REKLAMA

Lark singiel Halfway Down The Road

RELACJE

Relacja z koncertu Napalm Death. Muzyczne zniszczenie w stolicy

Relacja z koncertu Napalm Death w Warszawie 2026

17 lutego muzyczne zniszczenie dosięgło Warszawę. W klubie Progresja odbył się jedyny polski przystanek tegorocznej trasy koncertowej „Campaign for Musical Destruction”, podczas którego wystąpili: Napalm Death, Whiplash, Varukers i Dopelord. Przygotowaliśmy dla Was relację z tego wydarzenia.

Czytaj też: Relacja z koncertu Cryptic Remains – 17.01.2026

Dopelord – stonerowy towar eksportowy

Wtorkowy wieczór w stołecznej Progresji rozpoczął nasz rodzimy stoner/doomowy Dopelord. Polacy wystartowali kilka minut przed czasem, w związku z czym mimo punktualnego stawienia się na miejscu, na salę dotarłem kiedy grali już swój sztandarowy ostatnio otwieracz, „The Chosen One” z najnowszej płyty. W tym numerze na gitarze prowadzącej zagrał Piotr „Wyrosław” Dobry z Weedpeckera, zastępujący w trasie Grzegorza „Mroka” Pawłowskiego. Był to jednak ostatni (przynajmniej na razie) koncert Piotra z Dopelordami, a na resztę setu wskoczył już Mroku, oryginalny członek zespołu. Tym niemniej bardzo fajnym gestem było, że Wyro mógł chociaż w jednym utworze zaprezentować się polskiej publiczności po zjeżdżeniu z Dopelordem połowy Europy.

Poźniej, już w swoim stałym składzie, zespół wykonał jeszcze cztery kawałki, po kolei: „Hail Satan”, „Headless Decapitator”, „Reptile Sun” i „Doom Bastards” – same dobrze znane koncertowe bangery, zero przerywników. Po cichu liczyłem też na „Addicted to Black Magick”, ale wiadomo, że jako kapela rozpoczynająca wieczór Dopelord nie miał na swój występ zbyt wiele czasu, więc i tak zmieścił w secie co się dało. Mimo bardzo krótkiego koncertu nie rozczarował, ale to przecież jeden z tych zespołów, które nie rozczarowują na żywo prawie nigdy.

Towarzyszę tej grupie od samego początku kariery i z wielką przyjemnością obserwuję jej rozwój, zarówno czysto artystyczny, jak i pod względem popularności i rozpoznawalności – od występów dla kilkudziesięciu osób w małych lubelskich knajpach, po długie trasy u boku największych gwiazd. Warto bowiem przypomnieć, że Dopelord nie występował w Warszawie jako lokalny support, a pełnoprawny uczestnik całości „Campaign for Musical Destruction”. Śmiało możemy tę grupę nazywać kolejnym „towarem eksportowym” polskiego metalu, wszak zaproszenie na wspólny objazd od samego Napalm Death nie zdarza się codziennie i każdemu.

Varukers – energia pionierów UK hardcore punka

Po doom metalowych walcach przyszedł czas na znaczącą zmianę klimatu dzięki brytyjskim weteranom punk rocka z grupy Varukers. Takie granie nie jest moim specjalnym konikiem i skłamałbym pisząc, że przed tym koncertem byłem z ich dyskografią jakoś szczególnie osłuchany. Tym niemniej na scenie zrobili na mnie bardzo pozytywne wrażenie, dając żywiołowy występ, pełen nonszalanckiego luzu, ale też gitarowego ciężaru oraz rytmiki i energii w duchu „UK hardcore” – nurtu, który Varukersi we wczesnych latach 80. współtworzyli wraz z m.in. Discharge czy GBH.

Pamiątkowe zdjęcie z zespołem The Varukers
Pamiątkowe zdjęcie z zespołem The Varukers

Z pasją i pełnym zaangażowaniem wydzierał się do mikrofonu Anthony „Rat” Martin, a instrumentaliści wcale nie pozostawali gorsi od swojego frontmana, wykonując tak porywające numery jak „Led to the Slaughter”, „Die for Your Government”, „I Don’t Wanna be a Victim” czy „Protest to Survive”. Był to krótki, ale przede wszystkim maksymalnie naładowany energią koncert, który mógł się podobać nawet osobom zazwyczaj nie gustującym w tego typu klimatach.

Whiplash – dobrze, choć nie bez problemów

O ile stary UKHC nie jest mi szczególnie bliski, to bardzo bliski jest mi akurat stary amerykański thrash metal, a trzy pierwsze albumy Whiplash – kolejnego zespołu, który prezentował się tego wieczoru w Progresji – są wielkimi dziełami tegoż gatunku. Ekipę dowodzoną przez Tony’ego Portaro widziałem w 2023 r. w Proximie u boku niemieckiego Destruction i wypadła wtedy fenomenalnie, zatem i po występie przed Napalm Death obiecywałem sobie bardzo dużo.

Niestety początek koncertu Amerykanów mocno te oczekiwania zawiódł. Nie wiem, czy to kwestia słabszego nagłośnienia, czy po prostu zespół nie wyszedł na scenę w pełni skoncentrowany i potrzebował trochę czasu, by się rozkręcić, ale fakt jest taki, że w pierwszych dwóch numerach zaprezentował się bardzo blado. Na szczęście od trzeciego w setliście „Spit on Your Grave” wszystko zaczęło już hulać jak trzeba i rozpoczęła się prawdziwa thrash metalowa uczta.

Dobra technika, rozpędzona perkusja, ostre, porywające riffy, no i szlagier za szlagierem na czele z „The Burning of Atlanta”, „Walk the Plank”, „Red Bomb” oraz odegranym na sam koniec hymnem „Power Thrashing Death” złożyły się na mocarną całość. Bardzo fajnie zabrzmiał też wykonany przedpremierowo nowy numer z płyty „Thrashquake”, która ukaże się w marcu tego roku. Zapowiada się wydawnictwo, na które warto czekać. Tym razem Whiplash nie zachwycił mnie aż tak, jak za pierwszym razem, ale trzeba przyznać, że dobrze wybrnął z początkowych problemów i ostatecznie wypadł przekonująco, jak na klasyka gatunku przystało.

Napalm Death – legenda grindu ciągle w formie

Po godzinie 21:30 nadszedł czas na gwiazdę wieczoru – na deskach stanęli wreszcie muzycy Napalm Death. Jest to jeden z tych klasycznych zespołów, o których mogę powiedzieć, że szanuję je za wkład w scenę i inspirację dla młodszych kapel, ale raczej nie zasłuchuję się w nich pasjami. Wcześniej Barneya i spółkę widziałem na żywo tylko raz, dobre kilkanaście lat temu, i był to występ fajny, ale nie rzucający na kolana. Bardzo chętnie skorzystałem więc z okazji, by sprawdzić w jakiej formie legendy grind core’a są w roku 2026.

No i okazuje się, że są w formie wyśmienitej. Charyzmatyczny Mark „Barney” Greenway wciąż szaleńczo miota się po scenie jakby miał góra 20 lat, a nie 56, John Cooke wycina potężne gitarowe riffy, w zespół całkiem dobrze wpasował się również basista Adam Clarkson, zastępujący na koncertach Shane’a Embury’ego. Ponad godzinny set wypełniła mieszanka klasyków z mniej ogranymi kawałkami, usłyszeliśmy więc sztandarowe hity w rodzaju „Scum”, „You Suffer” oraz „Suffer The Children”, ale też np. „Smash a Single Digit”, „Contagion” czy „Inside the Torn Apart”. Nie zabrakło również coverów – „Politicians” z repertuaru Raw Power, starej hardcore’owej załogi z Włoch, oraz oczywiście „Nazi Punks Fuck Off” Dead Kennedys, którego nie może zabraknąć chyba na żadnym koncercie Napalm Death.

Żadną tajemnicą nie jest fakt, że ND to zespół mocno zaangażowany społecznie i politycznie, jasno deklarujący swoje lewicowe poglądy. Umoralniające wykłady serwowane przez Greenwaya w przerwach między kawałkami potrafią irytować, ale w Progresji były one jak na jego możliwości wyjątkowo stonowane. Czasem było dość poważnie, czasem żartobliwie i ironicznie, ale ogólnie sceniczna prezencja frontmana Napalmów w połączeniu z naprawdę porywająco odegranymi numerami z niemal wszystkich okresów działalności zespołu złożyły się na bardzo udany koncert, dużo lepszy niż tych kilkanaście lat temu na czeskim festiwalu Brutal Assault, kiedy to widziałem ND po raz pierwszy.

Technikalia, organizacja oraz punkowy etos

Od strony technicznej i organizacyjnej nie mogę wiele zarzucić ani klubowi Progresja, ani agencji Winiary Bookings, dzięki której trasa „Campaign for Musical Destruction” zagościła w Polsce – całość przebiegła bez znaczących obsuw, przepinki zespołów były szybkie i sprawne, a realizacja dźwięku zaskakująco dobra. Kolejnym zaskoczeniem, i to bardzo pozytywnym, była też liczba młodych ludzi pod sceną i wielka różnorodność wśród publiczności: w młynie szaleli wąsaci thrash metalowcy w białych adidaskach, fani death i black metalu, staroszkolni punkowcy z irokezami na głowach, a nawet paru skinów – bo Napalm Death to jeden z tych zespołów, którego muzyka łączy ponad gatunkowymi podziałami.

Ja sam końcówkę wieczoru spędziłem przy stoisku z merchem zespołów na bardzo miłej rozmowie z muzykami Varukers, którzy po zakończeniu swojego koncertu łazili po klubie, przybijali piątki z fanami i chętnie pozowali do wspólnych zdjęć. Widać było, że ogromny luz cechuje ich nie tylko na scenie, ale i poza nią, a równościowy punkowy etos zaciera dystans między artystą i odbiorcą. Tymczasem jeszcze więcej hardcore punkowej energii i nonszalancji, tym razem w wydaniu amerykańskim, Warszawa doświadczy już w najbliższą niedzielę, kiedy to w Proximie zagra nowojorska legenda Agnostic Front. Relacji z tego koncertu również spodziewajcie się na naszych łamach!

Podobne artykuły

Relacja z koncertu The Mentors. Heteroseksualiści też mają prawo się bawić (26.01.24)

Piotr Żuchowski

Relacja – Max & Igor Cavalera, Warszawa 20 listopada 2019

Szymon

Relacja: The Dillinger Escape Plan, Shining – Warszawa 11.02.2017

Albert Markowicz

Zostaw komentarz