7 października 1986 roku Slayer wydał swój trzeci album studyjny „Reign in Blood”. Zespół nie wiedział wówczas, że nagrywa płytę, która na dekady stanie się jednym z najważniejszych punktów odniesienia dla ekstremalnego metalu. Dla samych muzyków był to przede wszystkim kolejny krok po „Hell Awaits” materiał, który miał być szybszy, bardziej bezpośredni i pozbawiony wszystkiego, co mogłoby osłabić jego uderzenie.
Czterdzieści lat później „Reign in Blood” pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych albumów w historii thrash metalu. Co ciekawe, jego powstanie nie było efektem wielkiej, wieloletniej produkcji. Przeciwnie, Slayer wszedł do studia jako świetnie przygotowany zespół, a Rick Rubin zamiast komplikować materiał, konsekwentnie go upraszczał i oczyszczał.
Czytaj też: Jeff Hanneman pośmiertnie oskarżony o nazizm
Nowy producent z zupełnie innego świata
Po wydaniu „Hell Awaits” Slayer znajdował się w momencie, w którym zainteresowanie zespołem zaczęły wykazywać większe wytwórnie. Grupa wciąż była związana z Metal Blade, ale jej pozycja szybko rosła. W tym samym czasie uwagę na Slayera zwrócił Rick Rubin, współtwórca Def Jam Recordings.
Wybór producenta mógł wydawać się zaskakujący. Rubin był kojarzony przede wszystkim z rozwijającą się sceną hip-hopową i pracą z wykonawcami takimi jak Run-DMC czy LL Cool J. Jednocześnie od dawna interesował się ciężką muzyką. Slayer zobaczył na żywo w nowojorskim klubie The Ritz we wrześniu 1985 roku i, jak później wspominał, występ zrobił na nim ogromne wrażenie.
Dla muzyków sytuacja również była nietypowa. Człowiek związany z wytwórnią znaną z hip-hopu chciał produkować jedną z najbardziej ekstremalnych metalowych grup tamtego okresu. Ostatecznie właśnie ta pozornie dziwna kombinacja okazała się jednym z najważniejszych elementów historii „Reign in Blood”.

Fot. Materiały promocyjne
Slayer chciał grać szybciej
Po trasie związanej z „Hell Awaits” muzycy zaczęli pracować nad nowym materiałem. Jednym z najważniejszych założeń było odejście od dłuższych, bardziej rozbudowanych kompozycji poprzedniej płyty.
Jeff Hanneman i Kerry King pisali riffy, które miały być krótkie, gwałtowne i maksymalnie skoncentrowane. Istotną rolę odegrały również fascynacje Hannemana amerykańskim hardcore punkiem. Gitarzysta interesował się podziemną sceną Los Angeles i przywoził do zespołu płyty grup takich jak D.I. czy Verbal Abuse. Z czasem wpływ tej muzyki zaczął być słyszalny również w Slayerze – przede wszystkim w sposobie budowania krótkich, agresywnych utworów.
Tempo dodatkowo rosło podczas prób. Dave Lombardo miał opinię perkusisty, który potrafił przyspieszać utwory podczas grania. W przypadku „Reign in Blood” nie było to problemem, lecz częścią procesu, który doprowadził materiał do ostatecznej, ekstremalnej formy.
Czytaj: Nowa książka o Wielkiej Czwórce thrash metalu
Wejście Slayera do Hit City West
Nagrania odbyły się w Hit City West w Los Angeles. Zespół był bardzo dobrze przygotowany, dlatego nie potrzebował długich tygodni pracy nad podstawowymi partiami. Tom Araya wspominał później, że muzycy wcześniej intensywnie ćwiczyli materiał, a w studiu po prostu grali go tak długo, aż Rick Rubin uznał wykonanie za właściwe.
Sesje odbywały się również w późnych godzinach. Dave Lombardo wspominał, że praca często zaczynała się około 22:00 lub 23:00 i trwała do wczesnych godzin porannych. Nie wynikało to jednak z imprezowego trybu życia, muzycy byli przede wszystkim skupieni na nagrywaniu.
Lombardo zarejestrował swoje partie w bardzo krótkim czasie. W późniejszych wspomnieniach oceniał, że nagranie jego ścieżek zajęło około trzech lub czterech dni. W czasach, gdy nie było komputerowej edycji ani współczesnych narzędzi produkcyjnych, oznaczało to konieczność bardzo dobrego przygotowania zespołu przed wejściem do studia.
