RECENZJE

Recenzja: Non Opus Dei – „Głód”, czyli niepokojąco, dziwacznie, ponuro…

Od długiego czasu uważam Non Opus Dei za jeden z najbardziej oryginalnych i interesujących polskich zespołów. W moich oczach zawsze była to grupa, który udowadniała, że nie ma czegoś takiego, jak górna granica. Wydawali płytę, którą uważałem za prawdziwą perełkę i absolutny szczyt ich możliwości, tylko po to, by… wydać następną, którą ponownie uznawałem za najlepszą w dorobku zespołu. Nie mijało kilka lat, a pod szyldem Non Opus Dei ukazywał się nowy krążek, jeszcze lepszy od poprzedniego. Gdy wyszła płyta „Diabeł”, nie zdejmowałem jej bardzo długo z gramofonu. Odkrywałem ją wciąż i wciąż na nowo. I nadal do niej wracam.

Dlatego wieść, że zespół szykuje nowy album, przyjąłem z entuzjazmem.

Zapowiedź „Głodu” sugerowała, że będziemy mieć do czynienia z albumem koncepcyjnym

Inspiracją historii opowiadanej na albumie “Głód” stały się dawne rytuały, odprawiane na terytorium Polski. W taki sposób, o tekstach na płycie i koncepcie albumu, mówił wokalista zespołu, Tomasz „Klimorh” Klimczyk:

Ludzie zwykli byli składać ofiary w ostatnich dniach Zimy. By Słońce obdarzyć siłą. By Natura odrodziła się (…) Lecz pewnego roku Ona, wiedziona zemstą i nienawiścią (…) zaklęła głód w ziemię wszystkich pól. Zaklęła siew w martwy plon. Wezwała łaknienie w wody wszystkich rzek. Usta jej spłynęły nie-wodą, a deszcz do nieba wrócił. Zasiała Głód…

Tomasz „Klimorh” Klimczyk

Płyta „Głód” rozpoczyna się w momencie, w którym kończy się powyższa wypowiedź

W trwającym zaledwie kilkanaście sekund „otwieraczu” pt. „Siew” słyszymy kobietę, Naturę powtarzającą kilkakrotnie słowa „zasiałam głód”. Natura jest wściekła, sprowadza na ludzkość nieurodzaj i plagę tytułowego głodu. A dla ludzkości nie ma nadziei. Robactwo wzywa ludzi ku sobie, by wyśnili wraz z nim bolesną śmierć świata. I nawet Bóg tu nie pomoże, bo diabły toczą Jego pusty czerep po jałowej ziemi.

Poetyka Non Opus Dei niewątpliwie potrafi odepchnąć. A jednocześnie intryguje i przyciąga. Podczas obcowania z „Głodem” nie czuję, że ktoś mi wpycha w gardło „pustą szklankę pomarańczy”, czy inny grafomański bełkot.

Polskie teksty to mocna strona „Głodu”

Bardzo lubię zespoły, które mają coś do przekazania w swoich utworach. Takim zespołem jest niewątpliwie Non Opus Dei. Teksty ich utworów zawsze są jakieś, zawsze są o czymś. Tu zwracam uwagę na dwa szczegóły.

Po pierwsze ogromnie podoba mi się, że Klimorh coraz chętniej sięga w swoich tekstach po język polski. Na poprzedniej płycie jeszcze nieśmiało – część utworów miała angielskie teksty. Na „Głodzie” już odważnie – cały album wyśpiewany (wywrzeszczany?) został po polsku. Dzięki temu, przekaz płyty dla (polskiego) słuchacza jest z pewnością bardziej czytelny. A i swoista „słowiańskość” muzyki jest, dzięki temu, jeszcze mocniej podkreślona.

Po drugie – nie wiem, jak na polskie słowa brzmią w uszach obcokrajowców, ale zespół dba o fanów, dla których język użyty w tekstach jest językiem obcym. Zatem w książeczce dołączonej do płyty znajdziemy angielskie tłumaczenia polskich tekstów. Ogromnie doceniam takie podejście.

Nie mogę nie wspomnieć o oprawie graficznej „Głodu”…

…o której mogę się wypowiadać w samych superlatywach. Za stronę wizualną albumu odpowiada Bartek Rogalewicz, który już nie raz współpracował z Non Opus Dei. Jako, że prace przygotowane przez niego na potrzeby starszych płyt zespołu ogromnie mi się podobały, byłem pewny, że wydanie „Głodu” również mnie nie zawiedzie.

Błyszcząca okładka typu gatefold kryje (w posiadanym przeze mnie wydaniu) bezbarwny winyl i niezwykle starannie przygotowaną książeczkę. Szata graficzna nie jest nawet tknięta banałem i została dopracowana w najmniejszych szczegółach. Przykład? Tytuły na płycie zostały wypisane w następujący sposób:

A Diablice lament radosny do nieba wzniosą, o pustce, co w każdym kroku rozbrzmiewa, o ciszy, co każde słowo pożera, i o tym, że to, co w tobie oddycha jeszcze, wkrótce znudzi się tobą i odejdzie. DO OŁTARZY W PIEKLE odejdzie, odejdzie, tam, gdzie zebrane będzie, gdy CZARCI MOST przybędzie. Zaklinam głód w ziemię wszystkich pól, zaklinam siew w martwy PLON.

O okładce „Głodu” słów kilka

Na okładkę trafiło zdjęcie, które może u bardziej wrażliwych osób wywołać nieprzyjemne uczucie w żołądku. Wyciągnięte do góry dłonie przyjmują z pokorą robactwo rzucane przez… No właśnie, przez kogo, tak właściwie? Boga? Naturę gardzącą Człowiekiem? A może ludzie po prostu muszą sobie radzić z tytułowym głodem, żywiąc się tym robactwem?

