2016 at 14:37
0

Visitor Rating: 5 Stars

Odpowiedz
Anonim 24 listopada 2016 at 18:50
0

Visitor Rating: 4 Stars

Odpowiedz
Anonim 24 listopada 2016 at 18:58
0

Visitor Rating: 4 Stars

Odpowiedz
Anonim 24 listopada 2016 at 19:06
0

Visitor Rating: 5 Stars

Odpowiedz
Anonim 24 listopada 2016 at 19:27
0

Visitor Rating: 5 Stars

Odpowiedz
Anonim 24 listopada 2016 at 19:59
0

Visitor Rating: 5 Stars

Odpowiedz
Anonim 24 listopada 2016 at 22:28
0

Visitor Rating: 5 Stars

Odpowiedz
Anonim 25 listopada 2016 at 06:50
0

Visitor Rating: 4 Stars

Odpowiedz
Anonim 25 listopada 2016 at 07:21
0

Visitor Rating: 3 Stars

Odpowiedz
Anonim 25 listopada 2016 at 10:30
0

Visitor Rating: 5 Stars

Odpowiedz
Anonim 25 listopada 2016 at 13:36
0

Visitor Rating: 5 Stars

Odpowiedz
Anonim 26 listopada 2016 at 15:17
0

Visitor Rating: 5 Stars

Odpowiedz
Anonim 6 grudnia 2016 at 14:12
0

Visitor Rating: 4 Stars

Odpowiedz
Anonim 11 grudnia 2016 at 23:46
0

Visitor Rating: 3 Stars

Odpowiedz
kwiatek 31 stycznia 2017 at 12:45
0

ta recenzja świadczy tylko o tym , że każdy ma swoje upodobania i nie można głosić arbitralnych ocen.dlaczego? ano dlatego , że dla mnie cała płyta jest znakomita , a paradoksalnie, „Atlas, Rise!”, „Confusion” oraz „Here Comes Revenge” zaliczyłbym do najlepszych .

Odpowiedz
Anonim 17 marca 2017 at 12:17
0

Visitor Rating: 5 Stars

Odpowiedz
Anonim 7 maja 2017 at 00:35
0

Visitor Rating: 1 Stars

Odpowiedz
Anonim 4 sierpnia 2017 at 15:06
0

Visitor Rating: 1 Stars

Odpowiedz
Bez Dogmatow 7 września 2017 at 14:07
0

Święte słowa kwiatka.
Choć mi również Revenge nie leży, podobnie jak sąsiednie Savage, Atlas Rise wydaje się być jednym z lepszych fragmentów tej płyty.
Czytałem recenzję, w której autor uznał, że Hardwired jest równie słaby jak DM (co wiele mówiło o jego kompetencjach…). Tutaj wyraźnie widać, że recenzent ma uszy szerzej otwarte ;), ale i tak według mnie w ocenach jest zbyt ostrożny. Nie widzę sensu porównywać tej płyty do poprzedniej, której mimo kilku podejść, w ogóle nie byłem w stanie słychać. To był chyba ich najgorszy album. Posępne wycie Hetfielda, zero pomysłu na kompozycje, żadnego feelingu. Coś jak 13 Black Sabbath – próba powrotu do starych brzmień, tylko talent już się wyczerpał. Po czymś takim straciłem wiarę, że kiedykolwiek się podniosą i… od blisko roku jestem w szoku. Na Hadwiered są nie tylko kawałki najlepsze od ćwierćwiecza. Cała płyta jest lepsza od wszystkiego co wydali po czarnej. Największym zaskoczeniem jest głos Hetfielda. Nie tylko odzyskał dawną barwę, zadzior, ale np. w Halo słychać nowe, ciekawe brzmienia. Kompozycje znowu są ciekawe, dopracowane (DM był chyba pisany na kolanie) , wyraźnie się od siebie różnią. Część najprawdopodobniej wejdzie do klasyki gatunku.
Nic mnie w ubiegłym roku tak nie uradowało jak ten nieoczekiwany powrót. Oczywiście, pierwszych płyt nie przebili. Wyraźnie słychać, że Ulrich nie tylko nie próbował dostosować się do dzisiejszego poziomu gry na perkusji, ale nie jest w stanie utrzymać warsztatu z młodości. Słychać również, że dla Trujillo Meta to tylko zakład pracy. Albo sam nie chce się starać, albo “szefowie” każą mu tylko akompaniować. Boli też postawa Hammeta, który (co tu się dziwić recenzentom) nie zauważył, że koledzy tym razem, zamiast kolejnych gniotów, napisali naprawdę dobre kompozycję i odwalił rzemiechę na poziome DM. Najbardziej boli ostatnie solo w Halo. Gdyby się bardziej przyłożył, wyszłoby coś niesamowitego… Może sukces tej płyty wpłynie na wszystkich członków grupy i na następnej wszyscy podciągną się do Hetfielda? Oby.
Dzięki Metallice uwierzyłem, że możliwe są powroty. Rozejrzałem się po innych starych kapelach i “odkryłem” i tak już mocno zakurzony Gathering Testamentu i całkiem świeży Anthrax, który poszedł jeszcze dalej niż Metallica i ostatnią płytą (w mojej prywatnej opinii) przebił wszystkie swoje wcześniejsze dokonania. Kto wie, może i Mustaine wróci z dobrą płytą? Najbardziej mi szkoda Slayera. Bez Jeffa trudno wierzyć, że, zamiast trzepać ciągle te same łupanki, kiedykolwiek jeszcze zbliżą się do artyzmu który, utracili po Abyss…

Odpowiedz
Anonim 22 listopada 2017 at 22:10
0

Visitor Rating: 3 Stars

Odpowiedz

Zostaw komentarz