RECENZJE

Recenzja płyty Mayhem „Liturgy of Death”. Jest średnio, ale stabilnie

Mayhem recenzja albumu Liturgy of Death 2026

6 lutego ukazał się kolejny długogrający album jednej z największych legend black metalu – zespołu Mayhem. Tymczasem już 24 lutego grupa wystąpi w Polsce, w gdańskim klubie B90, w dodatku w niezwykle doborowym towarzystwie formacji Marduk oraz Immolation. To bardzo dobra okazja, by przyjrzeć się bliżej najnowszemu, siódmemu już longplayowi norweskiej ikony – „Liturgy of Death”.

Czytaj też: Odyum – recenzja debiutanckiej płyty „Plan by zgnić”

Kontrowersyjna historia i muzyczne poszukiwania zespołu Mayhem

Na początku tej krótkiej recenzji przyznam szczerze, że nie jestem i nigdy nie byłem fanatycznym szalikowcem Mayhem. Owszem, lubię i szanuję tę grupę, wszak nie da się jej odebrać statusu pionierów tzw. drugiej fali black metalu, a ich pierwsze demówki, EP-ki i debiutancki album „De Mysteriis Dom Sathanas” to obiekty w pełni zasłużonego kultu, które niejako skodyfikowały reprezentowany przez siebie gatunek. Potem jednak bywało już różnie – nie zawsze dobrze.

Mayhem to zespół niejednoznaczny i kontrowersyjny, nie tylko przez burzliwą historię, ale też czysto artystyczne poszukiwania i zaskakujące muzyczne wybory. DMDS to klasyk nad klasyki, wiadomo. Odważne, miejscami wręcz wizjonerskie „Grand Declaration of War” bardzo lubię, ale powszechnie jest to krążek chyba raczej niedoceniany. Z kolei płyty „Chimera” czy „Ordo Ad Chao” mają swoich zagorzałych fanów, a mnie nigdy nie urzekły, choć oryginalności odmówić im nie można.

W drugiej dekadzie XXI wieku Mayhem kroczyło już przetartą ścieżką i stało się nieco bardziej przewidywalne, a płyty „Esoteric Warfare” oraz „Deamon” jednym uchem wlatywały mi do głowy, a drugim wylatywały, nie przyciągając uwagi na dłużej. Ostatnim materiałem Norwegów, którego słuchałem z wielką przyjemnością, była EP-ka „Atavistic Black Disorder / Kommando” z 2021 r., i to chyba głównie ze względu na obecność na niej punkowych coverów, do nagrania których Necrobutcher zaprosił dawnych kolegów z zespołu. Jak na tle tych wszystkich, bardzo przecież zróżnicowanych dokonań prezentuje się najnowsze „Liturgy of Death”? Są przebłyski dawnego geniuszu czy raczej już tylko wyrobnictwo?

Płyta Mayhem „Liturgy of Death” utwór po utworze

Ten album to 49 minut muzyki zawartej w ośmiu kawałkach. Otwiera go krótkie klimatyczne intro do utworu „Ephemeral Eternity”, w którym gościnnie pojawiają się również muzycy Ulver. Zaczyna się bardzo ciekawie i słychać wyraźnie, że w tym nagraniu maczali palce ludzie, którzy wraz z Mahyem współtworzyli wczesną scenę black metalową w Norwegii lat 90., ale z czasem poszli w zupełnie inne, eksperymentalne rejony muzyczne. Potem jest już jednak zdecydowanie bardziej klasycznie – dostajemy po kolei rozpędzone, rzeźnickie „Despair” oraz trochę bardziej klimatyczne i stonowane „Weep for Nothing”. Pierwszą połowę płyty kończy najkrótszy utwór na niej, „Aeon’s End” – znów rzeźnia na pełnej prędkości z okazjonalnymi niemal death metalowymi rykami Attili Csihara. No, dobre to jest.

Drugą część „Liturgy of Death” stanowią trzy numery o długości między 5 a 6 minut każdy, dość podobne do siebie i niestety znacznie mniej spektakularne niż np. „Aeon’s End”, który szybko wyrósł na jednego z moich ulubieńców na tej płycie. Słuchając ich ma się wrażenie obcowania z solidnym, poprawnym black metalem wygenerowanym przez AI po wpisaniu promptu „stwórz typowy, idealnie przeciętny utwór Mayhem”. Sytuację ratuje trochę ostatni na trackliście siedmioipółminutowy „The Sentence of Absolution” – naprawdę mocna rzecz, zaskakująco melodyjna, z przyjemnie groove’ującymi riffami – bardzo dobre zwieńczenie raczej średniego albumu.

