Image default
RECENZJE

Wściekli, ale piękni. Recenzja Halestorm – „Vicious”

Okres wakacyjny często nazywany jest w wielu dziedzinach „sezonem ogórkowym”. Nie bez przyczyny – nie dzieje się wtedy zbyt wiele w temacie premierowych wydawnictw. Niestety, bardzo często przypadłość ta dopada także świat muzyczny. Zdarzają się jednak pewne wyjątki, czego przykładem jest najnowsza, bardzo przyzwoita płyta Halestorm o dosyć dźwięcznym tytule „Vicious”.

Jest to czwarty długogrający album czwórki pochodzącej z Pensylwanii. Do tej pory zespół uraczył nas kolejno płytami: „Halestorm” (2009), „The Strange Case Of…” (2012) oraz Into The Wild Life” (2015). W miarę artystycznego rozwoju grupa zyskała sobie przychylność rockowych fanów, a także krytyków, co przełożyło się nawet na zdobycie nagrody Grammy za utwór „Love Bites (So Do I)” w kategorii Best Hard Rock/Metal Performance. Na najnowszym krążku Halestorm ponownie potwierdzają swoją solidną formę.

Gniewne wnętrze.

„Vicious” składa się z 12 premierowych kompozycji, co daje nam ponad 43 minuty muzyki. Całość rozpoczyna się od „Black Vultures” – klasycznego kawałka utrzymanego w stylistyce hard rockowej. Ciężkie gitary rozpoczynające utwór doskonale wprowadzają nas w klimat płyty. Po chwili ze spokojnym wokalem wchodzi Elizabeth “Lzzy” Hale, by zaśpiewać wpadającą w ucho zwrotkę, a następnie przejść do melodyjnego i zadziornego jednocześnie refrenu. Dobra rzecz. Zachęcony tak znakomitym początkiem z zaciekawieniem wysłuchiwałem, co przyniesie dalsza część albumu.

„Skulls” zaczyna się dosyć spokojnie, ale bardzo szybko rozkręca się w kolejny dynamiczny numer. Ostre gitary, nadająca rytm perkusja i wrzaski wokalistki mieszają się, tworząc bardzo skoczną linię melodyczną. Nie można zapomnieć, że pojawia się tu również i czysty śpiew, a także partie wokalne o nieco hiphopowym zacięciu. Idealnym uzupełnieniem, wzbogacającym całość, okazują się także pojawiające kilka razy dziecięce chórki. Choć taka mieszanka może wydawać się nieco przekombinowana, to uwierzcie, zdecydowanie się sprawdza. W kolejnym kawałku zespół nie spuszcza z tonu.

„Uncomfortable” to świetna kontynuacja dwóch pierwszych utworów. To prawdziwa jazda bez trzymanki, którą pokochają fani mocnego, gitarowego grania. W drugiej połowie piosenka nieco zwalnia, by jeszcze przed samym końcem wycelować w nas mocnego kopniaka prosto między oczy. Aż głowa sama rusza się w rytm tych gitarowych wariactw i agresywnego śpiewu. „Buzz” również trzyma poziom. Jak i poprzednio pierwsze skrzypce grają tu kąśliwe gitary oraz znakomity wokal. Lzzy naprawdę pokazuje na co ją stać, co rusz zmieniając tonację i sposób wydobywania z siebie rozmaitych dźwięków. Jestem pod wrażeniem jej umiejętności i myślę, że to nie tylko moje zdanie.

Niestety, na „Vicious” znajdziemy także nieco zgrzytów. Kolejne „Do Not Disturb” oraz „Conflicted” jakoś szczególnie mnie nie porwały. Pierwszy ciągnie się jak flaki z olejem, a drugi, nieco lepszy i wpadający w ucho, nie pozostawia jednak po sobie jakiegoś szczególnego znaku w pamięci. W pewnym momencie miałem nawet ochotę przełączyć dalej, ale dotrwałem do końca. Niemniej, połowa płyty za mną i mimo drobnego spadku formy w ostatnich dwóch utworach, pierwsza część albumu prezentuje się naprawdę dobrze.

