RECENZJE

Recenzja: Enslaved – E

Enslaved jako niegdyś czołowy przedstawiciel drugiej fali norweskiego black metalu przeszedł bardzo długą artystyczną przemianę.

Przez ostatnie ponad 25 lat pomysł na prezentowaną muzykę zmieniał się, strojąc ją w co raz bardziej o elementy progresywne. Jeśli spytać się o najlepszą płytę to ile osób byśmy się nie spytali, możemy usłyszeć wiele opinii i wszyscy będą mieli racje. Każda pozycja z trzynastopłytowego dorobku broni się jakością i trafia do mniej lub bardziej licznego grona. Po dwóch latach od premiery „In Times” pojawia się niepozorny on – „E”. Czy za prostą nazwą kryje się uproszczone brzmienie?

Zacznę od elementów zrealizowanych najgorzej.

Uważam, iż to co płycie wyszło źle to dwa pierwsze utwory. Początkowe 4 minuty jako klimatyczne wprowadzenie w „Storm Son” jest naprawdę udane, lecz druga 7-minutowa część to droga przez mękę. Największy zarzut to przeciągane partie i bezsensownie zrealizowane przejścia pomiędzy nimi. Do całości potęguje zubożona rytmika utworu. Ilość perkusji jest nazbyt dosadna, a ta do bólu schematyczna, przeplatana nudnymi i podobnymi do siebie sekwencjami. Odbiór jest niesamowicie męczący przez co może zniechęcić do dalszego słuchania. Skłamałbym mówiąc, że nie znajdziemy nic ciekawego. Smaczki mają miejsce – inaczej brzmiące akordy, inne akcentowanie, zdobniki, jednak wszystko zostaje stłamszone przez zalewającą potrzebę głośnego grania melodii. Tylko „The River’s Mouth” udaje się zrobić gorsze wrażenie. W sposób dosadny widać inspirację „Building With Fire”, która dodatkowo została ogołocona o budowę i oparta na pierwszą lepszą wymyśloną aranżację. Jest to 5 minut dla wokalistów, aby ci mogli zamanifestować to co im leży na sercu. Wydaje mi się, że Enslaved nigdy nie rozpoczynało płyty aż tak słabym poziomem.

Kolejne utwory to pozytywna zmiana.

Jest dużo więcej twórczej zabawy z melodyjnością i ekspresją brzmienia. Największe utrapienie początkowych utworów czyli perkusja, zaczyna grać jak trzeba. Ta nie stanowi już ograniczenia, potrafi zagrać głębokim bębnem, krótkimi talerzami utrzymać rytmikę i popychać ten muzyczny nordycki twór do przodu. Gitary prezentują się rwąco, grane partie mają sporo nieoczekiwanych przejść, odskoków a to w sposób udany wpływa na ekspresję. Warto wspomnieć o nowym klawiszowcu, gdyż jego nonszalancka wirtuozeria świetnie współgra z resztą instrumentów. Wie jak wyciągnąć z nich więcej potrzebnych dźwięków przez co muzyczna przestrzeń nie posiada luk. Swoimi pomysłami moduluje utworami tak, aby uzyskały potrzebny ładunek emocjonalny. Nie można przejść obojętnie przy inspiracji spoza gatunku. W bardzo zjadliwy sposób wpleciono coś, co nazwałbym nordycką psychodelą. Jej obecność wnosi rytmiczne choć krótkie wstawki, dodając inaczej brzmiącego kopnięcia pomiędzy dłuższymi sekwencjami. Co może zauroczyć to pomysł na utwór „Hiindsiight” i wkomponowanie saksofonowej ścieżki. Jest to dosyć niecodzienny instrument w tym stylu muzyki, lecz osobiście uważam iż jak najbardziej wpasowuje się w kanon. Jego ekspresja to świetne uzupełnienie o odpowiedni koloryt oraz stanowi swoisty wyraz indywidualizmu i nieokiełznania.

Wokalnie wydaje się, że większy nacisk postawiono na czysty wokal. Gdzieniegdzie wpleciony nordycko-chóralny wielogłos. Growlowanie jak najbardziej ma miejsce i jego umiejscowienie w utworach potrafi zaskoczyć. W dalszym ciągu jest to ta sama jakość wydzierania się, która jest charakterystyczna dla Enslaved – o gardłowym wydźwięku, z towarzyszącym uczuciem opornego przecierania się obcą materią. Ten styl zadecydowanie nie do podrobienia, w dalszym ciągu prezentuje się dosadnie, przekonująco i satysfakcjonuje.

„Piąta litera alfabetu” to miszmasz twórczości z przynajmniej ostatnich 15 lat. Każdy kolejny utwór to zauważalna inspiracja co raz bardziej odległą płytą. Publikacja ta niby podaje to co już znane, ale z nowymi pomysłami przez co z trudem idzie nazwać „E” odcinaniem kuponów na i tak bogatym dorobku. Rok 2017 niewiele zmienia jeśli chodzi o jakość Enslaved, w dalszym ciągu prezentują się bardzo dobrze.

Enslaved - E Recenzja

Tracklista:

01. Storm Son
02. The River’s Mouth
03. Sacred Horse
04. Axis of the Worlds
05. Fathers of Eolh
06. Hiindsiight
07. Djupet [bonus track]
08. What Else Is There? (Röyksopp Cover) [bonus track]

1 komentarz

demoon 9 grudnia 2017 at 13:16

Beznadziejna recenzja. Ten album zasługuje na znacznie głębszą analizę, nie tylko od strony muzycznej, ale także choć po troszku w stronę treści i znaczenia jakie posiada. Całość ratuje jedynie dosyć wysoka nota(osobiście tez dał bym temu krążkowi jakieś 8/10).

Odpowiedz

Zostaw komentarz