Tony Iommi zdziwiony ciągle żywym Keithem Richardsem


Branża muzyczna i związany z nią tryb życia sprzyja popadaniu w nałogi. Wielu muzyków nie wróciło ze swoimi zespołami z tras. Ten ponury temat wypłynął w wywiadzie szkockiego “The Harald” z gitarzystą Tonym Iommim. Punktem wyjścia rozmowy była jednak opowieść muzyka o całkiem już zwyczajnym życiu, które prowadzi po zakończeniu działalności Black Sabbath.

Po dekadach koncertowania na całym świecie Tony prowadzi teraz spokojne życie w West Midlands ze swoją czwartą żoną, Marią Sjoholm. Jak mówi:

Wstaję o 6:15 rano, co jest bardzo wbrew mnie, później obowiązkowo śniadanie, wyprowadzenie psa na spacer, pogranie chwilę na gitarze. Czas po prostu płynie. Moje życie teraz jest jak życie wszystkich innych. (…) Muszę być ostrożny, chodzić spać w rozsądnych godzinach. Muszę – zasypiam, kiedy siedzę do późna.

U siedemdziesięcioletniego już muzyka sześć lat temu zdiagnozowano chłoniaka. Obecnie jego nowotwór jest w stanie remisji. Dobrą formę Tony częściowo przypisuje sobie swojemu pozytywnemu nastawieniu:

Trzeba cieszyć się życiem. Za wszelką cenę. Znowu robię to, co w latach 70. Zacząłem kolekcjonować samochody. Kupuję samochody, do których kurwa nie mogę się dostać, bo są za niskie [śmiech]. Szybkie auta zawsze były moją pasją. Mam już ferrari 488, mclarena 650S i bentley’a betayga. Nie chcę setki samochodów, tylko te, których będę używał. Lubię je. Cieszę się z nich.

Gitarzysta Black Sabbath tęskni za sceną, ale nie chce już wracać do stylu życia znanego muzykom przebywającym w trasie większość czasu:

Kocham być na scenie, ale musiałem skończyć z koncertami, ponieważ nie mogę późno kończyć i wracać do hotelu o piątej nad ranem. To smutne, ale ciągle jestem zaangażowany w muzykę, ciągle piszę. Niedługo będę robił kilka rzeczy, tylko trasy odpadają. Wraz z wiekiem coraz bardziej się to odczuwa. Kiedy mieliśmy 20 lat, mogliśmy być na nogach całą noc. Próbowaliśmy tego na ostatniej trasie, ale jednak bardzo odczuwałem zmęczenie.

Niewątpliwe szalone życie na trasie odcisnęło piętno na wielu muzykach pokolenia Iommiego, który został zapytany o to, dlaczego jednym udaje się przetrwać, a innym nie:

Nie wiem. Widziałem już tylu przyjaciół i ogólnie ludzi w branży, którzy odeszli przez narkotyki albo inne używki, poczynając od Johna Bonhama [Led Zeppelin]. John był dobrym przyjacielem. Widziałem, jak inni przyjaciele podążają podobną drogą przez uzależnienie od narkotyków i alkoholu.
Jesteś samotny. Nudzisz się w hotelu i próbujesz znaleźć coś, co można zrobić, aby znaleźć się zupełnie gdzie indziej. Widzieliśmy to u Lemmy’ego [Kilmistera], który był uosobieniem rock and rolla. Był tym, który doprowadzał się do granic możliwości, ale w pewnym momencie trzeba powiedzieć: “nie mogę tego dłużej robić”… Nawet Keith Richards, jestem zdumiony, że on ciągle działa. Chylę przed nim czoła.


Fot. Materiały promocyjne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *