Szwedzki potop dźwięku. Meshuggah zagrała w Warszawie

Po kilku latach przerwy, do Polski powróciła wreszcie legenda metalu i prawdziwi prekursorzy djentu, szwedzka Meshuggah. O tym jak bardzo był to wyczekiwany koncert, świadczyć mogła wypełniona niemal po brzegi warszawska Progresja oraz znakomite przyjęcie, jakie zespołowi zgotowali jego fani. Dzień wcześniej odbył się jeszcze jeden gig, w krakowskim Kwadracie, który był już z kolei w zupełności wyprzedany.

Tanie płyty CD, winyle, DVD rock i metal

Kiedy występujący przed główną gwiazdą Decapitated zaczynali swój set, ja stałem jeszcze w gigantycznej kolejce przed wejściem do klubu.

Na szczęście jednak, obsługa na bramkach uwijała się szybko, dlatego dosłownie kilka minut później byłem już blisko sceny i delektowałem się sztuką naszych rodaków. Jak dobrze widzieć ich znów na scenie! Szczególnie, gdy są jeszcze tak dobrze nagłośnieni i znajdują się w takiej formie. Usłyszeliśmy mieszankę nowego i starego repertuaru grupy, z silną reprezentacją najnowszej płyty „Anticult”, w postaci m.in. „Never”, „Earth Scar” czy „Kill the Cult”.

 

Po tak udanym show chciałoby się więcej i… więcej w tym roku jeszcze dostaniemy. Tej jesieni Decapitated wraz z Frontside, Virgin Snatch i Drown My Day wyruszą w trasę, podczas której dadzą 11 koncertów w największych polskich miastach. Po tym co zobaczyłem w środę wiem, że nie może mnie na niej zabraknąć!

Wróćmy jednak do warszawskiej Progresji.

Po bardzo krótkiej przerwie zaczęło płynąć z głośników mroczne i niepokojące intro, zwiastujące nadejście Szwedów. Zaczęli od „Clockworks” z ostatniego albumu „Violent Sleep of Reason”, które gładko przeszło w „Born In Dissonance”.

Pierwsze, co od razu rzuciło mi się w oczy, to znakomite oświetlenie i fantastyczna oprawa, na którą złożyły się ogromne grafiki inspirowane okładką nowej płyty. Te dwa elementy razem wyglądały wprost cudownie, a wraz z każdym kolejnym numerem w setliście, oświetleniowcy wyciskali z reflektorów siódme poty. Momentami wręcz światło padało tak na scenę, iż można było odnieść wrażenie, że psychodeliczne postacie na grafikach poruszają się, jakby były trójwymiarowe. Tu należy się Meshuggah pierwszy duży plus.

Drugi dostają za brzmienie. Może momentami perkusja była nieco za bardzo schowana w tle, ale za to gitary wysunięte na pierwszy plan robiły wielką robotę. Charakterystyczne riffy, solówki, przejścia – wszystko idealnie w punkt. Nie ustępował im również wokal. Jens Kidman, mimo że jest już po pięćdziesiątce, przez cały występ perfekcyjnie growlował i krzyczał, nie dając nawet na chwilę odpocząć naszym uszom (i chwała mu za to).

Impreza na dobre rozkręciła się przy „Do Not Look Down”, a szalejące pod sceną pogo zdawało się coraz bardziej rosnąć.

Dalej usłyszeliśmy m.in. „Rational Gaze”, „Pravus”, „Lethargica” czy numer tytułowy z ostatniego krążka, wszyscy jednak z niecierpliwością wyczekiwali oczywiście „Bleed”. Kiedy w końcu wjechał największy przebój (chyba można tak powiedzieć) grupy, młyn pod sceną osiągnął swoje apogeum. Mogliby grać ten riff do rana, a ludzie na płycie i tak dalej tańczyliby niczym w transie. Coś pięknego. Po krótkiej chwili przerwy, muzycy wyszli jeszcze na bis, gdzie zagrali „Straws Pulled At Random” i doskonałe „Demiurge” na koniec.

Długo kazali na siebie czekać wirtuozi z Meshuggah, ale ostatecznie nie zawiedli swoich polskich fanów.

Ich koncerty to z jednej strony świetna realizacja pod kątem wizualnym, a z drugiej bardzo dobre brzmienie i matematyczna wręcz perfekcja wykonania. Z relacji znajomych wiem, że w Krakowie zagrali znakomicie, a o tym jak było w Warszawie przekonałem się sam. Do dziś nie mogę ruszać szyją…

Fot. Materiały prasowe

KOMENTARZE

  • Marta6138
    26 sierpnia 2018 | 15:30
    Link

    Niestety nie miałam okazji być na koncercie w Warszawie, dlatego też bardzo cieszę , że także w innych miastach będzie możliwość posłuchania tak wspaniałej grupy, jaką jest Meshuggah. Super sprawa! 🙂

    Odpowiedz
  • hiszpanka98
    19 września 2018 | 21:51
    Link

    Byłam i nie żałuję! Chociaż ludzi było mnóstwo i czekaliśmy w gigantycznej kolejce to było warto zobaczyć takie gwiazdy, prawdziwą legendę metalu – Meshuggah. Zgadzam się z tytułem artykułu – to był prawdziwy szwedzki potop dźwięku. Od dawna czekałam na takie widowisko.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *