RELACJE

Relacja: Prog in Park. Opeth, Riverside, Sólstafir, Blindead, Lion Shepherd – Warszawa, 20.08.2017




Chłodna, deszczowa i typowo jesienna pogoda w sierpniu to generalnie nic wesołego, jednak ta ponura aura akurat idealnie wpasowała się w klimat imprezy, jaka w ostatnią niedzielę odbyła się w stołecznym Parku Sowińskiego. Chodzi o oczywiście o pierwszą edycję Prog in Park, nowego wydarzenia na festiwalowej mapie naszego kraju, skupiającego – jak sama nazwa wskazuje – miłośników szeroko rozumianego rocka progresywnego. Uprzedzając nieco relację zdradzę, że wydarzenia bardzo udanego, dlatego nie zdziwię się, jeżeli za rok również dane nam będzie rozkoszować się muzyką w urokliwym, parkowym amfiteatrze. Ale po kolei…

Kolejka na Prog in Park
Kolejka na Prog in Park

Kiedy dotarłem na miejsce zdarzenia, na deskach rozstawiał się już drugi występujący tego wieczoru zespół, gdyński Blindead – oznacza to, że nie zdążyłem niestety na koncert otwierającego całość, warszawskiego Lion Shepherd. Setu Blindead słuchałem jednak nie spod sceny, a z pokaźnej kolejki, która ustawiła się do strefy, gdzie odbywało się signing session (bardzo fajny pomysł ze strony organizatorów). Występ należy zaliczyć do jak najbardziej udanych, a mroczne dźwięki grupy wyraźnie przypadły do gustu dosyć licznie już zgromadzonej publiczności. Patrząc na bardzo entuzjastyczne przyjęcie, jestem przekonany, że dla wielu osób nie był to pierwszy raz z muzyką zespołu – sam przecież widziałem ich już wcześniej.

Wracając jednak do kolejki po autografy – kiedy ustawiłem się w niej, z fanami rozmawiali jeszcze panowie z Riverside, a gdy nadeszła w końcu moja kolei, podpisy składali już muzycy Opeth. Dla mnie to akurat dobrze, bowiem najbardziej zależało mi właśnie na nich, jednak wydaje mi się, że nie wszystkim udało się dostać do każdego artysty (jeżeli było inaczej, to szacunek) – w przypadku Riverside i Opeth, kolejka chętnych w ogóle nie malała, a każda z grup mogła przeznaczyć na wpisy jedynie 30 minut. Mnie na szczęście się udało i wzbogacony o autografy na bilecie i plakacie, ruszyłem pod scenę posłuchać Sólstafir.

Islandczycy promują wydany w tym roku album „Berdreyminn” i to właśnie pochodzącym z tego krążka „Silfur-Refur” rozpoczęli swój set. Od razu przykuli uwagę publiczności, która jak zahipnotyzowana wpatrywała się w nich przez cały czas trwania koncertu. Ale taką właśnie muzykę grają – hipnotyczną, pełną przestrzeni, bólu i nostalgii. W pewnym momencie zrobiło się naprawdę poważnie, kiedy przed „Necrologue” wokalista Aðalbjörn Tryggvason wspominał zmarłego przyjaciela i przestrzegał wszystkich przed lekceważeniem problemów natury psychologicznej, zarówno u siebie, jak i u swoich bliskich. W przerwach między pozostałymi utworami, przyjmował jednak inny, pogodniejszy ton i całkiem nieźle radził sobie w kontaktach z tłumem. Zachęcał wszystkich do zsynchronizowanego krzyku („wyobraźcie sobie, że jesteście na koncercie Iron Maiden i Bruce Dickinson krzyczy Scream for me Poland”!), a pod koniec, podczas finałowego „Goddess of the Ages”, wyszedł do ludzi i trzymając ich dłonie, kontynuował występ. Dałem się uwieść nastrojowi, jaki wytworzył się słuchając muzyki Sólstafir. Do tego jeszcze to miejsce – park, wilgoć, zapach deszczu – wszystko ze sobą świetnie współgrało. A najlepsze jest to, że później było tylko jeszcze lepiej…

Z lekkim opóźnieniem, na scenie pojawił się kolejny polski reprezentant progresywnego grania, wszystkim dobrze znane Riverside. Momentami można było odnieść wrażenie, że to Warszawiacy są headlinerem imprezy, bowiem fani zgotowali im fantastyczne przyjęcie i głośno śpiewali teksty utworów. Czuć było, że zespół chłonie tę pozytywną energię, co najlepiej widać było po uśmiechniętym, rozgadanym Mariuszu Dudzie. Nie da się ukryć, że ten widok mógł cieszyć, przecież wszyscy wiemy, jak ciężki był dla nich poprzedni rok… Muzycy zagrali ponad godzinny, przekrojowy set, złożony z rzeczy starszych, jak i tych w miarę jeszcze świeżych, nie zabrakło więc „Second Life Syndrome”, „02 Panic Room”, „Saturate Me” czy zagranego na koniec „Escalator Shrine”.



