Image default
RECENZJE

Chaos nadchodzi z Północy. Recenzja Immortal – “Northern Chaos Gods”


Od początków swojego istnienia black metal wzbudzał wiele kontrowersji, przez co zyskiwał coraz większą rzeszę zbuntowanych fanów. Tak jest zresztą do dzisiaj. Zespoły takie jak Mayhem, Burzum, Darkthrone czy Satyricon to współcześnie klasyka gatunku. Wspominając o najważniejszych przedstawicielach nie można zapominać również o Immortal. Tym bardziej, że po kilku latach bez znacznej aktywności na scenie Norwegowie postanowili wydać nowy studyjny album.

Długa przerwa i nieporozumienia.

Dziewięć – tyle lat przyszło nam czekać na następcę “All Shall Fall”. Długo, co pozwalało przypuszczać, że materiał, który przygotują nam panowie z Immortal będzie przynajmniej przyzwoity. Niestety, w wyniku wewnętrznych konfliktów i nieporozumień Abbath, wokalista i gitarzysta grupy, opuścił ją w 2015 roku. Tym samym główny kompozytor, gitarzysta i wokalista w jednym pozostawił Horgha na pastwę niepewnego losu.

Przyszłość nowej płyty i przede wszystkim samego zespołu stanęła pod wielkim znakiem zapytania. Pomocną dłoń wyciągnął w tym miejscu niejaki Harald “Demonaz” Nævdal – jeden z założycieli grupy, a także jej późniejszy gitarzysta. Demonaz musiał porzucić grę na gitarze przez kontuzję, jednak cały czas kontynuował współpracę z Immortal spełniając się w roli tekściarza oraz menedżera. Jednak w 2015 roku przyszła pora na nową rolę gitarzysty i wokalisty. Mimo to, wśród fanów pojawił się pewien dysonans – z jednej strony radość spowodowana szansą na kolejny album, z drugiej niepewność wobec formy Norwegów zmuszonych do odświeżenia składu. W dodatku pozbawionego swego najbardziej charakterystycznego członka.

Niemniej, po kolejnych trzech latach intensywnych prób i nagrań krążek pt. “Northern Chaos Gods” wreszcie trafił na sklepowe półki.

Limitowany box Immortal - Northern Chaos Gods
Limitowany box “Northern Chaos Gods”

Mocne uderzenie na początek.

Płyta składa się z ośmiu utworów. Na pierwszy rzut oka nie jest to liczba zbyt okazała. Jednak czas trwania – nieco ponad czterdzieści dwie minuty – pozwala zatrzeć pierwsze, delikatnie sceptyczne wrażenie. Tematyka całości oscyluje wokół mrocznych historii oplecionych w mitologię nordycką, co nie stanowi żadnej nowości w black metalowym świecie.

Jednak mimo to, poznanie samej zawartości muzycznej wzbierało we mnie niezwykłą ekscytację. Wobec wyzwań życia codziennego, jakoś nie złożyło się, bym miał okazję wcześniej zapoznać się z singlami promującymi nowy materiał. Z niemałym zaciekawieniem postanowiłem włożyć więc krążek do odtwarzacza i… oszalałem! Pierwszy, tytułowy kawałek po prostu wgniótł mnie w ziemię. Przyznaję, nigdy nie byłem wielkim fanem Abbatha i jego szaleństw wokalnych na wcześniejszych albumach. Napiszę nawet więcej – growl nie za bardzo mieści się w obszarze mojej muzycznej wrażliwości, jest po prostu przeze mnie tolerowany.

Black metal zawsze ceniłem najbardziej za klimat i agresję, nie zaś za wyczyny wokalistów. Niemniej, tutaj jestem zmuszony zrewidować swoje poglądy – Demonaz naprawdę jest świetny. Siła z jaką wydobywa z siebie każde kolejne słowo sprawia, że chce się tego słuchać. Widać, że wokalista bardzo technicznie podszedł do tematu i poświęcił wiele czasu, by brzmieć jak najlepiej i jak najbardziej profesjonalnie.

Fani naprawdę nie mają powodów do narzekań. Wręcz przeciwnie – powinni się cieszyć, że Demonaz postanowił przyjąć w bandzie nową rolę.

Wracając jednak do głównego wątku – początek płyty zdecydowanie zasługuje na nazwę zespołu, która ją sygnuje. Ledwo zdążyłem ochłonąć po pierwszym “ciosie”, a zaraz otrzymałem kolejny – “Into Battle Ride”. Zawrotnie szybki, agresywny i klimatyczny zarazem – taki jaki powinien być black. Mógłbym się jedynie przyczepić, że utwór jest nieco zbyt krótki i kiedy chciałoby się go chłonąć jeszcze bardziej, niestety się kończy. Nie ma jednak tego złego, bo zaraz po nim następuje znakomity “Gates to Blashyrkh”. Gitary na przemian tworzą posępny klimat i atakują nas wściekłymi dźwiękami, którym wtóruje mroczny śpiew. Czuć to również w następnym w kolejce – “Grim and Dark”. To nie jest tylko zwykły black metal – tutaj naprawdę czuć ilość włożonej pracy i wysiłku, z jakim były komponowane poszczególne partie wokalne oraz instrumentalne.