Aktualna forma techniczna i kompozytorska grupy Mayhem

„Liturgy of Death” to materiał przyzwoity, ale jednak daleki od geniuszu. Zespół Mayhem podąża na nim ścieżką obraną po powrocie do składu Attili – niczego nie szuka, niczego nie próbuje udowodnić i po prostu gra swoje, tylko że w sposób dość rzemieślniczy i toporny. Jest oczywiście dużo ekstremalnego łojenia, miejscami pojawiają się mniej lub bardziej rozbuchane orkiestracje, a typowo black metalowym wokalom towarzyszą podniosłe zaśpiewy (zresztą warsztat i różnorodność głosu Cishara to jeden z najjaśniejszych aspektów tego albumu), czegoś jednak w tym wszystkim brakuje.

Black metal to gatunek muzyczny, który potrafi być piwniczny, wulgarny i przesiąknięty atmosferą zła, a jednocześnie na swój sposób chwytliwy i angażujący. Tymczasem na siódmej płycie jednej z najważniejszy nazw w jego historii tego właśnie nie ma. Po pierwsze, „Liturgy of Death” jest wyprodukowane dobrze, moim zdaniem nawet za dobrze – czysto, niemal sterylnie, bez surowości brzmienia i złowieszczej mocy, którą miało chociażby DMDS. Po drugie, kuleje songwriting. Po odejściu Blasphemera aktualny gitarowy duet Teloch-Ghul, choć niewątpliwie bardzo sprawny technicznie, zdaje się mieć problem z komponowaniem ciekawych riffów i składaniem ich w zostające w głowie utwory. Owszem, jest na tym albumie kilka bardziej zapadających w pamięć tracków, ale generalnie mamy do czynienia z dość generycznym graniem „na jedno kopyto”.

Płyta „Liturgy of Death” zyskuje z kolejnymi przesłuchaniami, ale jak bardzo?

Ani przedpremierowe single, ani pierwszy odsłuch całości „Liturgy of Death” nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia. Z czasem jednak zacząłem dostrzegać na tej płycie fajne smaczki, a parę kawałków wyróżniło się na plus, choć materiał jako całość wciąż uważam za rozczarowująco przeciętny. Ot, kolejny album Mayhem taki sam jak poprzedni – bardzo dobrze zagrana nawałnica riffów i blastów, z której jakoś nie za wiele wynika. Oczywiście nie jest to też płyta w żaden sposób fatalna, nie wytrzymuje jednak porównania z klasykami z wczesnego okresu działalności grupy, a także z wieloma świetnymi albumami współczesnego black metalu. Z samej tylko polskiej sceny mógłbym wymienić kilka materiałów z zeszłego roku, które nowe Mayhem biją na głowę.

Jak jednak wspomniałem, ten zespół w historii muzyki metalowej zrobił już swoje, z nikim się nie ściga i chyba też nikt z fanów nie oczekiwał po nim płyty wybitnej. Czy mogła być ona lepsza niż jest? Na pewno. Czy mogła być dużo gorsza? Też. Tymczasem jest po prostu w miarę okej, z kilkoma utworami wyróżniającymi się pozytywnie, z bardzo dobrym głosem frontmana i z masą riffów, które dadzą chwilę przyjemności podczas słuchania, ale zaraz po tym, jak płyta zatrzyma się w odtwarzaczu, nie będziemy już o nich pamiętać. Trochę szkoda, bo jakby wywalić z „Liturgy of Death” połowę numerów i wydać jako EP-kę trwającą poniżej pół godziny, efekt byłby zdecydowanie lepszy.

Mayhem album Liturgy of Death 2026
Mayhem album „Liturgy of Death” (2026)

Lista utworów:

1. Ephemeral Eternity
2. Despair
3. Weep for Nothing
4. Aeon’s End
5. Funeral of Existence
6. Realm of Endless Misery
7. Propitious Death
8. The Sentence of Absolution

Podobne artykuły

No tak średnio, bym powiedział… Slash – „Living the Dream” recenzja

Szymon

Recenzja splitu O.D.R.A / Las Trumien „Breslau Spleen”. Podwójna dawka brudu

Piotr Żuchowski

Recenzja: Lordi – „Killection”, czyli upiór w eterze

Bartłomiej Pasiak

Zostaw komentarz