Image default
RELACJE

Lód i lawa – relacja z koncertu Sólstafir w Warszawie, 21.11.2018

Jest coś bardzo pociągającego w Islandii, ta pełna kontrastów wyspa jest surowa i nieprzystępna, ale jednocześnie hipnotyzująca, piękna i niepowtarzalna. Podobnie jest z twórczością islandzkiego Sólstafir.

Zespół zaczynał w połowie lat 90. XX wieku jako kapela black metalowa. Dziś jednak to zupełnie coś innego i trudno jednoznacznie stwierdzić nawet, że to metal. Na żywo jednak Sólstafir jednak brzmi mocno i surowo – można się było przekonać o tym podczas dwóch koncertów w Polsce. Pierwszy z nich zorganizowano 20 listopada w Gdańsku, drugi – dzień później w Warszawie.

Najliczniej w setliście reprezentowana była ostatnia płyta zespołu, czyli “Berdreyminn” z 2017 roku.

Pomimo tego, że krążek utrzymany jest w dość melancholijnym i spokojnym nastroju – utwory na żywo zabrzmiały bardzo chropowato, z większą mocą, ale jednocześnie nie brakowało w nich tego pierwiastka specyficznego klimatu muzyki Sólstafir.

Nawet bardzo spokojny utwór „Hula” na żywo dość mocno zmienił swoje oblicze, a emocje, które słychać w wersji studyjnej zostały jeszcze bardziej spotęgowane. Podobne odczucia wzbudził jeden z najbardziej znanych utworów grupy, czyli „Fjara”. Ogólnie ujmując, twórczość Sólstafir na żywo – w mojej ocenie – zyskuje. Być może traci trochę ze swojej delikatności, ale za to zyskuje moc i zadziorność.

EMP Shop

W klimat występu idealnie wpisywała się wizualna strona przedstawienia.

Niby nie było to nic szczególnego – ot, zwykłe światła sceniczne. Jednak zespół skąpany w lodowato niebieskim świetle oraz dymie, który sprawiał, że muzycy wyglądali jak cienie, lub dla odmiany – szaleńcza kakofonia kolorów i błysków w momentach bardziej dynamicznych sprawiały, że autentycznie miało się odczucie uczestnika w czymś więcej niż zwykłym koncercie. I publiczność to czuła – reagowała entuzjastycznie na kolejne utwory, a także łatwo dała wciągać się do zabawy.

Zespół przez znaczną część koncertu milczał, ale im bliżej było końca, tym więcej słów padało ze sceny.

Były kurtuazyjne podziękowania, ale również wspominki. Wokalista Aðalbjörn Tryggvason wspominał między innym, jak zespół grał swój pierwszy koncert w Polsce. Wedle jego relacji – nikt na niego nie przyszedł. Podczas występu w Warszawie, w sumie niewiele czasu później, udało się wypełnić w mniej więcej 2/3 dość dużą Progresję.

Zespół nie zapowiadał też piosenek, z jednym wyjątkiem. Dość długi wstęp został poświęcony tematyce utworu „Blafjall”, który dotyczy depresji i walki z samym sobą. Nie ma się jednak co dziwić – wedle statystyk co 10 Islandczyk cierpi na depresję, więc z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że każdy członek zespołu spotkał w swoim kraju kogoś, kto zmagał się z tą chorobą.

Koncert był prawdziwym połączeniem lodu i lawy – zimnych dźwięków i gorących emocji.

Sólstafir na żywo to zespół, który zdecydowanie warto zobaczyć, bo pomimo tego, że nie jest to show w stylu największych gwiazd, nie ma tam pirotechniki, ekranów, ani wizualizacji, trudno oderwać wzrok i słuch od sceny.

Przed Sólstafir wystąpił zespół ÁRSTÍÐIR.

Ta folk rockowa kapela jest już dość dobrze znana w Polsce, a jej występ został ciepło przyjęty przez publiczność. Muzyka to łagodny rock oparty głównie o instrumenty akustyczne, trochę elektroniki, a także muzyk klasyczne – to za sprawą wiolonczeli.

W Progresji zaśpiewała również Louise Lemon – ta obdarzona mocnym głosem wokalistka wydała w 2018 roku swój debiutancki album „Purge”. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że to taka Lana Del Rey, ale trochę bardziej na rockowo. Sama określa swój gatunek muzyczny jako „death gospel”. Coś w tym jest.

Fot. Szymon Grzybowski; MetalNews.pl

Podobne artykuły

Metalliko! Teraz już wiesz, dlaczego warto nagrywać nowe płyty! – relacja z koncertu w Krakowie.

Szymon Grzybowski

Relacja: Korn, Heaven Shall Burn, Hellyeah – Warszawa, 31.03.2017

Albert Markowicz

Relacja: Nocny Kochanek, Venflon – Warszawa, 04.02.2018

Albert Markowicz

Zostaw komentarz