Rick Rubin chciał usunąć wszystko, co zbędne
Jednym z najważniejszych elementów produkcji „Reign in Blood” była decyzja Ricka Rubina dotycząca brzmienia. Producent uznał, że Slayer nie potrzebuje dużej ilości pogłosu, który w metalowych nagraniach miał wówczas często budować wrażenie przestrzeni.
W przypadku Slayera taki zabieg mógł jednak zamazać najważniejszą cechę zespołu, czyli szybkość i precyzję. Przy bardzo intensywnych partiach gitar i perkusji nadmiar pogłosu powodowałby, że poszczególne dźwięki zaczęłyby się zlewać.
Rubin postawił więc na znacznie bardziej suche brzmienie. Andy Wallace, pełniący funkcję inżyniera dźwięku, pomógł uchwycić instrumenty w sposób, który pozwalał zachować czytelność nawet przy ogromnej intensywności muzyki.
W efekcie „Reign in Blood” nie brzmi jak rozbudowana produkcja studyjna, która próbuje ukryć niedoskonałości zespołu. Jest bezpośrednia i bardzo bliska energii występu na żywo. Sam Rubin po latach określał nagranie jako coś bardzo zbliżonego do albumu koncertowego – tyle że zarejestrowanego w studiu.
„Reign in Blood” okazał się zaskakująco krótki
Jednym z najbardziej charakterystycznych faktów dotyczących albumu jest jego długość. Dziesięć utworów trwa łącznie niespełna pół godziny. Oficjalne materiały Slayera podają czas 28 minut i 58 sekund.
Co ważne, krótki czas trwania nie był początkowo oczywistym celem zespołu. Po zakończeniu pracy Tom Araya zwrócił uwagę, że album ma zaledwie około 29 minut. Muzycy zastanawiali się, czy materiał jest wystarczająco długi, aby funkcjonować jako pełnoprawna płyta.
Rubin nie widział w tym problemu. Dla niego dziesięć gotowych utworów, posiadających wszystkie potrzebne elementy kompozycji, było wystarczającą zawartością albumu. Nie było potrzeby dopisywania kolejnych piosenek tylko po to, żeby wydłużyć całość.
Ta decyzja okazała się z perspektywy czasu kluczowa. „Reign in Blood” nie daje słuchaczowi czasu na odpoczynek. Kolejne utwory pojawiają się niemal bez przerwy, a kiedy finałowe „Raining Blood” dobiega końca, całość można rozpocząć od początku.
„Angel of Death” – utwór, który wywołał największy problem
Największe zamieszanie wokół płyty nie dotyczyło jednak jej długości ani brzmienia, lecz pierwszego utworu. „Angel of Death” został napisany przez Jeffa Hannemana i opowiada o zbrodniach popełnionych w Auschwitz przez nazistowskiego lekarza Josefa Mengele.
Hanneman interesował się tematyką II wojny światowej i podczas podróży między koncertami czytał książki dotyczące Mengelego. Materiał stał się podstawą tekstu utworu. Slayer przedstawił historię w sposób chłodny i opisowy, bez dopisywania do niej dodatkowego komentarza.
To właśnie ta forma stała się później źródłem oskarżeń o fascynację nazizmem, którym muzycy wielokrotnie zaprzeczali. Sam utwór nie gloryfikuje Mengelego ani nazistowskich zbrodni – opisuje jego działalność i eksperymenty przeprowadzane na więźniach.
Kontrowersje miały jednak realne konsekwencje. Columbia Records, dystrybutor Def Jam, nie chciała wydać albumu. Wytwórnia miała zastrzeżenia przede wszystkim do „Angel of Death”, a dodatkowym problemem była prowokacyjna okładka przygotowana przez Larry’ego Carrolla.
W efekcie „Reign in Blood” nie został wydany w pierwotnie planowanym modelu dystrybucyjnym. Ostatecznie za jego dystrybucję odpowiadało Geffen Records.

Okładka Larry’ego Carrolla
Oprawę graficzną przygotował amerykański artysta Larry Carroll, który stworzył dla Slayera wizję piekielnego, pełnego przemocy świata. Obraz był zgodny z tematyką i estetyką zespołu, ale jednocześnie należał do tych elementów albumu, które mogły wzbudzać sprzeciw poza metalowym undergroundem.
