RECENZJE

10 lat czekania na nowy Anthrax. Jak wypada „Cursum Perficio”?

Anthrax recenzja albumu Cursum Perficio

Dziesięć długich lat kazał czekać zespół Anthrax na swoją kolejną płytę, następcę „For All Kings”, ale wreszcie jest! Album „Cursum Perficio” ukazał się 18 września nakładem wytwórni Nuclear Blast. Czy warto było na niego czekać aż dekadę? Sprawdzamy w recenzji nowej płyty Scotta Iana i spółki.

Czytaj też: Recenzja płyty Mayhem „Liturgy of Death”. Jest średnio, ale stabilnie

Kopciuszek Wielkiej Czwórki powrócił po dekadzie

Bardzo lubię Anthrax, choć mam świadomość, że jako przedstawiciel tzw. Wielkiej Czwórki thrash metalu zespół ten zawsze był w owej grupie kopciuszkiem. W przeciwieństwie do pozostałych kapel z Big Four jako jedyny pochodził ze wschodniego, a nie zachodniego wybrzeża USA. Muzycznie nigdy nie był tak przebojowy jak Metallica, tak techniczny jak Megadeth, ani tak brutalny jak Slayer, przez co dla wielu fanów thrashu był po prostu nijaki. No, w najlepszym razie „śmieszkowy”, bo swoją twórczość zawsze traktował z dystansem i humorem, czego również o wyżej wymienionych powiedzieć nie można.

Sporo osób w szeregach Wielkiej Czwórki amerykańskiego thrash metalu zamiast Anthrax widziałoby Testament, Exodus lub Overkill, a jednak to właśnie Nowojorczycy znaleźli się w gronie najważniejszych i najpopularniejszych formacji tego gatunku – moim zdaniem nie bez przyczyny. Mają coś unikalnego, zarówno w samej muzyce, jak i podejściu do niej, no i nie da się zaprzeczyć, że odnieśli duży sukces komercyjny – może nie tak duży, jak inni reprezentanci Big Four, ale wciąż nieporównywalnie większy od zespołów wspomnianych wcześniej w tym akapicie.

Teraz powracają po okrągłej dekadzie bez premierowego materiału studyjnego. „Cursum Perficio” to już dwunasty longplay w ich dorobku, ale jednocześnie dopiero drugi nagrany w aktualnym składzie, który wykrystalizował się po powrocie wokalisty Joeya Belladonny i zastąpieniu gitarzysty Roba Caggiano Jonem Donais z Shadows Fall. Przez ponad 45 lat swojej kariery Anthrax nierzadko meandrował stylistycznie, a co serwuje nam teraz po latach dziesięciu? Powrót do korzeni, rozwój, eksperymenty czy może bezpieczną „muzykę środka”? Przekonajmy się.

Hity czy kity? Przegląd utworów z nowej płyty Anthrax

Płyta „Cursum Perficio” rozpoczyna się krótkim, klimatycznym intrem „Persistence of Memory”, które po minucie przeradza się w utwór „The Long Goodbye”, muzycznie jakby wyjęty z lat 90. i jakiejś sesji nagraniowej z Johnem Bushem, tyle że zastąpionym wokalem Belladonny. Dość lekki numer, specyficzny, ale całkiem niezły.

Za to następujący po nim singlowy „It’s for the Kids” to już konkretny banger! Hard rockowo-punkowy w charakterze, ale z dobrze dociążoną gitarą, świetnym śpiewem i przebojowym refrenem. Absolutnie nie dziwię się, że właśnie ten utwór Anthrax udostępnił jako pierwszy jeszcze przed premierą płyty i prezentował na koncertach, choćby w Polsce podczas Mystic Festival 2026.

