RECENZJE

Recenzja: Meshuggah – Koloss

Lubię wiedzieć co oznacza tytuł krążka, którego słucham. Czasami zespół wychodzi mi naprzeciw i sam określa genezę nazwy najnowszego longplaya, czasami trzeba troszkę poszperać. Innym razem ma on ścisły związek z treścią utworów na nim zawartych – szczególnie w przypadku płyt koncepcyjnych. Meshuggah nie ułatwili zadania związanego z rozszyfrowaniem nazwy. Bynajmniej nie przed premierą płyty.

Gdy jednak sięgnąłem po następcę “obZen” z 2008 roku – wszystko stało się jasne.

“Koloss” zespołu Meshuggah – bo o nim mowa, to prawdopodobnie najbardziej pokręcone i faktycznie – “Koloss-alne” dokonanie zespołu ze Szwecji. I właśnie w muzycznej, agresywnej łamigłówce zawartej w ciągu tych pięćdziesięciu czterech minut szukałbym wyjaśnienia tytułu krążka. Mogę się mylić – jednak zostawiam sobie wolną rękę w kwestii interpretacji – jak na recenzenta przystało. A Was – drodzy Czytelnicy, gorąco zachęcam do własnych wniosków. Aby nieco ułatwić Wam to zadanie – parę słów o najnowszej płycie kapeli, której nazwa w języku żydowskim (jidysz) znaczy tyle co – “szalony”.

Prekursorzy djentu, czy po prostu progresywni metalowcy – wszystko jedno.

Zawsze byłem zdania, iż wymyślanie zyliarda głupawych etykiet i szufladkowanie zespołów to niewarta zachodu paranoja, rodząca waśni oraz nieporozumienia. Nie rozwodząc się nad faktycznym gatunkiem uprawianym dumnie przez piątkę wirtuozów ze szwedzkiego Umeå – przejdę do sedna, jakim jest muzyczna zawartość krążka “Koloss”. A jest o czym pisać, gdyż Szwedzi nie wypuścili na świat półproduktu. Podejrzewam, że fani nie dali by im żyć, gdyby po aż czterech latach od premiery ostatniego krążka wypuścili gniot.

54 minuty muzycznej Apokalipsy, niepewności, czystej agresji, nieposkromionej złości i wrażenia wszechobecnego zła.

Nisko nastrojone, synkopowane gitary, bezbłędnie obsługiwane przez trio Jens Kidman, Fredrik Thordendal, Mårten Hagström, połamana perkusja, otłukiwana przez Thomasa Haake i wspierana mocno podbitym basem, za którego obsługę odpowiada Dick Lövgren, a do tego niezwykle charakterystyczna maniera growlowa Jensa Kidmana – wspierana od czasu do czasu przez krzyczących Kidmana, Thordendala, Hagströma oraz Haake. Znamienną jest różnorodność kompozycji na “Koloss”.

Owszem, wszystko obraca się w okół złowieszczego, progresywnego groove metalu. Nie mniej – raz jest wolno, potężnie i majestatycznie – wręcz depresyjnie (!) – “I Am Colossus”; innym razem – opętańczo szybko i agresywnie (“The Demon’s Name Is Surveillance”). Fani bardziej “przebojowego” grania spod znaku Pantery będą zachwyceni utworem “Do Not Look Down”. Czego byśmy się na “Koloss” nie chwycili – możemy być pewni, iż nasze uszy ulegną destrukcji – momentami powolnej, na pierwszy rzut oka – niepozornej; innym razem gwałtownej i bezkompromisowej. I na próżno szukać na “Koloss” ballad. Nie tędy droga.

Jedyna, pozornie spokojna rzecz na płycie to kończąca album, instrumentalna kompozycja “The Last Vigil”. Piszę – pozornie spokojna, gdyż tak naprawdę to ponad cztery minuty złowrogich dysonansów, które niby koją skołatane odbiorem “Koloss” nerwy, jednak pozostawiają odbiorcę w stanie psychodelicznej niepewności. Co ciekawe – album kończy się podobnie do jednej z niedawno wydanych płyt polskiej kapeli death metalowej. Nie powiem której – spróbujcie odgadnąć sami.

Niepokojąca to rzecz.

Gdy perkusista zespołu, Thomas Haake zapewniał w przedpremierowych zapowiedziach o destrukcyjnym charakterze tej płyty i odradzał sięganie po nią ludziom o słabych nerwach – odczytywałem to jako płytki zabieg marketingowy. Rzeczywistość okazała się być całkowicie przeciwna, a Meshuggah zaproponowali chyba jedną z najbardziej, o ile nie najbardziej złowieszczą płytę w historii. Ciężko przetrawić ją w całości – od początku do końca. Pełno na niej smaczków, ukrytych dźwięków i wariacji, które docierają do odbiorcy przy kolejnych przesłuchaniach. Z drugiej jednak strony – warto przebić się przez wszystkie zakamarki technicznych labiryntów, proponowanych przez Meshuggah.

Czas na ocenę.

Rzetelną i subiektywną. I po raz pierwszy walczą we mnie dziwne wątpliwości. Z jednej strony – to naprawdę dobra rzecz, która zaskoczyła mnie selektywnym brzmieniem i złowrogą aurą, a także maksymalnie dojrzałym podejściem do technicznego metalu. Z drugiej jednak, to płyta naprawdę męcząca, do której nie wracam zbyt często. Ten aspekt również ma swoje plusy – krążek nie ma prawa zbyt szybko się znudzić. Przedziwny album sprezentowali nam muzycy Meshuggah – to pewne. I za tę wysublimowaną “dziwność” daję siódemkę. Z plusem.

 

mesh 500x500

Track lista:

01. I Am Colossus
02. The Demon’s Name Is Surveillance
03. Do Not Look Down
04. Behind The Sun
05. The Hurt That Finds You First
06. Marrow
07. Break Those Bones Whose Sinews Gave It Motion
08. Swarm
09. Demiurge
10. The Last Vigil

 

 

 

 

 

 

Autor: Tomasz Kulig

Data publikacji: 2009

  • Ocena autora:
4
Sending
User Review
4.5 (2 votes)

Podobne artykuły

Recenzja: Saxon – Thunderbolt

Szymon Grzybowski

Słaby ten nalot – recenzja Drive-By „2”

Paweł Kurczonek

Recenzja: Frontside – Zniszczyć wszystko

Kinga Parapura

Zostaw komentarz