Odrobina różnorodności.

Nie zmienia to jednak faktu, że zawsze mogłoby być jeszcze lepiej. Po pierwszych sześciu utworach zabrakło mi w tym materiale nieco zróżnicowania. Owszem, słucha się tego świetnie, ale po czasie można się trochę zniechęcić do pewnej jednostajności. Zespół chyba jednak wyczuł moje obawy i w drugiej połowie jest odrobinę więcej zabawy ze słuchaczem.

„Killing Ourselves To Live” to bardzo przyjemny utwór. Niby melodyjny, ale czuć w nim rockowy pazur. Gitary tworzą bogatą przestrzeń dźwięków, na tle których po raz kolejny już swoje znakomite umiejętności prezentuje Mrs. Hale. Emocjonalne wokalizy nadają utworowi niezwykłej głębi, która sprawia, że ciężko oderwać się od głośników. To zdecydowanie jeden z najmocniejszych fragmentów „Vicious”.

„Heart Of Novocaine” przynosi kolejny powiew świeżości. Ta wzruszająca ballada daje nam odrobinę wytchnienia od ścian gitar. Lzzy muska delikatnie nasze uszy kolejnymi wersetami, zaś wtóruje jej zagrana na akustyku rozczulająca melodia. Pod koniec pojawia się także gitara elektryczna przygrywając cichutko znakomitą technicznie solówkę. O tak, zdecydowanie tego było mi trzeba.

Wraz z „Painkiller” wraca klasyczny hardrockowy sznyt. Gitary znowu agresywnie atakują słuchacza, perkusja nadaje odpowiednio szybkie tempo, a Lzzy bawi się swoim głosem doprowadzając go do granic możliwości. Tak jest zresztą również w kolejnych utworach: „White Dress” oraz tytułowym „Vicious”. Jednak „Painkiller” wypada z tej trójki zdecydowanie najlepiej. Na koniec Amerykanie postanowili uraczyć nas jeszcze jedną balladą. „The Silence” świetnie odnajduje się w roli podsumowania całego materiału.

Wysoki wokal, ujmujący tekst i poruszająca melodia potrafią doprowadzić do łez nawet największego twardziela. Nie spodziewałem się takiego zakończenia, ale warto było do niego dotrwać, tym bardziej, że po drodze przebrnąłem przez wiele znakomitych numerów.

Jest dobrze.

„Vicious” nie jest albumem pozbawionym wad. Można zarzucić muzykom, że czasami zbyt kurczowo trzymają się stylistyki hardrockowej, nie pozwalając sobie na większą swobodę i eksperymenty. Z drugiej jednak strony nie ma co narzekać, bo Halestorm pokazali, że stają się coraz bardziej zgraną i dojrzałą grupą, tworzącą charakterystyczną dla siebie muzykę. Na najnowszym krążku dostajemy solidną porcję gitarowego grania, do którego z przyjemnością będzie się wracało. Jest naprawdę dobrze, więc polecam znaleźć chwilę i dać temu krążkowi szansę. Warto.

Halestorm – Vicious 2018

Tracklista „Vicious”:

1. Black Vultures
2. Skulls
3. Uncomfortable
4. Buzz
5. Do Not Disturb
6. Conflicted
7. Killing Ourselves to Live
8. Heart of Novocaine
9. Painkiller
10. White Dress
11. Vicious
12. The Silence

  • 7.5/10
    Ocena autora - 7.5/10
7.5/10

Podobne artykuły

Godna uznania solidność – recenzja „Apocalypse” Primal Fear

Szymon Grzybowski

Recenzja: Trivium – The Sin and the Sentence

Albert Markowicz

Recenzja: Nine Inch Nails – Not The Actual Events

Albert Markowicz

1 komentarz

Piotrek 1 listopada 2018 at 01:39

w heart of novocaine solówka jest na basie 😉

Odpowiedz

Zostaw komentarz