Za nami Mystic Festival 2026, kolejna edycja największego metalowego festiwalu w Polsce, a zarazem ostatnia odbywająca się na terenie Stoczni Gdańskiej. Dzięki uprzejmości organizatorów już po raz kolejny mogliśmy uczestniczyć w tym wydarzeniu i przygotować relację z niego, zapraszamy więc do sprawdzenia, co o tegorocznym Mysticu (a także trochę o przeszłości i przyszłości imprezy) ma do powiedzenia nasz etatowy redakcyjny korespondent koncertowy.
Czytaj też: Relacja z Metal Kommando Fest IX
Zawsze przy pisaniu relacji z tego wydarzenia, a jest to już moja trzecia, która ukazuje się na MetalNews.pl, zastanawiam się, jak podejść do tematu. Opowiedzieć o każdym występie, jaki widziałem? A kto taką kobyłę przeczyta? Skrócić formę i skupić się tylko na „highlightach” (zarówno pozytywnych, jak i negatywnych) każdego dnia? Podczas Mystic Festival 2025 to podejście spowodowało trochę kontrowersji. Spróbować znaleźć złoty środek? Bardzo trudno.
Postanowiłem zatem ponownie zaprosić Was na wspólny sprint między scenami i poświęcić trochę miejsca większości koncertów, jakie udało mi się zobaczyć, a że przez to tekst rozrósł się do monstrualnych rozmiarów, ukaże się w dwóch częściach. Zacznijmy od środy i czwartku, czyli Warm-Up Day oraz dnia tematycznego, poświęconego amerykańskiemu thrash metalowi.
Pociąg do metalu, czyli początek Warm-Up Day na Mystic Festival 2026
Tegoroczny Mystic Festival odbył się w dniach 3-6 czerwca i jak zwykle zaczął się od Wam-Up Day, czyli dnia „rozgrzewkowego” przeznaczonego wyłącznie dla posiadaczy karnetów, podczas którego koncertów jest mniej (nie działa jeszcze główna scena) i kończą się wcześniej niż zwykle.
Szkoda, że dla odmiany nie zaczynają się później, bo PKP InterCity postanowiło spłatać figla festiwalowiczom jadącym do Gdańska z Łodzi i Warszawy, serwując niemal godzinne opóźnienie pociągu „Żeglarz”, przez które nie zdążyłem zobaczyć występu Austriaków z Disharmonic Orchestra. Zdążyłem za to wygodnie rozsiąść się na balkonie klubu B90, na czas festiwalu przemianowanego na Sabbath Stage (dawniej The Shrine) i zobaczyć najpierw próbę dźwięku, a potem cały koncert naszego rodzimego Damnation.

Wprawdzie w tym samym czasie na Monster Energy Desert Shrine (wcześniej Desert Stage) występował legendarny Grave, ale sentyment do reaktywowanej po kilkunastu latach przerwy hordy z Sopotu, której w przeciwieństwie do Szwedów jeszcze nigdy nie widziałem na żywo, zwyciężył.
Damnation w odświeżonym składzie zaprezentowało się na scenie naprawdę potężnie i równie dobrze zabrzmiało, a setlista zawierająca takie utwory jak „Pagan Prayer” czy „Rebel Souls” zadowoliła każdego z obecnych na sali fanów death metalowego podziemia. Było to świetne (choć późne) otwarcie festiwalu, a już za chwilę trzeba było gnać pod plenerowy Park Stage, gdzie właśnie zaczynał się koncert Six Feet Under.
Przyznam, że nigdy nie byłem fanem SFU i zawsze traktowałem ich jak „ten drugi, gorszy zespół dawnego wokalisty Cannibal Corpse”. Sam Chris Barnes jest teraz zresztą bardziej scenowym memem niż żywą legendą gatunku, ale ten jego prosty, przebojowy death metal graniczący z death’n’rollem, zagrany na wesoło, z dużym luzem i dystansem, na żywo robi zaskakująco dobrą robotę. Wprawdzie w Gdańsku zabrakło regularnie wykonywanej przez Six Feet Under osobliwej przeróbki AC/DC, za to na koniec występu dostaliśmy dwa stare kawałki Kanibali, więc maniacy chyba powinni być usatysfakcjonowani.

Ikony, zamaskowani żołnierze i mroczna dyskoteka na zakończenie
Szybki myk z powrotem do B90, gdzie już instalowała się kolejna ze szwedzkich ikon, Unleashed. Po ich koncercie słyszałem lekko zawiedzione opinie, ale sam dostałem od Johnny’ego Hedlunda i spółki dokładnie to, czego chciałem. Były prawie same hity poprzetykane kilkoma nowościami, było „Don’t Want to Be Born”, „To Asgaard We Fly”, „Hammer Battalion”, „Death Metal Victory” – czego chcieć więcej? Widziałem Unleashed po raz drugi w życiu i na Mystic Festival 2026 podobali mi się dużo bardziej niż przy pierwszym spotkaniu, kilka lat temu podczas czeskiego Brutal Assault.
Nie lubię nowoczesnego metalu, a jeszcze bardziej nie lubię nowoczesnego metalcore’u, więc zaczynający się o godzinie 22:30 występ głównej gwiazdy wieczoru, czyli amerykańskiego Ice Nine Kills, przeznaczyłem na zawinięcie się na chwilę do hotelu, aby przed północą powrócić na Desert Shrine na koncert Kanonenfieber. Ależ to było show!
Zaśpiewany po niemiecku black metal, tekstowo obracający się wokół I Wojny Światowej, muzycy w maskach i mundurach, na scenie barykady, działa i trochę pirotechniki – aspekt wizualny idealnie dopełniał się z muzycznym. Aż żal było z tego przedstawienia wychodzić wcześniej, ale chciałem jeszcze choć na chwilę zajrzeć na zamykający „dzień zerowy” Mystic Festival zespół Priest.

To elektroniczny projekt założony przez byłych muzyków słynnego Ghost, wobec którego miałem naprawdę wysokie oczekiwania po przesłuchaniu materiału studyjnego i obejrzeniu kilku starszych koncertów na YouTube. Na żywo jednak czegoś zabrakło. Priest zaprezentował w Gdańsku solidny, fajny synthwave z tanecznym rytmem i ładnymi klawiszowymi melodyjkami, niby wszystko jak powinno być, ale znam artystów, którzy potrafią w „mroczną elektronikę” dużo lepiej, jak choćby grywający już na kilku poprzednich edycjach Mystic Festivalu Perturbator.
Rozgrzewka Mystic Festival 2026 – death metalowe zwycięstwo!
Festiwalowa rozgrzewka zakończyła się przed godziną 1:00 i choć ostatni koncert nie zachwycił mnie tak mocno, jak liczyłem, to ogólnie był to bardzo udany dzień. Wprawdzie w teorii jego skład prezentował się najsłabiej ze wszystkich mysticowych Warm-Upów, wszak na poprzednich edycjach imprezy grały w środę takie nazwy, jak Carcass, Exodus czy Kreator, wszyscy wiemy jednak z doświadczenia, że siła festiwali nie zawsze leży w headlinerach.
3 czerwca na Mystic Festival 2026 był dniem skupionym na death metalu i zakończył się, parafrazując Johnny’ego z Unleashed, wielkim zwycięstwem tego gatunku. Wszystkie deathowe zespoły, które zobaczyłem, stanęły na wysokości zadania i choć ich występy były mocno różne od siebie pod względem stylu i klimatu, jakościowo prezentowały niezwykle równy poziom. Pozytywnie zaskoczyło SFU, Unleashed spełniło oczekiwania, a słuchanie na żywo odrodzonego po latach Damnation było czystą przyjemnością. Tylko tej kolizji w czasówce z Grave trochę szkoda, ale na tak dużej imprezie pokrywanie się interesujących występów to rzecz nie do przeskoczenia, którą niestety musimy po prostu zaakceptować.
Czwartek, 4 czerwca – dzień thrash metalowy na Mystic Festival 2026
Tak jak Warm-Up Day pokazał siłę death metalu, tak pierwszy pełnoprawny dzień Mystic Festival 2026 miał być celebracją potęgi klasyków jego starszego brata, thrash metalu. Main Stage, czyli główną, największą, plenerową scenę imprezy opanowały bowiem ikony tego podgatunku z lat 80., a i w innych miejscach zostało tu i ówdzie „pochłostane”. No ale zacznijmy od początku.
