Image default
RELACJE

Relacja: Korn, Heaven Shall Burn, Hellyeah – Warszawa, 31.03.2017

Korna nikomu specjalnie przedstawiać nie trzeba, wydaje się, że zespół ten ma mniej więcej tyle samo zwolenników, co i przeciwników. Wygląda na to, że ta pierwsza grupa cały czas jest w naszym kraju nadal bardzo liczna, o czym świadczy wyprzedany piątkowy koncert na warszawskim Torwarze. Mimo, że na miejscu zdarzenia pojawiłem się prawie dwie godziny przed oficjalnym otwarciem bram, pod halą już ustawiła się pokaźna kolejka ubranych na czarno fanów, gotowych na spotkanie z żywą legendą współczesnego metalu – bo czy to się komuś podoba czy nie, Korn takową już jest.

Jeżeli już o legendach mowa, to ten wieczór miał jeszcze jednego wielkiego bohatera, na widok którego gęba uśmiechnęła mi się równie szeroko, co na widok kwintetu z Bakersfield. Chodzi oczywiście o Vinnie Paula, perkusistę Hellyeah, pierwszej grającej tego dnia kapeli, a także założyciela nieodżałowanej Pantery. Nie miałem, i niestety nigdy już nie będę miał, okazji zobaczyć na żywo tego jednego z najważniejszych zespołów w historii metalu, dlatego teraz mogę liczyć już tylko na spotkania z jego pojedynczymi, żyjącymi i wciąż działającymi w różnych grupach członkami. Vinnie Paul jest dokładnie taki, jak na zdjęciach czy filmikach na YouTube – niewysoki, przysadzisty i cały czas uśmiechnięty, a na żywo gra i wygląda znakomicie. Nie zawiódł też inny, dobrze znany już wcześniej członek Hellyeah, czyli wokalista Chad Lee Gray. Jestem jedną z tych nielicznych osób, które nie dość, że pamiętają Mudvayne, to jeszcze były na ich jedynym koncercie w Polsce, w 2005 roku w warszawskiej Proximie. Wychodzi więc na to, że byłem świadkiem obu wizyt tego muzyka w naszym kraju. I mimo, że minęło już 12 lat, a frontman dobiega pięćdziesiątki, odniosłem wrażenie, że prezentuje się jeszcze lepiej niż przeszłości, w swojej macierzystej kapeli. Chodzi oczywiście o wokal, bowiem nie byłem w stanie dostrzec jego twarzy, która cała skąpana była w make upie i sztucznej krwi. Hellyeah na Torwarze brzmiało i wyglądało bardzo dobrze (ta Slayer’owa czerwień świateł na początku!) i muszę przyznać, że zdecydowanie wolę ich w wersji „live”, niż słuchając z płyt, które delikatnie mówiąc nie powalają na kolana. W piątek usłyszeliśmy siedem numerów, w tym „!”, „X” i „Human ” z wydanego w zeszłym roku „Undeniable”, oraz „Sangre por Sangre (Blood for Blood)” z „Blood for Blood”.


Po około 30 minutach było już po wszystkim, Vinnie Paul wraz z kolegami szybko zeszli ze sceny, chociaż jak dla mnie, mogliby grać drugie tyle. Tym bardziej, że – nie będę ukrywał – nie jestem wielkim fanem drugiej występującej tego dnia kapeli, Heaven Shall Burn. Niemcy zaprezentowali się z jak najlepszej strony, widać też było, że mają u nas sporo zwolenników, którzy ostro pogowali i śpiewali teksty utworów, ale to po prostu nie do końca moja bajka. Muzycy zaczęli od „Hunters Will Be Haunted”, a skończyli dobrze znanym „Endzeit”, po drodze grając jeszcze m.in. „Bring The War Home”, „The Omen” czy „The Weapon They Fear”.