Możliwych interpretacji jest wiele, a niebanalna i nieoczywista okładka „Głodu” jest, moim zdaniem, jedną z najlepszych w bieżącym roku.

Ty, gościu! A może w końcu coś o muzyce?

Nie, nie zapomniałem, że „Głód” to album muzyczny. Należy dodać, że składający się z zaledwie czterech utworów. Dodatkowo, na płytę trafiły trzy, dość specyficzne, kolaże dźwiękowe („Siew”, „Głód”, „Plon”), stanowiące coś w rodzaju uzupełnienia narracji, a zarazem klamry spinającej album w zamkniętą całość. Głosem Natury jest w tych „uzupełniaczach” Hekte Zaren. Jej nawiedzone i szalone wokale dodają płycie wyjątkowego charakteru. Album staje się dzięki nim niepokojący, dziwaczny i ponury. Wiem, że udział Hekte Zaren na „Głodzie” ma gościnny charakter, jednak chwilami prosiłoby się o wykorzystanie jej niebanalnego głosu w większym stopniu.

Moje podejście do „Głodu” zmieniło się z czasem

Po kilku pierwszych odsłuchach „Głodu” chciałem napisać coś w deseń: „utwory, które trafiły na najnowszą płytę Non Opus Dei odbieram, jako zaskakująco zwyczajne, jak na tę niezwyczajną grupę. „Do Ołtarzy w Piekle” zaczyna się niezbyt oryginalną młócką” …i dalej w ten, raczej krytyczny, deseń. Jednak z czasem coraz bardziej doceniam pomysł, jaki muzycy zespołu mieli na swoją najnowszą płytę.

Owszem, muzyka na „Głodzie” jest zwyczajna, jak na tę niezwyczajną grupę. Przy pierwszym odsłuchu może się wydać wręcz toporna. Jednak warto podejść do tej płyty kilkakrotnie i dać jej szansę, by wybrzmiała, jak należy.

„Głód” nie jest łatwą płytą

Nie jest to również ładny materiał. Jednak kompozycje powstałe na potrzeby „Głodu” doskonale współgrają z przytłaczającą warstwą tekstową płyty. Potrafią zmęczyć słuchacza, a jednocześnie przy każdym kolejnym odsłuchu będą wnosić coś nowego, jakiś smaczek, jakiś element, który wcześniej umknął. A, zważywszy, że średni czas trwania każdego z czterech „właściwych” utworów oscyluje w okolicach 7,5 minuty, umknąć może sporo.

Niech przykładem będzie krótkie, lecz, powiedziałbym, paranoiczne solo gitarowe pod koniec „Czarciego Mostu” i dość zaskakujące wyciszenie, mniej więcej w połowie „Po Jałowej Ziemi”.

Czego brakuje mi na płycie „Głód”?

Tej brutalnej chwytliwości, do jakiej zespół przyzwyczaił słuchaczy wcześniejszymi płytami, w szczególności „Diabłem”. Kawałki takie, jak „Gold-Finding Hen, Kiss-Finding Whore”, czy „Trickster-Shapeshifter” tłukły mi się po głowie godzinami i dziś, słuchając „Diabła”, czekam właśnie na nie.

Na „Głód” nie trafiło nic tak wybitnie wyróżniającego się. A szkoda, Non Opus Dei nie raz udowadniali, że potrafią połączyć w swojej muzyce bezgraniczną wściekłość i agresję z niebywałą chwytliwością. Pod tym względem najlepiej wypada „Po Jałowej Ziemi”. Trafiają się tu zapadające w pamięć, chwytliwe fragmenty, na nuceniu których można się złapać pod prysznicem.

A jak brzmi „Głód”?

Zdecydowanym plusem jest to, że już od pierwszych taktów „Po Jałowej Ziemi” nie ma najmniejszych wątpliwości, jakiego zespołu słuchamy. Charakterystyczne, brudne brzmienie z mocno wyeksponowaną gitarą basową i perkusją jest, jak zwykle, mocną stroną Non Opus Dei. Produkcja jest nieprzekombinowana, lecz całość, pomimo brudnego brzmienia, jest bardzo czytelna.

Podsumowanie

Jeżeli ktoś zastanawia się, czy sięgać po najnowszy album olsztyńskich black metalowców z Non Opus Dei, odpowiem tak:

Wyjdź im naprzeciw, jak nóż ku wodzie, który nie rani, który nie zabija, ale pieści bólem serce.

Non Opus Dei ‘Po Jałowej Ziemi’
Okładka płyty Głód zespołu Non Opus Dei
Non Opus Dei – Głód, 2019

Tracklista Non Opus Dei „Głód”:

1. Siew
2. Po Jałowej Ziemi
3. Diabeł Posiał Głód
4. Głód
5. Do Ołtarzy w Piekle
6. Czarci Most
7. Plon

Podobne artykuły

Recenzja: Korn – The Paradigm Shift

Tomasz Koza

Recenzja: Eluveitie – Helvetios

Tomasz Koza

Recenzja: Holy Grail – Ride The Void

Tomasz Koza

Lepsza Liturgia Śmierci – recenzja Batushka “Hospodi”

Paweł Kurczonek

Wysokie „c”- recenzja Overkill „The Wings of War”

Bartłomiej Pasiak

Nieoszlifowany diament – recenzja Diamond Head „The Coffin Train”

Bartłomiej Pasiak

Zostaw komentarz