Strona główna » Relacja – Max & Igor Cavalera, Warszawa 20 listopada 2019
RELACJE

Relacja – Max & Igor Cavalera, Warszawa 20 listopada 2019

Moda na sentymentalne trasy koncertowe nasila się coraz bardziej. W tym roku w Polsce mogliśmy zobaczyć już Phillipa Anselmo, który ze swoim nowym zespołem – The Illegals – odgrywa utwory Pantery, Machine Head w całości prezentuje swój debiutancki album.

Czytaj również:

20 listopada w warszawskiej Progresji pojawili się natomiast bracia Cavalera – Max i Igor – którzy w ramach trasy „Return Beneath Arise Tour” odgrywali szlagiery Sepultury z kultowych już płyt „Beneath The Remains” oraz „Arise”.

Czy mam problem z takim „żerowaniem” na sentymencie? Absolutnie nie i podobnie jak ja pomyślało naprawdę sporo osób, bo w środowy wieczór Progresja była wyprzedana niemal do ostatniego miejsca.

Max i Igor Cavalera grają kawałki Sepultury

Setlista koncertu została podzielona na dwie wyraźnie oddzielone części. W pierwszej muzycy odegrali utwory z płyty „Beneath The Remains”. Najgorętszym przyjęciem cieszyło się kultowe „Inner Self”, choć trzeba przyznać, że osób chętnych do robienia awantury pod sceną nie brakowało ani przez minutę całego koncertu.

Jeśli chcesz poznać historię nagrania wspomnianego albumu, przeczytaj artykuł: „Buszmeni w Nowym Jorku – 30. rocznica premiery Beneath The Remains”.

W drugiej części pojawiły się numery z „Arise”. Świetne wrażenie zrobiło „Dead Embronic Cells” z fantastyczną harmonią gitarową, wyjątkowo zabrzmiało też „Desperate Cry”. Zresztą nie ma za bardzo, co wyróżniać poszczególnych utworów, bo obie płyty pełne są wspaniałej muzycznej treści, która nawet dziś – po 30 latach od premiery nic nie straciła ze swojej mocy i przebojowości.

Końcówka koncertu to obowiązkowy cover Motörhead – „Orgasmatron”. Podczas tej trasy odgrywany jest też inny hymn Lemmy’ego i spółki, czyli „Ace of Spades”. Na bisy zniszczenia dopełniło nieśmiertelne „Roots”, a także „Troops of Doom” z albumu “Morbid Visions”.

Relacja z koncertu Maxa & Igora Cavalera

Max Cavalera i spółka

Co zaś tyczy się warstwy wykonawczej, to jestem naprawdę pod dużym wrażeniem. Igor Cavalera jest prawdziwą maszyną za swoim zestawem perkusyjnym i akurat on w tym zakresie mnie nie zaskoczył – walił jak wściekły, a nawet brewka mu nie drgnęła.

Jednak oglądając różne występy czy to Soulfly, czy Cavalera Conspiracy na YouTube miałem spore obawy co do dyspozycji Maxa. Chłopu się znacznie utyło, a jego gra na gitarze… no cóż, oglądając nagrania, często odnosiłem wrażenie, że jedyne co robi, to rytmicznie uderza pustą strunę.

Podczas tej trasy było jednak inaczej – co by nie mówić, stare utwory Sepultury wymagają nieco finezji i sprawności palców – może nie na poziomie Johna Petrucciego, ale jednak. Max mimo to wypadł bardzo dobrze. Formie wokalnej też trudno wiele zarzucić. Obawy okazały się bezpodstawne.

Wielkim plusem występu okazał się dla mnie Marc Rizzo – gitarzysta znany z wieloletnich występów w Soulfly grał z wielkim luzem i wyraźnym entuzjazmem. Z szacunkiem podszedł do dogrywanych utworów – nie próbował silić się na zupełnie niepotrzebne w tym przypadku zmiany czy dodanie czegoś od siebie. Naprawdę przyjemnie się na niego patrzyło i przede wszystkim słuchało.

