Kultowa formacja Testament powróciła do naszego kraju 13 sierpnia. I pomimo tego, że od 2022 roku była to już szósta wizyta zespołu w Polsce (widać, że muzycy bardzo lubią występować przed naszą rodzimą publicznością), to śladu znudzenia nie dało się zauważyć ani po thrash metalowych gigantach, ani po zebranych w krakowskim Klubie Studio fanach. I fakt ten nie dziwi, bo Testament jest aktualnie w naprawdę potężnej formie!
Zobacz też: Judas Priest i Voivod w Warszawie – jeden dzień, dwa koncerty legend metalu
Zespół Testament ponownie w Polsce
Mateusz Lip: Zanim przejdziemy jednak do meritum, chcielibyśmy dodać kilka słów odnośnie samej formy naszej relacji z krakowskiego występu Testament. Tak, słusznie użyłem tutaj formy mnogiej, ponieważ wraz z kolegą Piotrem postanowiliśmy, że trochę poeksperymentujemy i zamiast tworzyć kolejną standardową relację, spróbujemy wspólnymi siłami zorganizować tekst będący perspektywą dwóch różnych osób będących na tym samym koncercie. A co tam, czasami człowiek może przecież poszaleć i odejść od zwyczajowej normy. 😉
Piotr Żuchowski: Cześć! Redakcja naszego portalu jest rozsiana po całej Polsce i na lokalnych koncertach spotykamy się dość rzadko, ale są pewne wydarzenia, których odpuścić po prostu nie można i udaje się wtedy zobaczyć w większym gronie. Koncert w Krakowie był dla mnie i Mateusza właśnie takim eventem, choć z różnych powodów, dlatego i ta relacja będzie swego rodzaju porównaniem opinii dwóch osób, które może i stawiły się w tym samym miejscu, ale z odmienną perspektywą i czasem bardzo odmiennymi oczekiwaniami.
Mateusz: Słowem organizacyjnego wstępu jeszcze – Testament zawitał do Polski w ramach swoich letnich wojaży po Europie. Muzycy w trakcie tego tournée występują głównie na festiwalach, więc cieszy fakt, że znaleźli czas i siłę, by wpaść do naszego kraju na samodzielny koncert. Tym bardziej, że krakowski występ był w samym środku ich dość intensywnego maratonu – grupa w dniach 11-16 sierpnia miała bowiem zabookowane sztuki codziennie! Sześć dni grania co wieczór potrafi dać się we znaki nawet i młodszym muzykom, zatem ogromny szacunek dla ekipy Testamentu. Nie wiem jak Ty Piotrze, ale ja nie widziałem po Chucku Billym i reszcie jakiegoś wielkiego zmęczenia na scenie. Sądzisz, że był to dla nich po prostu „kolejny dzień w biurze”?
Piotr: Sam Chuck podczas tego występu kilkakrotnie podkreślał, że bardzo lubi przyjeżdżać do Polski i że zawsze może liczyć na wsparcie „Polish Legions”, więc prawdę mówiąc, nie wyobrażałem sobie, żeby w ramach europejskiej trasy Testament pominął nasz kraj w ogóle. Natomiast ponieważ początek sierpnia akurat nie obfituje w Polsce w duże metalowe festiwale, na których mogłaby zagrać gwiazda tego kalibru, to zdecydowali się na klub. I bardzo dobrze, bo w takich okolicznościach jeszcze ich nie widziałem. Zmęczenia na scenie nie stwierdzono, ale nie uprzedzajmy faktów…

Armored Saint rozpoczęło metalową ucztę
Mateusz: Jako pierwszy rozgrzewacz tego wieczoru na scenie pojawiła się amerykańska formacja Armored Saint. Przyznać muszę, że jej frontmana, Johna Busha, ostatnimi czasy kojarzę bardziej z dokonań z grupą Anthrax. Spora w tym rzecz jasna zasługa samego Busha, który w ostatnich miesiącach zagrał kilka koncertów z repertuarem stworzonym właśnie z tą kultową formacją, a w przyszłym roku zawita z tym projektem także i do Europy.