Pozostało nam jeszcze danie główne, czyli największa gwiazda festiwalu, Opeth. Chwilę przed 22:00, tłum pod sceną mocno zgęstniał i wszyscy z niecierpliwością wyczekiwali długowłosych Szwedów. Zaczęli od „Sorceress”, z ostatniej płyty o tym samym tytule. Jak dla mnie – otwarcie znakomite, bowiem uważam ten krążek za najlepszy album „nowej” (czyli tej „niegrowlującej”, „niemetalowej”) odsłony Opeth, znacznie lepszy od „Heritage” i „Pale Communion”. Wraz z następnym w kolejce „Ghost of Perdition”, powrócił jednak metal i to ten najwyższej próby. Jak zauważył wokalista Mikael Åkerfeldt przed zagranym chwilę później „Demon of the Fall”: „To jest festiwal progresywny, a my jesteśmy zespołem progresywnym. Jesteśmy też jednak zespołem metalowym…”. W ogóle, kto był kiedyś na koncercie Szwedów, albo chociaż raz oglądał ich w Internecie, ten wie, że Åkerfeldt to mocno wygadany gość. I do tego jeszcze naprawdę zabawny. Między utworami raczył publiczność opowieściami o pierwszej wizycie w Polsce (jak to pijany basista, Martin Mendez, próbował zatopić prom, którym właśnie płynęli), spotkaniu z liderem SBB Józefem Skrzekiem (zgadnijcie, jakiego pięknego polskiego słowa nauczył się wtedy Akerfeldt. Tak, właśnie tego…) czy problemach z graniem bardzo starych numerów (których po prostu już nie pamiętają, jak grać). Wszystko to wypowiedziane oczywiście staranną angielszczyzną, z charakterystycznym dla niego, zabawnym tonem oraz manierą dystyngowanego dżentelmena. Mógłbym go słuchać godzinami…

Wracając jednak do muzyki, po dwóch metalowych petardach czas na powrót do najnowszej płyty i łagodniejszego brzmienia, czyli „The Wilde Flowers”, a następnie kompletne wyciszenie przy przepięknym „In My Time of Need” z albumu „Damnation”. Chwilę później „Cusp of Eternity”, kolejny metalowy walec „Heir Apparent” oraz cudowny „The Drapery Falls” z legendarnego już „Blackwater Park”. Na sam koniec, tradycyjnie już, 13 minutowe, genialne „Deliverance”, jeden z największych szlagierów grupy.

Muszę przyznać, że nie pamiętam tak znakomicie brzmiącego i zagranego koncertu (biorąc jeszcze pod uwagę stopień skomplikowania partii wokalu oraz instrumentów). Nie wiem jak z tyłu, ale na płycie pod sceną wszystko słychać było idealnie, każdy instrument, każdą partię, dosłownie – każdy dźwięk. Miażdżąca perkusja, genialne gitary (te solówki Fredrika Akessona!) i wreszcie wokal, zarówno czysty, jak i growlujący, bez ani jednego fałszu. Coś pięknego…

Pierwsza edycja festiwalu Prog in Park za nami. Festiwalu świetnie „opakowanego” i promowanego (znakomite logo, plakaty i koszulki, których nawet zabrakło – będzie dodruk) oraz całkiem sprawnie zorganizowanego (chociaż pojawiają się głosy rozczarowania, m.in. ze względu na brak możliwości płacenia kartą we wszystkich punktach czy nagłośnienie na Riverside). Najważniejsze, że artyści na nim występujący spisali się na medal, a mi w pamięć najbardziej zapadną sztuki Sólstafir oraz oczywiście Opeth, który poziomem swojego koncertu po prostu pozamiatał wszystko. „Dopisała” też pogoda oraz miejsce imprezy – chłodny, mokry park okazał się znakomitą scenerią dla takiego klimatycznego grania. Frekwencja również na plus.

Wydarzenie to należy zatem rozpatrywać w kategorii sukcesu i już pomału odliczać czas do przyszłorocznej edycji. Chciałem napisać „oby tylko nie padało” ale w sumie…

Podobne artykuły

Relacja: Satyricon, Suicidal Angels, Fight The Fight – Warszawa, 15.10.2017

Albert Markowicz

Relacja: Amon Amarth, Hypnos, Sinful Carrion – Gdańsk, 25.04.2014

Tomasz Koza

Relacja: Napalm Death w Polsce – Gdynia, 24.11.2013

Tomasz Koza

Zostaw komentarz