Image default
RECENZJE

No tak średnio, bym powiedział… Slash – „Living the Dream” recenzja


Tytuł tej płyty chyba idealnie oddaje to, co obecnie przeżywa główny jej sprawca, czyli Slash. Koncertuje po całym świecie i wyprzedaje stadiony z Guns’n’Roses. Jak znajdzie chwilę wolnego czasu nagrywa sobie solowe płyty przy akompaniamencie The Conspirators i Mylesa Kennedy’ego. Jest praktycznie ikoną, żywą legendą, nic nie musi, wszystko za to może. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy życie w tym śnie trochę Slasha rozleniwiło, czy może po prostu znudziło mi się już trochę to, że po raz kolejny serwuje na swoim krążku zestaw takich samych piosenek. Nie ulega jednak wątpliwości, że „Living the Dream” to płyta przeciętna. W skali Slasha rzecz jasna.

Jeśli ktoś słuchał poprzednich krążków Slasha, Mylesa Kennedy’ego i The Conspirators ma obraz tego, co znalazło się na „Living the Dream”.

To zestaw prostych, hard rockowych, piosenek z bardzo mocno uwypukloną partią gitar głównego artysty. Są one lub w zamyśle miały być bardzo przebojowe, okraszone licznymi solówkami i mocno nawiązujące do estetyki z końca lat 80. i początku 90. I właściwie w miejscu można by skończyć recenzję, bo wszystko zostało już powiedziane. „Living the Dream” to płyta ostrożna, nawet zachowawcza i to – pomimo tego, że kompozycje na niej zawarte nie są absolutnie złe – są jej główne wady.


Utwory na „Living the Dream” można w zasadzie podzielić na dwie kategorie.

Szybsze i ostrzejsze, często osadzone w bluesowej rytmice lub pościelowe ballady z rozemocjonowanymi partiami wokalnymi i rozbudowanymi solówkami przypominającymi nieśmiertelne hity, jak „November Rain” czy „Estranged” jednak bez ich przebojowości i siły rażenia.

Wśród tych ostrzejszych utworów zdecydowanie warto wyróżnić „Serve You Right”, które mocno kojarzy mi się z AC/DC – średnie tempo, perkusja wybijająca rytm niczym metronom i szarpany, ale bujający riff. Ciekawe jest też „Mind Your Manners”, które łączy w sobie luz i – nazwijmy to tak przewrotnie – pozytywną niechlujność z zadziornością i szybkim tempem. Bardzo bluesowo, z wyraźną i ciekawą linią basu jest też w „Slow Grind”. Problemem jednak tych kawałków jest jednak to, że pomimo tego, iż przesłuchałem płytę kilkanaście razy, żaden z nich nie zapisał i się w pamięci. Nawet teraz, gdy piszę tę recenzję, muszę spoglądać na tracklistę i puszczać sobie poszczególne kawałki, aby je sobie przypomnieć. Jednym uchem wpadają, drugim wypadają.


Z kawałkami balladowymi mam jeszcze większy problem.

Utwory takie jak „The One You Love Is Gone” czy „The Great Pretender” mogą się podobać, ale tylko w wyjątkowych okolicznościach. Jesteś nastolatkiem na granicy depresji, którego rzuciła dziewczyna lub jest już ten etap imprezy mocno zakrapianej alkoholem, w której wszyscy padają sobie w ramiona, ze łzami w oczach wspominają stare dobre czasy i bez przerwy podkreślają, jak bardzo się nawzajem szanują. To rozemocjonowane, ckliwe i przesłodzone koszmarki – z pewnością znajdą swoich amatorów. Ba! Sam, słuchając ich, popadałem w refleksję i zadumę, ale po tej chwili orientowałem się jednak, że nie powinienem nikomu o tym wspominać…

Trochę sobie żartuję, ale wynika to z dużego szacunku do Slasha i jego dokonań.

„Living the Dream” to nie jest na pewno zła płyta. Świetnie sprawdzi się w samochodzie, czy jako soundtrack do leżenia na kanapie. Jeśli jednak ktoś szuka czegoś ekscytującego, zaskakującego i nietuzinkowego w muzyce, na nowej płycie Slasha tego nie znajdzie.

Slash – „Living The Dream” recenzja
Slash – „Living The Dream”, 2018

Tracklista:

1. The Call Of The Wilds
2. Serve You Right
3. My Antidote
4. Mind Your Manners
5. Lost Inside The Girl
6. Read Between The Lines
7. Slow Grind
8. The One You Love Is Gone
9. Driving Rain
10. Sugar Cane
11. The Great Pretender
12. Boulevard Of Broken Hearts

Ocena autora:
6/10
Sending
User Review
7.6/10 (5 votes)

Podobne artykuły

Powrót do biznesu – recenzja Drown My Day „The Ghost Tales”

Bartłomiej Pasiak

Recenzja: Wolf Spider – V

Robert Sierpiński

Recenzja: Napalm Death – Apex Predator – Easy Meat

Tomasz Koza

1 komentarz

adamino14 15 października 2018 at 22:06

Może nie koniecznie wszystko może są jednak pewne granicę, nic nie musi więc podaje nam te same piosenki, bo płyta się sprzedaje, i nie tylko Slasha ale dużo innych artystów robi podobnie. Choć nie zaprzecze ze po przesłuchaniu kawałka „The One You Love Is Gone” mi się spodobał, naprawdę łapie człowiek na spore refleksję, zamkną oczy i po płynąc. Polecam.

Odpowiedz

Zostaw komentarz