I gdzieś tam można by pomyśleć, że John coś często zapomina przy okazji ostatnich wywiadów o Armored Saint, czyli jakby nie patrzeć, swoim macierzystym zespole. Na szczęście jest to jednak tylko mylne wrażenie, ponieważ wokalista w dalszym ciągu angażuje się w stu procentach w działalność grupy – i było to widać również i na krakowskim koncercie.
Wokalista kupił swoją charyzmą publiczność praktycznie od razu, a wielu z zebranych w Krakowie odbiorców pewnie do teraz zastanawia się jakim cudem Bush w dalszym ciągu emanuje tak ogromną energią sceniczną. Frontman zespołu przez cały koncert przemieszczał się po scenie tak żywo, że nie zdziwię się jeśli wyrobił w trakcie występu przynajmniej normę dzienną kroków dla przeciętnego człowieka.
Johnowi na scenie (niezmiennie już od wielu dekad) towarzyszyli bracia Sandoval (perkusista Gonzo ubrany w niezwykle fikuśny cylinder i gitarzysta Phil), Joey Vera na basie oraz Jeff Duncan na drugiej gitarze. Co ciekawe, na scenie na chwilę zameldował się również wokalista Metal Church, Brian Allen, który na zaproszenie Busha dośpiewywał chórki w jednym z utworów Armored Saint.
I jeśli musiałbym się już do czegoś przyczepić, to do długości koncertu. Ekipa Armored Saint co prawda wyszła na scenę około dziesięć minut przed czasem (przez co niektórzy z fanów zebranych przed klubem nie zdążyli na rozpoczęcie występu), ale w dalszym ciągu otrzymała do swojej dyspozycji tylko niecałe czterdzieści minut. A zdecydowanie przydałoby się im trochę więcej czasu na scenie.
Piotr: Ogólnie Armored Saint wypadli w Krakowie bardzo dobrze i mogę się wszystkimi kończynami podpisać pod tym, co już stwierdziłeś wyżej. A to, o czym napisałeś na końcu, było również w mojej opinii największym problemem koncertu Amerykanów.
Jechałem na ten gig samochodem z Warszawy z myślą o tym, żeby być na miejscu około godziny 18, a więc w momencie planowanego otwarcia klubu. Liczne remonty po drodze i problemy z miejscami parkingowymi w bliskiej okolicy Studia sprawiły, że dotarłem pod klub dużo później, ale jeszcze przed 19, czyli godziną, o której według opublikowanej wcześniej rozpiski wszystko miało się zacząć. A tu niespodzianka, Armored Saint już gra, mimo że kupa ludzi stoi jeszcze w kolejce do wejścia!
Lubię, kiedy organizator dotrzymuje czasówki, jednak nie mam zwykle nic przeciwko temu, żeby podczas koncertu na kilka zespołów któraś kapela zaczęła wcześniej, jeśli np. zmiana sprzętu i scenografii poszła sprawniej niż zakładano. No ale przyspieszanie startu całego wydarzenia bez wcześniejszej informacji, nawet jeśli tylko o kilkanaście minut, fajnie nie jest. Jasne, dzięki temu zespół pograł trochę dłużej, bo początkowo miał mieć na występ tylko równe pół godziny, ale co z tego, skoro ja tego koncertu zobaczyłem połowę…
Wizyta w Metalowym Kościele
Mateusz: Chwilę po Armored Saint na scenie zameldowała się ekipa z Metal Church, która aktualnie kontynuuje promocję swojego najnowszego krążka „Dead to Rights”. Na scenie nie było tego jednak za bardzo widać, bo muzycy skupili się na materiale pochodzącym z dwóch pierwszych albumów studyjnych zespołu. A szkoda, bo materiał zebrany na nowym dziele chłopaków to naprawdę solidna dawka heavy metalu połączonego z thrashem. Z drugiej jednak strony – krążki takie jak „Metal Church” i „The Dark” na stałe wpisały się już do kanonu amerykańskiego metalu, więc nie dziwi fakt, że zespół w dalszym ciągu skupia się na nich w trakcie swoich koncertów.

Dodać warto, że formacja po raz pierwszy zaprezentowała się w naszym kraju z nowym składem. W ubiegłym roku do szeregów Metal Church dołączyli bowiem Brian Allen (wokalista), Ken Mary (perkusista) oraz David Ellefson, znany m.in. z kultowej grupy Megadeth. Oprócz nich, na scenie zobaczyć mogliśmy jeszcze Ricky’ego Van Zandta oraz Kurdta Vanderhoofa, który stoi na czele Metal Church niezmiennie od 1998 roku.
A sam koncert? Jeśli chodzi moją opinię, to poprawny, ale bez wielkich fajerwerków. Panowie zaprezentowali solidną thrash metalową sztukę, jednak brakowało mi w niej jakiejś wisienki na torcie. Przyznam jednak, że na Metal Church czekałem tego dnia najmniej, więc nie byłem najbardziej dopasowanym targetem tego występu. Ale z tego co wiem, to Ty Piotrze czekałeś na ich koncert najbardziej tego wieczoru? Jak więc Twoje wrażenia?
Piotr: No to pierwszy raz w tym tekście się poważnie nie zgodzimy 🙂 Metal Church jest dla mnie zespołem bardzo ważnym, a jednocześnie jedną z tych wielkich legend gatunku, których jeszcze na żywo nigdy nie widziałem. Przyznam szczerze, że wyłącznie ich obecność w składzie przekonała mnie do ruszenia tyłka do Krakowa w to czwartkowe popołudnie.
Być może ta opinia wynika trochę z fanboystwa w stosunku do zespołu, ale dla mnie to był naprawdę koncert wieczoru. Co prawda krótki, bo tylko 40-minutowy, ale zwarty, intensywny, energetyczny i fantastycznie nagłośniony (słyszałeś, jak tam chodził bas Ellefsona?). Wszystko się zgadzało, setlista też prawie jak marzenie. A dlaczego prawie?
Jestem wielkim fanem okresu działalności Metal Church, w którym za mikrofonem stał Mike Howe. Prawdę mówiąc, kiedy pięć lat temu wokalista ten zmarł, straciłem nadzieję, że kiedykolwiek będzie mi jeszcze dane ujrzeć ten zespół na koncercie. Panowie się jednak pozbierali, zmienili skład, od śmierci Howe’a wydali już nawet dwie płyty i bardzo mnie to cieszy, ale no kurde…
Wiem, że czasu mieli mało, ale w Krakowie nie wykonali żadnego numeru nagranego z Howem! Sorry, ale brak „Fake Healer” w jakiejkolwiek setliście Metal Church to jest niewybaczalna zbrodnia na fanach tej formacji. I być może to jest właśnie też ta wisienka na torcie, której Tobie zabrakło, żeby ich występ ocenić wyżej. Dla mnie i tak był świetny, usłyszałem PRAWIE wszystkie utwory, które chciałem, ale dzięki temu jednemu kawałkowi mogło być jeszcze lepiej.

Solidna lektura Nowego Testamentu…
Mateusz: I w końcu w okolicach 21:00 na scenie zameldowała się gwiazda wieczoru – thrash metalowa maszyna prosto z Kalifornii, Testament! Zespół rozpoczął swój występ od instrumentalnego intra, w trakcie którego kotara zasłaniająca scenę opadła, odsłaniając całą scenę w kulminacyjnym momencie. I powiem tak – jak na większych obiektach robi to zawsze spore wrażenie, tak na małej scenie Klubu Studio wyglądało to trochę karykaturalnie… Nie zmienia to jednak faktu, że muzycy rozpoczęli od solidnego pierdzielnięcia, bo jako pierwszy na scenie wybrzmiał kultowy już „Into the Pit”, który od razu rozruszał zebraną pod sceną publiczność. A później było już tylko lepiej…
Testament jest aktualnie w trakcie promocji swojego najnowszego albumu studyjnego i widać było to po setliście występu. Zespół zagrał bowiem cztery kompozycje pochodzące z wydanego w październiku ubiegłego roku krążka „Para Bellum”. Usłyszeliśmy więc „Shadow People”, „For the Love of Pain”, „Infanticide A.I.” oraz „Nature of the Beast”. I co ciekawe, wraz z Piotrem zgodnie po koncercie oznajmiliśmy, że nowy Testament zdecydowanie broni się na żywo i nie ustępuje jakkolwiek starszym kompozycjom zespołu.
Piotr: Tak, numery z ostatniej płyty były bardzo mocnymi fragmentami tego występu. Rzeźnickie, niemal death metalowe w charakterze strzały nie pozostawiły na szczelnie wypełnionej ludźmi sali klubu Studio chyba nikogo, kto by się nie zaczął przy nich ruszać trochę żywiej. Czuć moc.

…jak i mocne odświeżenie Starego Testamentu
Mateusz: Ale na koncercie rzecz jasna nie mogło zabraknąć także i żelaznej klasyki z repertuaru Testament. Ekipa Chucka Billy’ego urządziła nam więc solidną wycieczkę po swojej dyskografii, wykonując m.in. zarówno klasyki z krążków „The Legacy” i „The Ritual”, jak i utwory z płyty „The Formation of Damnation”, która w 2008 roku była swego rodzajem powrotem Testamentu na rynek wydawniczy. Szkoda tylko, że zabrakło miejsca na jakąkolwiek reprezentację albumów „Dark Roots of Earth” i „Brotherhood of the Snake”, które moim zdaniem są najmocniejszymi punktami we współczesnej dyskografii zespołu. No ale cóż, nie można mieć wszystkiego, może następnym razem?
Piotr: Ja się w tym miejscu podzielę własną, być może niepopularną opinią o Testament. Jakkolwiek kocham thrash i jest to mój ulubiony podgatunek muzyki metalowej w ogóle, to ekipa Billy’ego nigdy nie była w mojej prywatnej czołówce kapel tego nurtu. Żeby nie było, bardzo szanuję Testament, jednak zawsze jakoś wolałem inne zespoły obracające się w podobnej stylistyce.
Natomiast patrząc całościowo na dyskografię grupy, uważam, że jej późne dokonania są równie dobre, jak nawet nie lepsze od tych klasycznych płyt z lat 80. oraz 90., a tego akurat o większości thrashowych gigantów powiedzieć niestety nie można.
I tutaj znowu trochę przyczepię się do setlisty, bo brak takiego „D.N.R.” z fenomenalnej przecież płyty „The Gathering” czy jakiegokolwiek reprezentanta przedostatniego albumu „Titans of Creation” były dość niemiłymi niespodziankami. Za to na plus zaskoczył wykonany jako drugi w kolejności „Henchmen Ride”.

Lista utworów Testament według serwisu Setlist.fm
Świeża krew w formacji Testament
Mateusz: A skoro wspomnieliśmy już o bardziej współczesnym wcieleniu grupy, to wspomnieć trzeba o najnowszym narybku zespołu, Chrise Dovasie. Perkusista współpracuje już z Testament od 2022 roku, ale wydaję się, że dopiero teraz rozprostował całkowicie swoje muzyczne skrzydła.
Muzyk dzięki krążkowi „Para Bellum” zaliczył swój debiut wydawniczy z grupą (wymieniony jest nawet jako współtwórca jednej z kompozycji) oraz otrzymał swoje solo perkusyjne w trakcie koncertu, w trakcie którego pochwalić może się swoimi umiejętnościami. Biorąc pod uwagę, że Chris ma dopiero 28 lat, to już teraz wróżę mu świetlaną przyszłość na rockowo-metalowym podwórku.
Nie oznacza to jednak, że reszta zespołu została gdzieś w tyle za młodziutkim Dovasem! Chuck Billy w dalszym ciągu prezentuje świetną formę wokalną, a do tego wydaje się, że zdołał zrzucić kilkanaście zbędnych kilogramów, przez co prezentuje się na scenie po prostu lepiej. Warto dodać, że wokalista co chwilę rzucał też merchowe koszulki zebranym pod sceną fanom. Alex Skolnick i Steve Di Giorgio standardowo obstawiali lewą stronę sceny nawiązując co chwilę kontakt z publicznością, a Eric Peterson dyrygował całością występu okupując prawą stronę sceny.
Były częste uśmiechy do fanów, było rzucanie kostek do najwierniejszych sympatyków z pierwszych rzędów, a także i spontaniczne krótkie rozmowy pomiędzy poszczególnymi utworami. O tym, że muzykom podobało się przyjęcie w Polsce świadczy również fakt dodania kompozycji „Sins of Omission” do repertuaru. Utworu nie było bowiem na papierowej setliście, a sam Chuck wspomniał, że kawałek ten zagrają ze względu na żywiołową polską publiczność. Tak jak już wcześniej wspomniałem, widać, że panowie w dalszym ciągu czerpią wiele radości z możliwości występowania na międzynarodowych scenach.
Piotr: Nie da się ukryć, że Testament po około czterdziestu latach muzycznej kariery wciąż odczuwa masę radochy z grania i na scenie emanuje wielce pozytywną energią. Billy chyba faktycznie trochę schudł, Skolnick wycina te wszystkie ekwilibrystyczne solóweczki z wielkim uśmiechem na twarzy, ale przyznam, że podczas krakowskiego występu jak urzeczony wpatrywałem się głównie w Steve’a Di Giorgio.
Z jakim luzem i nonszalancją ten gość wygrywa niełatwe przecież, połamane partie na swoim pięciostrunowym, bezprogowym basie! Ale w końcu mówimy o muzyku, który ma w swoim CV m.in. Death i Sadus, więc „technika” to niemal jego drugie imię. W tym miejscu pochwała znów należy się ekipie odpowiadającej za nagłośnienie Studia – bas wcale nie ginął pod gitarowym rykiem czy perkusyjną kanonadą Dovasa, a miał w miksie swoje integralne, dobrze zaznaczone miejsce.
Podsumowując, w ciągu trwającego niecałe 80 minut setu Testament zaprezentował się bardzo, bardzo solidnie i podobał mi się dużo bardziej, niż kiedy widziałem go ostatnio, na Mystic Festival 2023. Z dużym uśmiechem spuścił polskiej publice niezły łomot, pokazując zarówno tę bardziej wirtuozerską, jak i tę brutalną stronę swojej twórczości podczas setu skupionego na promocji ostatniego albumu, ale też poprzetykanego kultowymi starociami.
Zresztą wszystkie trzy występujące klasyczne amerykańskie kapele stanęły na wysokości zadania. Dla mnie ten wieczór i tak wygrał Metal Church (mimo że braku „Fake Healer” wybaczyć im nie zamierzam dopóki nie przyjadą do Polski ponownie, tym razem najlepiej jako headliner), ale zarówno Armored Saint, jak i przede wszystkim Testament, nie odstawali poziomem. Organizacyjnie i realizacyjnie (poza tym nieszczęsnym przyspieszonym startem) również nie mam większych uwag.
Testament powróci do Polski w 2027 roku
Mateusz: I tak oto kolejna wizyta Testament w naszym kraju dobiegła końca. Na szczęście jednak, zespół już niebawem powróci do Polski. Thrash metalowi giganci zawitają bowiem 2 kwietnia do krakowskiej Tauron Areny, gdzie wystąpią u boku Black Label Society i Megadeth. Chuck Billy, Zakk Wylde i Dave Mustaine na jednej scenie w trakcie jednego wieczoru? Brzmi wybornie! Tak że cóż, jeśli chodzi o mnie, to zdecydowanie do zobaczenia w kwietniu w Krakowie!
A organizatorem koncertu Testament był Knock Out Productions, któremu jak zwykle serdecznie dziękujemy za całościową organizację wydarzenia oraz udzielenie akredytacji.