Słabszy moment i powrót na właściwe tory.

Cztery pierwsze utwory to prawdziwa uczta dla konesera muzyki metalowej. Niestety, nawet na najlepszych albumach zdarzają się elementy słabsze. Do takich należy zaliczyć “Called to Ice”. Kawałek ten na tle poprzedników wypada dosyć blado – jest nijaki i niczym się nie wyróżnia. Na domiar złego, riff gitarowy okalający całość staje się po pewnym czasie niezwykle nużący. Aż ma się ochotę wcisnąć na odtwarzaczu przycisk “next”. Na szczęście panowie z Immortal szybko zmazują tę plamę, wchodząc na salony z “Where Mountains Rise” oraz “Blacker of Worlds”, w których szczególną uwagę zwracają świetnie zagrane gitarowe solówki. Zawrotne tempo i upiorny wokal po raz kolejny udowadniają, że mamy do czynienia z black metalem najwyższej próby.

Na koniec Norwegowie przygotowali dla nas jeszcze jedno cudo – “Mighty Ravendark”. Był to drugi, obok utworu tytułowego, singiel zwiastujący “Northern Chaos Gods”. Po przesłuchaniu tego ponad dziewięciominutowego walca stwierdzam, że wybór nie mógł być inny – to najlepszy kawałek na całym albumie, co wobec tak znakomitej konkurencji, łatwe do osiągnięcia nie było. Słuchając tej piosenki można nieomal zatracić się w mrokach gęstej atmosfery stworzonej przez dwójkę z Bergen. Rozpoczyna się wolno i majestatycznie, by po chwili rozkręcić się w kolejny niezwykle brutalny “sierpowy” w stronę słuchacza. Niestety już ostatni na płycie.

Lepiej na “Northern Chaos Gods” być nie mogło?

“Northern Chaos Gods” to najlepszy longplay Immortal od czasów kultowego już “At the Heart of Winter” z 1999 roku. Można zastanawiać się, jakby nowy materiał wyglądał i brzmiał w składzie z Abbathem. Nie widzę jednak takiej potrzeby. Demonaz zastąpił go godnie, więc nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Obecni członkowie zespołu pokazali, że nie liczy się wcale legenda jednostki, ale współpraca i umiejętności, których im nie brak.

Album został świetnie nagrany i w całym tym dźwiękowym chaosie dokładnie słychać to, co autorzy chcieli nam przekazać – ostre jak brzytwa gitary, nadającą rytm perkusję oraz demoniczny wokal wypluwający z siebie kolejne bluzgi. Czasami słychać głosy, że “czarny metal” został trochę zapomniany. Panowie z Immortal udowodnili jednak, że nie ma to zbyt wiele wspólnego z prawdą. Black metal ma się dobrze, a słuchając “Northern Chaos Gods” śmiem twierdzić, że nawet doskonale.

Immortal - Northern Chaos Gods album

Tracklista “Northern Chaos Gods”:

1. Northern Chaos Gods
2. Into Battle Ride
3. Gates to Blashyrkh
4. Grim and Dark
5. Called to Ice
6. “Where Mountains Rise
7. Blacker of Worlds
8. Mighty Ravendark

  • 9/10
    Ocena autora - 9/10
9/10

Podobne artykuły

Death metal dla melancholików – recenzja „Constellation of Black Light” Wolfheart

Szymon Grzybowski

Słaby ten nalot – recenzja Drive-By „2”

Paweł Kurczonek

Recenzja: Septicflesh – The Great Mass

Tomasz Koza

3 komentarze

simba 24 lipca 2018 at 08:59

Autor nawet sobie nie zadał trudu, by przeczytać krótką historię Immortal na wikipedii. Wtedy by wiedział, że Demonaz jest w zespole od początku, na pierwszych płytach to on grał na gitarze, a teksty pisał prawie zawsze. Można nie lubić black metalu, ale jak już się pisze recenzję to wypadałoby się wykazać jakąś podstawową rzetelnością.

Odpowiedz
P. 24 lipca 2018 at 11:11

Jak już o tej rzetelności mówimy to zwracam uwagę, że od długiego czasu obecność Demonaza w Immortal sprowadzała się do pisania tekstów i funkcji menagera. Za wiosło chwycił po raz pierwszy od czasów Blizzard Beasts, a wokalami w zespole nie zajmował się nigdy. Więc można powiedzieć, że po rozstaniu z Abbathem wrócił do roli aktywnego członka zespołu.

Odpowiedz
Tomasz Chochowski 24 lipca 2018 at 12:47

Dziękuję za zwrócenie uwagi na pewne niedociągnięcia. Oczywiście Demonaz był jednym z założycieli zespołu, później jego menedżerem, grał także na gitarze i skupiał się na pisaniu tekstów. Nie zaznaczyłem tego odpowiednio w recenzji, w związku z czym można było odnieść mylne wrażenie, że Harald Nævdal został zupełnie nowym członkiem Immortal. Jednak dziękuję za czujność i pozdrawiam 🙂

Odpowiedz

Zostaw komentarz