Chwilę po 20:00, tłum pod i tak już mocno obleganą sceną jeszcze zgęstniał, i wszyscy w skupieniu oczekiwaliśmy na występ głównej gwiazdy. Kiedy z głośników poleciało niepokojące intro, a zaraz potem charakterystyczny riff „Right Now”, na płycie rozpętało się istne piekło. Był to już mój piąty koncert Korna, więc oczywiście wiedziałem co mnie czeka, jednak ciągle nie mogę się nadziwić w jak szybkim czasie, kompletnie suchy i w miarę jeszcze świeży człowiek, może zmienić się w mokrą ścierę do podłogi. W tym przypadku, wystarczyły 3 minuty i 52 sekundy. Sytuacji nie „podratował” wcale następny w setliście „Here To Stay”, a kolejny, „Rotting In Vain”, pozamiatał już po całości. Był to zaledwie jeden z dwóch obok „Insane” nowych utworów zagranych tego wieczoru i trzeba powiedzieć otwarcie, że oba wypadają na żywo do – sko – na – le. Jak dla mnie – chyba najlepiej z całego setu. Znakomicie zagrane, znakomicie zaśpiewane (co nie było niestety tego wieczoru takie oczywiste) i generujące absolutne zniszczenie pod sceną, gdzieś tak w połowie strefy Golden Circle. W między czasie, była na szczęście chwila oddechu w postaci zestawu nieco wolniejszych kawałków. Najpierw ochoczo wspomagany wokalnie przez wszystkich „Somebody Someone”, potem niespodzianka – „Word Up!” z repertuaru Cameo, a także Coming Undone, który gładko przeszedł w „We Will Rock You” wiadomo jakiego zespołu. W dalszej części koncertu, nie zabrakło skocznego „Y’all Want a Single”, obowiązkowego „Shoots and Ladders” zmiksowanego z „One” Metalliki, nieśmiertelnego „Blind” z fanami kucającymi na płycie i skaczącymi do góry na „Are You Ready?!” oraz pokręconego „Twist”. Z rzeczy mniej oczywistych, otrzymaliśmy jeszcze bardzo dobrze przyjęte „Make Me Bad” oraz „Good God”, co mnie osobiście bardzo ucieszyło, bowiem pomimo długiego „kornowego” stażu, usłyszałem te piosenki na żywo dopiero po raz pierwszy. Na bis, powrót do klasyki – „Falling Away From Me” oraz „Freak On A Leash”, i to by było na tyle.

Tak jak pisałem, był to już mój piąty koncert Korna, jednak nie mogę z czystym sercem powiedzieć, że najlepszy – wyraźnie lepiej było chociażby w zeszłym roku w Łodzi. Jonathan Davis, mimo że ostatnio generalnie znajduje się raczej w dobrej formie, kilka razy na Torwarze był słabo słyszalny – położył trochę moim zdaniem m.in. „Word Up!” czy „Falling Away From Me”. Z drugiej jednak strony, większość jego growli i dołów brzmiała naprawdę dobrze. To samo można powiedzieć o szeroko pojmowanym basie oraz niskich dźwiękach, które na krążkach zespołu zawsze są mocno wyeksponowane, a na żywo jeszcze spotęgowane razy tysiąc. W Warszawie, basy dosłownie wywoływały ciary na całym ciele, co czasami dawało świetny efekt („Insane”), a czasami trochę wręcz przeszkadzało (np. podczas solówki na perkusji). Zdecydowanie pozytywnie muszę natomiast wypowiedzieć się na temat oświetlenia oraz generalnie całego aspektu wizualnego, wszystkie bandy grające tego wieczoru wyglądały bowiem fenomenalnie. Najlepiej wypadł jednak sam Korn, który był znakomicie oświetlony, głównie przez fantastyczne, dynamiczne reflektory i stroboskopy ustawione tuż za plecami Jonathana i gitarzystów. Świetnie prezentowała się też gigantyczna płachta z reprodukcją okładki najnowszej płyty „Serenity of Suffering” oraz pojawiające się co i rusz na jej tle wybuchy dymu i pary. Setlistę również oceniam przyzwoicie, mam już wprawdzie trochę dość wciskanego wszędzie „Coming Undone” czy wplatania w kółko tych samych fragmentów utworów innych wykonawców, ale nie powiem, ucieszyły mnie bardzo nowości oraz kawałki rzadziej grane, jak „Make Me Bad” czy „Good God”. Co do samych muzyków, to widać gołym okiem, że są w niezłej formie i że cały czas cieszy ich wspólne występowanie. Po raz kolejny fajnie było zobaczyć Heada grającego ponownie w zespole, do którego po prostu należy jak mało kto, a także podziwiać tak genialnego perkusistę jak Ray Luzier, który do tego potrafi być też bardzo zabawny. Kiedy na koniec gitarzyści rozrzucali fanom kostki, Ray skończywszy rozdawać swoje fanty, wziął do ręki paczkę Skittles’ów czy innych M&M’sów i zaczął nimi rzucać we wszystkich parodiując kolegów. Jonathan Davis z kolei, nie zapomniał podczas koncertu pochwalić polskiej publiczności, mówiąc, że jesteśmy najwierniejszymi i najbardziej szalonymi fanami na świecie, itd., itp. Cóż, mogłoby to zabrzmieć jak zwykła kokieteria, gdyby… nie była to prawda.

Jeżeli nie mieliście jeszcze sposobności widzieć Korna na żywo, okazja ku temu nadarzy się w tym roku jeszcze raz, bowiem grupa będzie gwiazdą 11. Festiwalu Legend Rocka, 15 sierpnia w Dolinie Charlotty. Jeśli zdecydujecie się wybrać pod scenę, do czego gorąco namawiam, pamiętajcie jednak, żeby wziąć ze sobą koszulkę na przebranie…

Podobne artykuły

Relacja: Slayer, Lamb of God, Anthrax, Obituary – Łódź, 27.11.2018

Szymon Grzybowski

Relacja: Hunter, Gdynia 24.03.2013

Tomasz Koza

Relacja: Scorpions, Nocny Kochanek – Gdańsk/Sopot, 01.12.2017

Tomasz Koza

Zostaw komentarz