Image default
RECENZJE

Recenzja: Blindead – Absence

Minęły trzy lata, a trójmiejski Blindead wraca z następcą “Affliction XXIX II MXMVI”. Czytając nazwę “Blindead” łatwo domyślić się, iż czeka na nas album koncepcyjny. I to jaki! Po nieco schizofrenicznej podróży po myślach autystycznej dziewczynki, którą zespół zafundował nam przed trzema laty, przyszedł czas na jeszcze bardziej metafizyczne przemyślenia. Tym razem muzycy skupili się na stworzeniu wielowymiarowej opowieści, opartej na listach, które bohater historii otrzymuje od nieżyjących już, bliskich mu osób. Zmarli przedstawiają bohaterowi swoje pośmiertne myśli, oraz retrospektywnie opisują relacje, które łączyły ich z adresatem. Historia jest pełna zawirowań i zwrotów akcji, które doprowadzają uważnego słuchacza do wielu filozoficznych konkluzji.

Mniej na “Absence” metalu, więcej elektroniki i poruszających melodii, a także perkusyjnych przeszkadzajek, “efektów specjalnych” (takich jak skrzypiące drzwi) i przeróżnych instrumentów (smyczki i dęciaki). Muzyczna osnowa zawiłych tekstów niejednokrotnie wywoła na Waszych plecach dreszcz, a na ciele może pojawić się gęsia skórka. Wolverine rzadziej krzyczy, częściej melancholijnie snuje opowieści spisane przez duchy. Poprzedni krążek Blindead, choć bardzo dobry – był równie ciężki w odbiorze. “Absence” to bardziej łagodna, oniryczna płyta.

Tytuły utworów, “a3”, “s1” czy “2” (znaczące tyle, co współrzędne cmentarnych grobów, gdzie “a” to rząd, “3” natomiast – kwatera), składają się na “a7bsence” (ang. nieobecność – przyp. red.) – to też tytuł najbardziej rozbudowanego i najdłuższego utworu, który kończy album. Ponadto, słuchacz korzystając z tekstowych podpowiedzi oraz drobnych wskazówek-cytatów (Jan Kochanowski, Edgar Allan Poe, Honoriusz Balzac, czy Fryderyk Nietzsche) znajdujących się w pięknie wydanym booklecie, jest w stanie złożyć tajemnicze nazwy kolejnych kompozycji w zupełnie nowy, alternatywny tytuł.

Bardzo ciężko skupić się na poszczególnych aspektach pojedynczych kompozycji, które składają się na epicką “Absence”. Wszystko za sprawą tego, iż kolejne utwory przenikają się wzajemnie, tworząc doskonałą, wielowątkową i monumentalną całość. Warstwa muzyczna idealnie współgra z liryczną częścią dzieła, powodując, że biorąc do ręki wkładkę z tekstami ponownie mamy wrażenie, iż czytamy dobrą książkę, wzbogaconą o solidną ścieżkę dźwiękową. Doświadczenie tysiąckroć lepsze niż film. “Absence” słuchana w odpowiednich warunkach – przy zgaszonym świetle i zapachu świeżej kawy zabierze Was w podróż, którą zapamiętacie na długo.

Gdy kilkadziesiąt miesięcy temu pisałem o “Affliction” nie sądziłem, że Blindead będą w stanie jeszcze wyżej podnieść artystyczną poprzeczkę. Po kilkukrotnym odsłuchaniu “Absence” stwierdzam, iż trójmiejski zespół nie zna pojęcia granic, a kolejne pomysły, doskonale realizowane i produkowane w studiu, działają na wyobraźnię tak bardzo, że aż strach pomyśleć co jeszcze przyjdzie im do głów. Mam nadzieję, że zespół będzie co pewien czas proponował nam kolejne elementy muzycznej układanki, zmuszając do refleksji. Czapki z głów. Przed Wami murowany kandydat do płyty roku.

absence-53423bfa958bd-kopia

Track lista:

01. a3
02. b6
03. s1
04. e5
05. n4
06. c7
07. e2
08. a7bsence

 

 

 

 

 

 

 

Autor: Tomasz Kulig

Rok produkcji:2013

  • Ocena autora:
5
Sending
User Review
0 (0 votes)

Podobne artykuły

Recenzja: Virgin Snatch – We Serve No One

Tomasz Koza

Perfekcyjny powrót po 15 latach. Recenzja A Perfect Circle – „Eat the Elephant”

Albert Markowicz

Recenzja: Crionics – N.O.I.R.

Tomasz Koza

Zostaw komentarz