RECENZJE

Żywa skamielina – recenzja „Revelations of Oblivion” Possessed




Jak często powinno wydawać się płyty? Co roku czy co dwa lata? To chyba jednak za często. Fani mogą się przesycić, a oczekiwaniu nie towarzyszy dreszczyk emocji. Z drugiej strony, jeśli zespół zbyt rzadko będzie wydawał nową muzykę, a wcześniej nie zgromadził pokaźnej grupy fanów, łatwo może zostać zapomniany. Jednak nawet liczne grono sympatyków może być problematyczne, bo im dłuższa przerwa, tym większe oczekiwania. Wiele zespołów przejechało się na tym, a huk pękniętego balona niósł się jeszcze długo. Są jednak w muzyce sytuacje ekstremalne.

Dla przykładu Possessed, czyli pionierzy death metalu kazali czekać na kolejną płytę w swojej dyskografii… 33 lata. Czy w ogóle powinniśmy traktować takie wydawnictwo na serio i podejść do niego z pełną surowością, czy potraktować jako ciekawostkę, wybryk natury czy żywą skamielinę?

Przed takim dylematem zostałem postawiony jako chętny do zrecenzowania „Revelations of Oblivion”, czyli trzeciej pełnowymiarowej płyty w dorobku Possessed.

W dyskografii zespołu są jeszcze dwa longplay’e. Uznawany dziś za kultowy i pionierski „Seven Churches” z 1985 roku oraz „Beyond The Gates”, wydany wspomniane już 33 lata temu, czyli w 1986 roku. W tym dość długim „międzyczasie” zespół wydawał EP-ki, kompilacje czy albumy live, zaliczył też kilkunastoletnie zawieszenie działalności. Powrócił z nową muzyką w 2019 roku.

Bez owijania w bawełnę mogą stwierdzić, że dobrze się stało.

Zanim jednak przejdę ad rem, pozwolę sobie na mały wtręt kronikarski. Possessed było bodaj pierwszym zespołem na świecie, którego twórczość określono mianem death metalu. Ich muzyka była w połowie lat 80. bezprecedensowa, a ich styl stał się wyznacznikiem gatunku dla wielkiej fali deathu, która nastała kilka lat po ich debiucie.

Czy dziś muzykę z „Revelations of Oblivion” można nazwać jednak „śmierć metalem” bez mrugnięcia okiem?

Wydaje mi się, nie do końca. Gatunek bardzo mocno ewoluował, inne zespoły takie jak Morbid Angel czy Death, zdefiniowały i doprecyzowały go bardziej. Possessed to dla mnie natomiast specyficzna hybryda thrash metalu, za który odpowiadają w większości riffy i sposób konstrukcji utworów oraz wspomnianego już deathu, którego złowrogi nastrój unosi się nad całą płytą. W pewnym rozkroku stoi też wokal. Jeff Becerra nie growluje, ale jego zadziorny, chropowaty wokal trudno nazwać „czystym”.

W praktyce taki konglomerat sprawdza się wyjątkowo dobrze, a „Revelations of Oblivion” to bardzo równa i dobra płyta.

Od pierwszego numeru, czyli „No Room Left In Hell” bębenki atakuje rasowy deathowy riff, ale to tylko początek, bo potem dzieje się przeogromna liczba ciekawych muzycznie rzeczy. Riffy zmieniają się jak szalone, przejścia na perkusji robią piorunujące wrażenie, jest nawet miejsce na zwolnienie i chwile oddechu, które przeradza się następnie w świetną solówkę.

Omawiam dokładnie ten utwór, bo definiuje on styl Possessed na „Revelations of Oblivion”.

Widać, że kompozycje są dopracowane i bogato zaaranżowane. W żadnym momencie nie czuć pójścia na łatwiznę, czyli „mamy jeden riff i jakoś dociągniemy na nim do końca numeru”. Co to, to nie. Utwory aż kipią od pomysłów, każdy z nich ma w sobie coś do zaoferowania, a najczęściej w całości prezentują się świetnie. Moją uwagę przykuły przede wszystkim „Omen”, który napędzany jest prostym, thrashowym riffem; „Shadowcult”, który fani mieli szansę usłyszeć na żywo kilka lat temu; czy „Deamon”, który początkowo jest nieznacznie wolniejszy, ale jego ciężar jest tak gigantyczny, że prawdopodobnie numer ten wytwarza własne pole grawitacyjne.

„Revelations of Oblivion” brzmi świetnie.

Possessed pomimo tego, że nie wydał żądnego krążka przez ostatnie 33 lata, nie przespał rewolucji brzmieniowej w metalu, a ich najnowsza płyta jest nagrana w zgodzie ze wszystkimi prawidłami współczesnej szkoły.

Jest mięsiście, ciężko, ale nie brakuje detali i smaczków. Świetną robotę wykonał także Jeff Becerra – jego wokal jest wściekły i pomimo tego, że operuje w dość jednostajnych rejestrach, o nudzie nie może być mowy. Raz krzyczy pełen gniewu, innym razem śpiewa niemal melodyjnie, a dla podniesienia posępnego klimatu zdarza mu się melodeklamować.

W kontekście oprawy nie sposób nie pochwalić okładki – ta pełna jest detali i symboliki. Na pierwszy rzut oka, panuje na niej chaos, ale wystarczy poświęcić chwilę na dokładniejsze oględziny, by spostrzec, jak wiele znaczeń można w niej znaleźć.

Czy nowa płyta Possessed ma jakieś minusy?

Mimo wszystko jest dość oldschoolowa. Jeśli ktoś szuka nowczesnego deathu, tu go nie znajdzie. Minimalnie brakuje jej też różnorodności – to 55 minut bezkompromisowej jazdy z gazem wciśniętym do samej podłogi. Dla wielu brzmi to jak najlepsza zachęta do odsłuchu, dla innych może być na dłuższą metę męczące. Żaden z minusów nie jest jednak na pewno takim, który w jakikolwiek umniejszałby jakość „Revelations of Oblivion”.

Bałem się o ten krążek.

Przede wszystkim o to, że po tylu latach bez wydania nowego materiału, trudno będzie sprostać oczekiwaniom, a próba doścignięcia osiągnięć sprzed ponad 30 lat może skończyć się tylko klęską. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

Muzycy Possessed wiedzą, że nie są już pionierami, a ich muzyka nie przyniesie rewolucji, ale wydaje mi się, że świadomość tego podziałała na nich bardzo dobrze. Skoro nikomu nie muszą nic udowadniać, wystarczy, że skupią się na nagraniu jak najlepszej płyty – w swoim stylu i w zgodzie z własnymi potrzebami. I w zasadzie tyle wystarczy, że dać nam świetny album, a takim bez wątpliwości jest „Revelations of Oblivion”.

Possessed - Revelatons Of Oblivion, 2019
Possessed – Revelatons Of Oblivion, 2019

Tracklista „Revelations of Oblivion”:

1. Chant Of Oblivion
2. No More Room In Hell
3. Dominion
4. Damned
5. Demon
6. Abandoned
7. Shadowcult
8. Omen
9. Ritual
10. The Word
11. Graven
12. Temple Of Samael

Podobne artykuły

Recenzja: Warfist – Metal to the Bone

Michał Bentyn

Recenzja: Corrosion of Conformity – No Cross No Crown

Szymon Grzybowski

Recenzja: Trivium – Vengeance Falls

Tomasz Koza

Zostaw komentarz