Sentyment do Sepultury

Odnoszę wrażenie, że Sepultura cieszy się szczególnym uznaniem polskich fanów. Wynikać to może z kilku powodów – może dlatego, że w swoim czasie utwory zespołu często gościły na antenie audycji „Muzyka Młodych” w Polskim Radiu, a może dlatego, że na początku lat 90., kiedy pies z kulawą nogą nie przyjeżdżał do Polski grać koncertów, Sepultura występowała u nas w miarę regularnie? Trudno to stwierdzić.

Na pewno jednak dało się zauważyć, że naprawdę wiele osób, które mogły pamiętać tamte czasy, pojawił się na koncercie Maxa i Igora Cavalera w Warszawie. I z całą pewnością nie powinni czuć się zawiedzeni. W sumie to nikt nie powinien czuć się zawiedziony. Bardzo dobry, sentymentalny powrót do czasów świetności Sepultury.

Podobne artykuły

Relacja: Wardruna, Kaunan – Zabrze, 19.10.2017

Tomasz Koza

Relacja: The Dillinger Escape Plan, Shining – Warszawa 11.02.2017

Albert Markowicz

Relacja: Nowa Ewangelia Tour – Katowice, Mega Club 2009

Tomasz Koza

Relacja: Kylesa, Lazer/Wulf – Gdańsk, 08.07.2014

Tomasz Koza

Relacja: Mastodon, Russian Circles – Warszawa, 11.11.2017

Albert Markowicz

Wysoko zawieszona poprzeczka – relacja z Prog in Park III, Warszawa 12-13 lipca

Szymon Grzybowski

2 komentarze

K 22 listopada 2019 at 21:19
1+

Zainteresowała mnie recenzja bo w Londynie grają za kilka tygodni a tutaj mam bliżej. Dalej jednak nie jestem przekonany, głównie dlatego że przednia trasa Roots to była kpina. Max prezentował się bardziej jak menel, Igor zachowawczo, ale to Mark szpecił najbardziej grając każdy utwór po swojemu zupełnie odbiegając od wersji Andreasa, a na koniec jeszcze jakieś badziewne medley na bis. Parę miesięcy później przyjechała aktualna Sepultura i pod każdym względem byli lepsi ze swoim materiałem. Derrick wokalnie bez porównania, Andreas jedną gitarą więcej roboty robił niż Max i Mark. Nawet Eloy na garach miał tyle energii co Igor jakieś 25-30 lat temu. Dlatego też zachowawczo podchodzę do, w miarę pozytywnej recenzji tego pana, którego recenzja nowego Slipknota jest tak bardzo daleka od prawdy.

Odpowiedz
Szymon Grzybowski
Szymon Grzybowski 22 listopada 2019 at 21:37
2+

Dziękuję za komentarz i opinię. Też słyszałem, że poprzedni koncert wspominkowy Maxa i Igora przypominający płytę “Roots” nie był zbyt udany, ale nie byłem na nim więc nie mam porównania. Sepultury z Derrickiem również będę bronił, bo uważam, że pomimo tego, że daleko odeszli od stylu, którym zespół zasłynął to muzycznie radzą sobie bardzo dobrze – zarówno na albumach, jak i na żywo.

Nie mogę zgodzić się tylko z opinią co do Slipknota i zarzutem, że moja recenzja jest tak bardzo daleka od prawy. W kontekście oceny płyty, czy jakiegokolwiek innego dzieła nie ma czegoś takiego jak prawda. Jest tylko opinia. Moją wyraziłem we wspomnianej recenzji, ale nigdzie nie twierdzę, że to jedna słuszna interpretacja rzeczywistości.

Co do oceny samej płyty zdania nie zmieniam i nadal uważam, że jest bardzo dobra. To zresztą powszechny pogląd (średnia ocen na metacritic 89/100, Kerrang dał maksymalną notę). Czy to oznacza, że ja, czy ktokolwiek inny komu “We Are Not Your Kind” się podoba, mamy rację, a ci, którym nie pasuje ten krążek mylą się? Absolutnie nie, każdy ma prawo do własnego zdania. Dzięki za podzielenie się swoimi spostrzeżeniami. Z metalowym pozdrowieniem!

Odpowiedz

Zostaw komentarz