W połączeniu z „Angel of Death” okładka sprawiała, że „Reign in Blood” od początku nie był łatwym produktem dla dużej dystrybucji. Slayer nie próbował jednak łagodzić swojego wizerunku. Muzycy pozostali przy materiale dokładnie takim, jaki nagrali.
Dziesięć utworów i żadnego wypełniacza
Tracklista „Reign in Blood” składa się z dziesięciu kompozycji:
- „Angel of Death”
- „Piece by Piece”
- „Necrophobic”
- „Altar of Sacrifice”
- „Jesus Saves”
- „Criminally Insane”
- „Reborn”
- „Epidemic”
- „Postmortem”
- „Raining Blood”
Za większość muzyki odpowiadali Jeff Hanneman i Kerry King. Dave Lombardo nie był autorem kompozycji, ale jego sposób gry miał ogromne znaczenie dla finalnego charakteru materiału. Tom Araya natomiast odpowiadał za bas i wokale.
Szczególnym przypadkiem było „Raining Blood”. Pomysł na główny riff wyszedł od Hannemana, który zapamiętał go na małym urządzeniu nagrywającym. Utwór był rozwijany wspólnie z Kerrym Kingiem, a część tekstu została dopracowana już podczas pracy nad albumem. King wspominał, że kończył słowa do piosenki w lobby studia.
To właśnie „Raining Blood” stało się finałem płyty. Charakterystyczny motyw deszczu otwierający i zamykający utwór dodatkowo wzmacniał wrażenie, że cały album jest zamkniętą, krótką formą, która kończy się dokładnie tam, gdzie powinna.
Album, którego znaczenia Slayer początkowo nie dostrzegał
Najciekawsze w historii „Reign in Blood” jest chyba to, że sami muzycy nie traktowali go w momencie powstawania jak dzieła, które zmieni historię metalu. Kerry King wielokrotnie wspominał, że dla Slayera był to po prostu kolejny album i kolejny zestaw utworów.
Dopiero reakcje słuchaczy i krytyków pokazały, z czym zespół miał do czynienia. Płyta trafiła na 94. miejsce amerykańskiej listy Billboard 200 i z czasem uzyskała status złotej płyty w Stanach Zjednoczonych.
Nie chodziło jednak wyłącznie o wyniki sprzedaży. „Reign in Blood” stał się punktem odniesienia dla kolejnych pokoleń muzyków grających thrash, death i inne odmiany ekstremalnego metalu. Jego znaczenie wynikało z połączenia kilku elementów: bardzo szybkiego materiału, znakomitej sekcji rytmicznej, charakterystycznych gitar Hannemana i Kinga oraz produkcji Rubina, która zamiast wygładzać Slayera, pozwoliła jeszcze wyraźniej usłyszeć jego agresję.
Slayer ogłasza nowe koncerty w ramach 40-lecia „Reign In Blood”
„Reign in Blood” zespołu Slayer 40 lat później
7 października 2026 roku mija dokładnie 40 lat od premiery „Reign in Blood”. W tym czasie zmieniły się technologie, sposoby nagrywania i produkcji muzyki, a kolejne pokolenia zespołów przesuwały granice ekstremalnego grania. Mimo to album Slayera nadal brzmi zaskakująco bezpośrednio.
Być może właśnie dlatego „Reign in Blood” przetrwał próbę czasu. Nie jest płytą, która potrzebuje dodatkowych ozdobników, rozbudowanych aranżacji czy długiego budowania napięcia. Dziesięć utworów w mniej niż pół godziny wystarczyło, aby stworzyć jeden z najbardziej wpływowych albumów w historii metalu.
Slayer wszedł do Hit City West z materiałem, który miał być szybszy i bardziej agresywny od „Hell Awaits”. Rick Rubin pomógł zespołowi pozbyć się tego, co uważał za zbędne, Andy Wallace uchwycił jego brzmienie, a muzycy byli na tyle dobrze przygotowani, że nagrania nie wymagały wielomiesięcznej pracy.
Resztę zrobiła muzyka.
„Reign in Blood” nie powstał jako próba stworzenia pomnika thrash metalu. Powstał jako kolejny album Slayera. To, że cztery dekady później wciąż mówimy o nim jako o jednym z najważniejszych nagrań w historii ekstremalnego metalu, jest najlepszym dowodem na to, jak wyjątkowo zadziałało połączenie tych wszystkich elementów.
Źródła:
