Image default
RELACJE

Relacja: The Dillinger Escape Plan, Shining – Warszawa 11.02.2017

The Dillinger Escape Plan – ta nazwa przewijała się w ostatnich dniach w mediach wielokrotnie, i to niekoniecznie wyłącznie w tych, związanych z muzyką metalową. Niestety, w relacjach dotyczących zespołu nie chodziło wcale o bardzo dobry koncert, który ten dał w sobotni wieczór w Warszawie, a o coś znacznie poważniejszego. Jak już chyba wszyscy wiedzą, muzycy w drodze do Krakowa ulegli wypadkowi, kiedy w niedzielę rano rozpędzony TIR wpadł na ich autobus, posyłając do szpitala 13 osób i kompletnie niszcząc cały sprzęt kapeli. Na szczęście, w zderzeniu nikt nie zginął ani nie odniósł krytycznych obrażeń, niektóre osoby z obozu TDEP do dziś jednak pozostają w polskich szpitalach. Krakowski występ, jak i reszta trasy, zostały oczywiście odwołane. O wypadku powiedziano już dużo, do całego zdarzenia odniósł się też sam zespół, ja skupić się chcę teraz na sobotnim koncercie w klubie Stodoła – zapewne ich ostatnim przez dłuższy okres czasu.

Dla mnie, dzień z The Dillinger Escape Plan zaczął się wyjątkowo wcześnie, bowiem około godziny 14:00 udało mi się wejść za kulisy i odbyć rozmowę z założycielem oraz gitarzystą grupy, Benem Weinmanem. Muzyk okazał się być bardzo sympatycznym i elokwentnym rozmówcą, o czym będziecie mogli przekonać się z wywiadu, który niedługo pojawi się na stronie. Kiedy wieczorem wróciłem do Stodoły, aby już razem ze wszystkimi cieszyć się koncertem, okazało się, że klub jest już całkiem konkretnie wypełniony fanami. Może nie był to szczyt możliwości tego miejsca, ale śmiało można powiedzieć, że frekwencja jak najbardziej dopisała.

Na początek otrzymaliśmy solidną dawkę pokręconych dźwięków i stroboskopowego seansu, a odpowiedzialni za ten chaos byli Norwegowie z Shining – dla wielu nie żaden tam support, a pełnoprawna, druga „główna” gwiazda imprezy. Zespół ma w Polsce solidną fan bazę (do której sam się zresztą zaliczam), dlatego nie może dziwić znakomite przyjęcie muzyków przez warszawską publiczność. Ludzie pod sceną przez cały czas skakali, pogowali i śpiewali teksty utworów, a dyrygował nimi szalony frontman grupy, Jorgen Munkeby. Wokalista filmował młyn pod sceną kamerką GoPro, którą w pewnym momencie… rzucił głodnym fanom na pożarcie. Widać było, że artyści bawią się w Warszawie równie dobrze co ich sympatycy, co skwitował na koniec sam Munkeby, mówiąc, że Warszawa to absolutnie najlepsze do koncertowania miejsce na całej Ziemi. Na repertuar Norwegów złożyło się tego wieczoru swoiste „best of” ich twórczości, usłyszeliśmy więc m.in. „You Won’t Forget”, „Fisheye”, „Burn It All” czy „The Madness and the Damage Done”. Niestety, nie wszystko podczas tego gigu poszło idealnie, zawalono bowiem nieco sprawę z nagłośnieniem. Mówiąc najprościej, było chyba po prostu zbyt głośno i jazgotliwie, co szczególnie doskwierało przy wysokich dźwiękach – a tych w utworach kapeli jest bardzo dużo. Podobne problemy dało się też wychwycić podczas występu Dillingera, jednak nie były one aż tak odczuwalne.


Chwilę po 20:00, na scenę wbiegli już główni aktorzy tego widowiska, z nieokiełznanym Gregiem Puciato na czele. Zaczęli tak jak na najnowszej płycie, od „Limerent Death”, które zaraz potem przeszło w znacznie starszy „Panasonic Youth”. Co do wydanego jesienią ubiegłego roku „Dissociation”, albumu pożegnalnego grupy, muzycy zagrali z niego aż sześć kawałków – wspomniany wyżej „Limerent Death”, a także „Symptom of Terminal Ilness”, „Wanting Not So Much to as To”, „Surrogate”, „Low Feels Blvd” oraz „Nothing to Forget”. Nowe numery przeplatane były starszymi, z których solidną reprezentację „wystawił” też wydany w 2013 roku krążek „One of Us is a Killer”. Usłyszeliśmy między innymi „Prancer”, „When I Lose my Bet” czy numer tytułowy. Nie zabrakło hiciorów – „Milk Lizard” i „Black Bubblegum”, a także spokojniejszego, zagranego na bis „Mouth of Ghosts”.

Przez cały czas trwania koncertu, spokoju nie dawały bezlitosne stroboskopy, które bombardowały oczy i dobrze współgrały z muzyką. Było głośno, momentami podobnie jak u Shining nieco zbyt jazgotliwie, ale generalnie nie można się za bardzo do niczego przyczepić. Widać było, że panowie są w dobrej formie, choć początkowo wydawało mi się, że są… zbyt jak na nich spokojni na scenie. Kto widział kiedyś sztukę The Dillinger Escape Plan, albo chociaż wpisał nazwę kapeli w YouTube, wie, że chłopaki potrafią robić na żywo naprawdę dziwne i karkołomne rzeczy, balansujące na granicy bezpieczeństwa oraz zdrowego rozsądku (Ben opowiadał mi, że nie ma czucia w małym palcu, w nadgarstku ma śruby, a pewnego dnia na scenie dosłownie złamał sobie kręgosłup, uderzając głową w głośnik). Tymczasem w Warszawie, mieliśmy dosyć „konwencjonalne” metalowe show. Do czasu. Wspomniany Ben stopniowo coraz bardziej się rozkręcał i skakał niczym kozica górska po głośnikach oraz specjalnie chyba w tym celu porozstawianych na scenie skrzynkach, a Greg z czasem trwania występu zrzucał z siebie coraz więcej ubrań, szarżował coraz śmielej, aż w końcu wylądował na balkonowej barierce z boku płyty (jak tylko zobaczyłem ten balkon, wiedziałem, że nie przepuści sobie takiej okazji), skąd rzucił się z mikrofonem z kilku metrów na szalejących pod nim ludzi. Potem jeszcze na bis wdrapał się po rusztowaniu na głośniki zawieszone pod sufitem i siedział tam zadowolony z siebie kontynuując śpiewanie. Tak, teraz wszystko już się zgadzało. Po zagraniu 18 numerów, zmęczeni ale i zadowoleni muzycy pożegnali się z warszawską publicznością, a fani w młynie pod barierkami walczyli o rzucane ze sceny kostki i pałeczki perkusisty.

Tak właśnie zakończył się ostatni(?) w Warszawie koncert The Dillinger Escape Plan w historii. Jak się niestety później okazało, ostatni też na całej trasie…


Podobne artykuły

Relacja: Therion, Imperial Age, Null Positiv – Warszawa, 17.03.18

Szymon Grzybowski

Relacja: Testament, Dew-Scented i Blood from Within w Polsce, Kraków 27.03.2013

Tomasz Koza

Relacja: Einar Selvik – Poznań 04.03.2017

Lena Knapik

Zostaw komentarz