Ten nastąpił w moim przypadku o godzinie 17:00, kiedy to na Mainie zameldowali się panowie z Heathen. Tę klasyczną amerykańską kapelę miałem okazję widzieć dwa lata temu na headlinerskim koncercie klubowym, który wypadł świetnie, tu z kolei grała jako „otwieracz” głównej sceny, ale i z tą rolą poradziła sobie nieźle. Być może w zaledwie 40-minutowym secie zabrakło trochę starych kawałków, ale za to w ramach niespodzianki dostaliśmy premierowe wykonanie nowego singla „Never a God”, który nigdy wcześniej nie był wykonywany na żywo. „Goblin’s Blade” na koniec też zawsze robi robotę i choć nie był to najlepszy koncert Heathen, w jakim uczestniczyłem, to dla fana staroszkolnego grania zdecydowanie stanowił dobry prognostyk na start thrashowego dnia Mystic Festival 2026.
Overkill i Anthrax – legendy gatunku po latach wciąż w formie
Szybka teleportacja pod Desert Shrine, żeby chociaż chwilę posłuchać słonecznego, pustynnego stoner rocka w wykonaniu Truckfighters (nie rzucili na kolana, ale było spoko) i zaraz równie szybki powrót na Main Stage, gdzie o 18:30 grał Overkill.

No, tych panów to już 15 lat nie widziałem, od pamiętnego Killfestu w warszawskiej Stodole i nic się, cholera, przez ten czas nie zmienili. To znaczy zmienił się skład, bo w Gdańsku zagrali tylko na jedną gitarę, a basista D.D. Verni wciąż nie koncertuje przez problemy zdrowotne, ale czad, energia i świetny kontakt z publicznością pozostały.
67-letni Bobby „Blitz” Ellsworth żartował, że bawi się tak dobrze, jakby znów miał lat 65, a reszta zespołu wycinała w najlepsze takie klasyki, jak „Rotten to the Core”, „Elimination”, „Ironbound” czy „Fuck You”. Nowości z ostatniego albumu w postaci „Scorched” i „The Surgeon” nie odstawały od nich poziomem na milimetr, potwierdzając popularną tezę, że Overkill to jeden z tych kilku dużych zespołów thrashowych, które nigdy nie nagrały słabej płyty. Nawet się człowiek nie zorientował, kiedy minęło te 55 minut przeznaczone na występ Amerykanów.
Następnie krótka przerwa, podczas której na Park Stage produkowali się nasi rodacy z Decapitated, ale jakoś nigdy nie byłem maniakiem tego zespołu, więc postanowiłem pozostać pod główną sceną i w spokoju zbierać siły przed występem Anthrax. Ich nie widziałem na żywo jeszcze dłużej niż Overkill, dokładnie od historycznego Sonisphere Festival na Bemowie, kiedy to po raz pierwszy w jeden dzień wystąpiła cała Wielka Czwórka amerykańskiego thrash metalu. Kiedy to zleciało?

Anthrax starzeje się z wielką klasą i na Mystic Festival 2026 wypadł nie gorzej, a może nawet lepiej niż wtedy w Warszawie. Wsadził nas w jakąś energetyczną rakietę i wystrzelił do Nowego Jorku lat 80. przy dźwiękach takich hiciorów, jak „Caught in a Mosh”, „Metal Thrashing Mad”, „Indians” czy „Antisocial”. Pojazd ten nie był jednak napędzany wyłącznie siłą sentymentu, bo usłyszeliśmy także numer zapowiadający nadchodzący, trzynasty już album studyjny w dorobku formacji. Co tu będę dużo pisał, po prostu najlepszy koncert dnia.