Dwa kolejne kawałki na albumie również znaliśmy już wcześniej z przedpremierowych teledysków – „Everybody’s Got a Plan” to znów powrót w bardziej „bushowe” rejony, zaś „The Edge of Perfection” to coś, czego po Anthrax chyba nikt się nie spodziewał. Utwór zaczyna spokojny, mroczny wstęp, po którym wjeżdżają blasty i iście black metalowe riffowanie. Serio, gdyby nie melodyjny, miękki, wręcz balladowy głos Belladonny, który mocno kontrastuje z warstwą instrumentalną, duża część tego numeru mogłaby spokojnie zostać ukradziona przez jakąś hordę USBM i nikt by się nie zorientował, że coś jest nie tak. I bardzo dobrze, bo brzmi to super!

Po tym ciekawym, bardzo nietypowym jak na Anthrax utworze jesteśmy już w połowie płyty i czas na kawałek „Infectious” – tak przeciętny, że mimo iż przed napisaniem tej recenzji katowałem cały album kilka dni non stop, nie jestem w stanie go sobie przypomnieć.

Za to siódmy na trackliście „NYC 93” to prawdziwa perełka – zarówno tekstowo, jak i muzycznie zabiera on słuchacza w sentymentalną podróż do rodzinnego miasta zespołu i klimatu tamtejszej sceny, gdzie swego czasu mieszały się: heavy metal, thrash, crossover, hardcore i punk. Sto procent Anthraxu w Anthraksie – właśnie za takie granie kiedyś pokochała go publiczność!

Potem dostajemy jeszcze całkiem ciekawy kawałek tytułowy, niezbyt ciekawy „T.O.M.B. (Target on my Back)”, a na koniec chyba dwie największe ciężarówy tej płyty: „Watch It Go” z potężnym panteropodobnym groovem i czysto thrashową jazdę w postaci „My Victory” z kilkoma naprawdę świetnymi, klasycznie brzmiącymi riffami i jeszcze lepszymi partiami solowymi. Może i były na tym albumie potknięcia i kawałki słabsze, ale jego finisz naprawdę robi wrażenie.

Anthrax „Cursum Perficio” – różnorodność, wpadki i przebłyski geniuszu

„Cursum Perficio” Anthrax to jedenaście tracków zapewniających słuchaczowi ponad 53 minuty muzyki. I to muzyki nadspodziewanie zróżnicowanej. Oczywiście dominuje thrash metal, ale znajdziemy też sporo odwołań do klasycznego heavy (nie tylko w warstwie instrumentalnej, ale przede wszystkim wokalnej – zresztą głos Joeya zawsze był bliżej tradycyjnego śpiewu niż typowo thrashowych krzyków), punka, wesołego crossoveru, a miejscami nawet black metalu (nie tak dawno przecież Frank Bello był w trasie jako koncertowy basista Satyricon, możliwe więc, że udzieliły mu się norweskie klimaty).

Ta różnorodność to spora zaleta płyty. Nie ma autoplagiatów i odcinania kuponów od starych patentów, choć cały czas doskonale słychać, że to album Anthrax. Oczywiście nikt tu nie wymyśla koła na nowo i stylistyczne nawiązania do wcześniejszej twórczości zespołu się pojawiają, ale, co ciekawe, nie są to tylko nawiązania do starych albumów z Belladonną. Gdyby podmienić ścieżki wokalne, to kilka wolniejszych, bardziej klimatycznych utworów z „Cursum Perficio” spokojnie mogłoby się znaleźć na którymś z albumów nagranych w latach 90. z Johnem Bushem.

Tym niemniej Joey, starszy pan zbliżający się już do siedemdziesiątki, wciąż ma kawał głosu i jego charakterystyczne śpiewne wokale stanowią bardzo mocny element płyty. Gitarowo również jest w porządku, a w przypadku partii solowych nawet bardzo w porządku.

Jon Donais to nieprzecięty technik, który dobrze wpasował się w nowy skład Anthrax i jego solówki po prostu idealnie siedzą w kompozycjach grupy. Same kompozycje bywają zaś różne – mamy tu przebłyski geniuszu, ale też kilka kawałków zupełnie nijakich, które zespół z czystym sumieniem mógłby sobie darować.

