Miniony weekend dla dużej części metalowej braci z Warszawy stał pod znakiem występu słynnego Paradise Lost w Progresji, ale w tym czasie w stolicy odbyło się też kilka mniejszych imprez. Jedną z nich był sobotni koncert Pandemic Outbreak i Büddah w ramach trasy „Prze(k)klęty Trybularz”, którego gościem specjalnym był zespół R.I.P., prezentujący utwory Kata pod hasłem „Tribute to Roman Kostrzewski”.
Czytaj też: Relacja z koncertu Napalm Death. Muzyczne zniszczenie w stolicy
Pandemic Outbreak – powrót Sepultury z Pomorza
Choć Gdańszczanie zwykle zamykali wcześniejsze koncerty tej trasy, tym razem wystąpili jako pierwsi, rozpoczynając metalowy wieczór w warszawskim Pubie Motocyklowym 2Koła chwilę po godzinie 19:30. Mimo nietypowej kolejności grania, panowie zaprezentowali set pełnej „headlinerskiej” długości i wypadli w nim absolutnie rewelacyjnie.
Pierwszy raz widziałem na żywo Pandemic Outbreak dwa lata temu na festiwalu Metal Kommando V w klubie VooDoo. W relacji z tamtej imprezy nazwałem ich „Sepulturą z Pomorza” ze względu na wyraźnie słyszalne inspiracje wczesną twórczością brazylijskiej legendy. Na sobotnim koncercie potwierdzili to wrażenie jeszcze dobitniej, wykonując pod koniec cover „Troops of Doom”, a i w swoich nowych autorskich numerach wciąż wyraźnie nawiązują do stylu dawnej załogi braci Cavalerów.
Pandemic Outbreak to staroszkolny death/thrash metal, w którym przetykają się szalone galopady, brutalne zwolnienia, cięte riffy i melodyjne, przebojowe solówki. W 2Kołach pograli trochę swoich starszych rzeczy, ale głównie skupili się na promocji zeszłorocznego albumu „Torment Beyond Comprehension”, który wyrywa z butów zarówno w wersji studyjnej, jak i wykonywany na żywo. Doskonała celebracja tradycyjnego grania dla zatwardziałych maniaków. Jeśli jakimś cudem jeszcze ich nie znacie – gorąco polecam.
Büddah – solidne death metalowe rzemiosło
Kolejną hordą, która zaprezentowała się warszawskiej publice, był pochodzący również z północy Polski zespół Büddah. W styczniu wydał on debiutancki album „Amyotrophy”, który ukazał się nakładem wytwórni Godz ov War Productions. To już rekomendacja sama w sobie, bo Greg słabych składów do swojej stajni nie bierze, muszę jednak przyznać, że po świetnym strzale w wykonaniu Pandemic Outbreak drugi zespół w stawce nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia.
Panowie z Büddah zagrali czysty, korzenny death metal, bez zbędnych udziwnień ani jakichś wykonawczych fajerwerków. Po prostu solidne deathowe rzemiosło, które z pewnością może się podobać, ale na kolana jakoś nie rzuca. Trzeba jednak grupie oddać, że przyciągnęła całkiem sporą publiczność, bo podczas ich występu sala 2Kół była naprawdę mocno wypełniona, a i harce pod sceną się działy. Ja jednak zbierałem już siły na najważniejszy, finałowy koncert wieczoru.
R.I.P. – rozpoczęcie „Tribute to Roman Kostrzewski”
Zespół R.I.P. gościł na naszych łamach już nie raz i nie dwa, ja też gościłem na jego koncertach wielokrotnie i bawiłem się przednio. Tym razem mieli jednak zaserwować coś specjalnego – set złożony wyłącznie z utworów zespołu Kat, aby oddać hołd Romanowi Kostrzewskiemu w związku z niedawną czwartą rocznicą śmierci ikony polskiego metalu.
Muzycy weszli na scenę przy dźwiękach intra, którym była instrumentalna miniatura „Talizman” z płyty „Ballady”, a chwilę potem wjechali już z pełną mocą w „Metal i piekło” i się zaczęło! Po raz drugi byłem na koncercie R.I.P. w hołdzie Romanowi i uważam, że w tej chwili chyba nikt na polskiej scenie nie czuje ducha jego tekstów i muzyki Kata w ogóle lepiej niż Gambit i jego koledzy. A odegranie tych legendarnych numerów przez ekipę, której w większości nie było jeszcze na świecie, kiedy powstawały, to najlepszy hołd z możliwych, udowadniający, że pewne rzeczy się nie starzeją i nie zestarzeją nigdy.
Tribute to Roman Kostrzewski – sentymentalna podróż w lata 80.
R.I.P. skupił się na materiale Kata z lat 80., ale w setliście znalazło się też miejsce na coś z późniejszego okresu działalności grupy, konkretnie „Delirium Tremens”. Ten nietypowy, rzadko coverowany numer z bardzo osobistym tekstem Romana akurat w koncertowym repertuarze R.I.P. gości całkiem często, nawet podczas ich występów z autorskim materiałem (choćby ostatnio, gdy rozgrzewali publiczność przed Aquilla). A co usłyszeliśmy oprócz niego? Same klasyki, w tym, „Diabelski dom” cz. I i II, „Wyrocznię”, „Czas zemsty”, „Głos z ciemności”, „Śpisz jak kamień” czy wykonany na sam koniec „Ostatni tabor”. Przy takim natężeniu kultowości aż chciałoby się, żeby ten koncert się nie kończył.
Tradycją granych przez R.I.P. memoriałów „Tribute to Roman Kostrzewski” jest obecność na scenie gości z innych zespołów – tym razem w kilku utworach pojawili się: Szrama z grupy Wielki Mrok, a także Stasiek z Diving Stove. Wspólnie z gospodarzami wieczoru udało im się totalnie porwać publiczność i zapewnić jej wzruszającą podróż w czasie do ery polskiego metalu, którą spora część obecnych na sali osób może znać tylko z opowieści.
Podkreślam to nie bez przyczyny, bo na tej imprezie bardzo pozytywnym zaskoczeniem dla mnie była nie tylko niezła ogólna frekwencja (mimo mocnej konkurencji w postaci wspomnianego Paradise Lost), ale też liczba bardzo młodych ludzi machających głowami w rytm muzyki sprzed przeszło czterdziestu lat. Tradycyjny metal w Polsce żyje i ma się całkiem dobrze, a spędy w tak oldschoolowych i na swój sposób uroczych miejscach jak 2Koła podtrzymują go przy życiu, pomimo pewnych wpadek i niedogodności. Ale tego wieczoru nikt zbytnio nie przejmował się opóźnieniami względem czasówki, która rozjechała się już po pierwszym koncercie, ani tym, że specjalnie na tę okazję powiększona scena zagradzała dostęp do klubowej toalety i nadmiar piwa należało usuwać z organizmu w Toi Toiach na zewnątrz. Romek też pewnie by się nie przejmował.