Bracia Cavalera zagrali „Chaos A.D.” – złe miłego początki
Na głównej scenie przez cały czwartek królował thrash, ale nie oznacza to, że w innych miejscach go zabrakło. Po występie Anthrax pomknąłem więc na Park Stage, gdzie grupa Cavalera Conspiracy aka „ta prawdziwa Sepultura” odgrywała w całości płytę „Chaos A.D.” wiadomego zespołu. Bracia C. zaczęli dość niemrawo, czego kulminacją było niechlujne i całkowicie położone wokalnie wykonanie „The Hunt”. Ten numer z repertuaru New Model Army to w wersji studyjnej jeden z najlepszych coverów w historii metalu i właśnie na niego czekałem podczas tego koncertu najbardziej. Niestety Max Cavalera zarżnął go, nomen omen, koncertowo.
Chyba aż sam się tym faktem zawstydził i wziął za siebie, bo druga część występu wyszła mu znacznie lepiej, a takie kawałki, jak „Biotech is Godzilla” czy „We Who Are Not As Others” były ciosami totalnymi. Nie wspominając o „Territory”, przed którym jako intro usłyszeliśmy „Odens Ride Over Nordland” Bathory. Przemiła niespodzianka! Koncert rodzinnego zespołu braci Cavalerów należy pomimo wspomnianych mankamentów uznać za ogólnie udany, a ich formę fizyczną za zaskakująco dobrą. Szczególnie Max ostatnio sporo schudł i wygląda naprawdę nieźle, zwłaszcza w porównaniu do występów sprzed kilku/kilkunastu lat.

Ostatnie akordy thrashowego dnia Mystic Festival 2026
Dobra, Brazylia zaliczona, wracamy do USA. Godzina 23 i główna gwiazda dużej sceny Mystic Festival 2026 – Megadeth. Dave Mustaine ruszył z kolegami w rzekomo pożegnalną trasę, po której ma udać się na zasłużoną emeryturę i jeśli był to jego ostatni koncert w Polsce (w co akurat bardzo wątpię, bo daty zakończenia trasy nie sprecyzował i prawie na pewno jeszcze do nas wróci), to było to pożegnanie godne, choć może nie idealne.
Rudy czarował gitarową techniką, na koncert w Gdańsku wybrał też wspaniałą setlistę: przebój za przebojem plus parę numerów z ostatniego albumu (w tym uroczo punkowy, bardzo prosty jak na megadethowe standardy kompozycyjne „I Don’t Care”, a także „Ride the Lightning” Metalliki). Podczas występu odebrał zresztą złotą płytę właśnie za album „Megadeth”. Nie jest to może najbardziej prestiżowa nagroda w jego dorobku, ale to zawsze fajnie uhonorować tak zasłużony zespół, a jednocześnie pokazać, że nawet w obecnych czasach wszechobecnych usług streamingowych są w naszym kraju wariaci wciąż kupujący muzykę na tradycyjnych fizycznych nośnikach.
Niestety na Mysticu Mustaine mocno nie domagał wokalnie, nawet jak na własne możliwości, z których przecież nigdy specjalnie nie słynął. Dodatkowo nie pomagało mu nagłośnienie, gdyż głos i gitara lidera Megadeth często gdzieś się gubiły w natłoku innych dźwięków. Mimo to moim zdaniem wybronił się przede wszystkim doborem kawałków i techniczną wirtuozerią – tak swoją własną, jak i reszty zespołu.
Ostatnim akordem czwartku na Mystic Festival 2026 był występ Blood Incantation na scenie parkowej. Po całym dniu thrash metalowych zmagań ten koncert oglądałem już jednym okiem i słuchałem jednym uchem ze strefy gastro, przekąszając sobie zdecydowanie za drogą, za to umiarkowanie smaczną zapiekaną bułę z salami. Chyba te okoliczności nie do końca pozwoliły mi docenić Amerykanów, bo „death metalowe Pink Floyd” plumkało sobie niezobowiązująco w tle, a z zasłyszanych po tym koncercie opinii wiem, że dla wielu osób był on najmocniejszym występem całego dnia. Cóż, trzeba będzie to kiedyś zweryfikować w bardziej sprzyjających warunkach.
To wszystko o pierwszych dwóch dniach Mystic Festival 2026 – ciąg dalszy nastąpi wkrótce!
Zdjęcia autorstwa nieocenionej Aleksandry (lubielizaki)























































