8 kwietnia odbył się historyczny, pierwszy w ciągu prawie trzydziestoletniej kariery zespołu, koncert Thy Catafalque w Polsce. Awangardowy węgierski projekt wystąpił w warszawskim VooDoo Club, wspierany przez holenderskie Bong-Ra. Dziękujemy za zaproszenie organizatorowi, Piranha Music, a Wam prezentujemy relację z tego wydarzenia.
Czytaj też: Relacja z koncertu Napalm Death. Muzyczne zniszczenie w stolicy
Bong-Ra – jak wygląda dyskoteka w piekle?
Środowy wieczór w VooDoo Club stał pod znakiem eksperymentalnych dźwięków. Przed awangardowym Thy Catafalque z Węgier w roli gościa specjalnego wystąpił równie ciekawy, choć zupełnie inny stylistycznie projekt Bong-Ra pod wodzą pochodzącego z Utrechtu Jasona Köhnena. Jego muzyka bywa często określana jako breakcore, ale tak naprawdę pod tą nazwą kryje się cały amalgamat inspiracji pochodzących ze światów elektroniki i metalu.
O godzinie 19:45 na scenę weszło trzech gości z gitarami, z dymiarki poleciał dym, z głośników elektroniczny podkład perkusyjny i zaczęło się mielenie. Muzyka Bong-Ra to ekstremalna mieszanka techno i noise’u z industrialnym metalem, która absolutnie nie bierze jeńców. Tutaj Godflesh spotyka Ministry, czasem odjeżdżając w stronę post-punka a’la Killing Joke, a czasem w rejony najcięższych i najbardziej smolistych przedstawicieli sceny sludge/doom.
Industrialny, mechaniczny hałas łączący elektroniczne rytmy z przesterowanymi do granic gitarowymi riffami i złowrogim wokalem Köhnena zdecydowanie nie należy do muzyki lekkostrawnej, ale niewątpliwie na żywo robi niesamowity klimat.
Przez trzy kwadranse panowie łoili niemiłosiernie, na przemian przyspieszając i zwalniając, a przede wszystkim budując transową, narkotyczną atmosferę. Bong-Ra może nie jest zespołem, którego studyjnych dokonań namiętnie słuchałbym w domu, ale jego koncert to bardzo ciekawe doświadczenie. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się jak mogłaby wyglądać dyskoteka w piekle, występ holenderskiego projektu przyniesie odpowiedź na to pytanie.
Thy Catafalque – węgierski folk, black metal, sample i solo na wiolonczeli
Thy Catafalque zaczął się w 1998 r. jako jednoosobowy projekt węgierskiego kompozytora i multiinstrumentalisty Tamása Kátaia – eksperymentalny, poszukujący, ale jednak osadzony w black metalu oraz folk-blacku. Z czasem przekształcił się w artystyczny kolektyw coraz śmielej eksplorujący różne rodzaje mrocznej, atmosferycznej muzyki. Na swoim pierwszym w historii polskim koncercie Kátai i przyjaciele zaserwowali ze sceny pełen przekrój tych niemal trzydziestoletnich stylistycznych poszukiwań.
Rany, czego tam nie było! Cztery różne wokale, w tym jeden damski, teksty w języku węgierskim, elektroniczne sample, nawet solówka na wiolonczeli, no i przede wszystkim bardzo solidne gitarowe granie.
Przed koncertem w Warszawie zrezygnować z udziału w trasie musiał z przyczyn rodzinnych etatowy wioślarz Thy Catafalque, a jego obowiązkami podzielili się gitarzyści Bong-Ra. Z niełatwym przecież materiałem poradzili sobie bardzo dobrze, świetnie wykonując zarówno stare, korzennie black metalowe kawałki, jak i przebojowe rockowe bangery czy rzewne folkowe melodie. Szczególnie te ostatnie zaskoczyły pozytywnie, dodając występowi klimatu i jednocześnie nie popadając w tak niestety częstą w tym gatunku biesiadną przaśność.
Węgierski kolektyw wyszedł na scenę punktualnie o 21 i grał niemal półtorej godziny. Przez ten czas wykonał bardzo różne stylistycznie numery, jednak mimo to całość pozostała bardzo spójnym widowiskiem, udanie balansującym pomiędzy metalem, folkiem i przyjemnie bujającą elektroniką. Ze sceny emanowała bardzo fajna energia i wyglądało na to, że zarówno fani, jak i sami muzycy bawili się tego wieczoru doskonale.
Podsumowanie – wczesny kandydat do tytułu koncertu roku?
Historyczny pierwszy polski koncert Thy Catafalque już za nami i muszę przyznać, że był to jeden z lepszych występów na żywo, jakie widziałem w tym roku. Ogromne brawa należą się Piranha Music za podjęcie wyzwania i ściągnięcie zespołu Kátaia do naszego kraju oraz wzorowe ogarnięcie organizacji wydarzenia na miejscu, a także dla zgromadzonej w VooDoo Club publiczności, która na imprezie stawiła się licznie i bardzo żywiołowo przyjęła grupę.
Podobnie jak w przypadku odbywającego się niespełna tydzień wcześniej w tym samym miejscu koncertu szwedzkich death metalowców z Lik, impreza miała konkurencję w postaci występu na drugiej sali. Na Stage 2 produkowały się brytyjskie składy Vacuous i Bastard Mycosis, jednak tym razem nakładające się czasówki uniemożliwiły mi uczestnictwo w obu wydarzeniach. Z tego, co wiem, gig wyspiarskich death metalowych załóg zgromadził znacznie mniejszą publiczność, a część z niej pewnie chciałaby zaliczyć oba występy.
Ci, którzy wybrali tego dnia Thy Catafalque, na pewno nie żałowali, a ci, którzy z tych czy innych przyczyn nie byli na koncercie obecni, mają jeszcze jedną szansę nadrobić zaległości. Już dziś bowiem Węgrzy zagrają w Krakowie w klubie Zaścianek. Zajrzyjcie tam koniecznie, jeśli macie możliwość, warto!