Praca gitar i brzmienie najnowszego albumu Anthrax

W kwestii pracy gitar warto wspomnieć o tym, co przecież w thrash metalu pełni kluczową rolę, czyli riffach. Scott Ian gra tutaj w stylu, który znamy już dobrze z kilku wcześniejszych albumów Anthrax. Zdarzają mu się świetne pomysły, zdarzają się też „wypełniacze”, ale brakuje mi trochę hiciarskich, zapadających w pamięć partii na miarę „Antisocial”, „Indians” czy „I Am The Law”. Wiadomo, po 45 latach kariery ciężko nagrać drugie „Among the Living” czy „Spreading the Disease”, ale mam wrażenie, że na tej płycie mało jest utworów, które pod względem rifferki mogłyby godnie stanąć obok największych klasyków zespołu z lat 80.

Mieszane uczucia wywołuje również brzmienie „Cursum Perficio”. Z jednej strony płyta została wyprodukowana bardzo profesjonalnie, z drugiej zaś mam wrażenie, że można było ją jeszcze trochę dociążyć i przybrudzić.

Co prawda Anthrax nigdy nie był zespołem grającym jak Slayer czy Testament, a w swoim podejściu do thrash metalu zawsze przemycał sporo wpływów tradycyjnego heavy z jego swoistą lekkością i melodyjnością, ale absolutnie nie pogniewałbym się tutaj za więcej brzmieniowego jadu, zwłaszcza że są na płycie kawałki, które by na niego zasługiwały. A tak niestety czegoś brakuje – niewiele, ale jednak brakuje.

Czy „Cursum Perficio” to „koniec drogi” Anthrax?

Pomimo kilku gorzkich słów powyżej, absolutnie nie uważam „Cursum Perficio” Anthrax za słabą płytę. Ale czy jest płytą wielką, wybitną i opus magnum grupy? No też nie. Ma swoje wady, o których napisałem wyżej, jednak gdy spojrzymy na wydane w ciągu ostatniego roku nowe albumy weteranów thrashu, to i tak plasuje się raczej w górnej połowie stawki. Może nie zachwyca jak najnowszy Testament czy Coroner, ale może bez problemu konkurować z Megadeth, Exodus czy Sodom, a spokojnie przebija np. generyczne i nijakie ostatnie Destruction.

Łaciński termin będący tytułem dwunastej płyty Anthrax oznacza „zakończenie podróży”. Czyżby była to swoista przepowiednia dotycząca przyszłości zespołu i zwiastun końca jego działalności? Oby nie, bo wydaje się, że pomimo niemal pół wieku na scenie Anthrax wciąż ma fanom coś do powiedzenia.

Teksty na albumie są wyjątkowo poważne i dojrzałe, nie ma też „podśmiechujków” i mrugnięć okiem, za które wielokrotnie obrywało się tej grupie w przeszłości od konserwatywnych trve metalowców. Sama muzyka stoi zaś na poziomie co najmniej przyzwoitym, bo choć zdarzają się na „Cursum Perficio” słabsze numery i brzmienie czasem jest nie takie, jakiego bym sobie życzył, to parę niezłych metalowych petard wciąż na tym albumie znajdziemy.

Anthrax okładka albumu Cursum Perficio
Anthrax okładka albumu „Cursum Perficio”

Lista utworów:

1. Persistence of Memory
2. The Long Goodbye
3. It’s for the Kids
4. Everybody’s Got a Plan
5. The Edge of Perfection
6. Infectious
7. NYC 93
8. Cursum Perficio
9. T.O.M.B. (Target on my Back)
10. Watch It Go
11. My Victory

Podobne artykuły

Recenzja: Satyricon – Satyricon

Tomasz Koza

Zgodnie z rytuałem Soulfly nie zawodzi – recenzja „Ritual”

Szymon

Poprawne rzemiosło – recenzja Deicide „Overtures of Blasphemy”

Paweł Kurczonek

Zostaw komentarz