Strona główna » Żywa skamielina – recenzja „Revelations of Oblivion” Possessed
RECENZJE

Żywa skamielina – recenzja „Revelations of Oblivion” Possessed




Jak często powinno wydawać się płyty? Co roku czy co dwa lata? To chyba jednak za często. Fani mogą się przesycić, a oczekiwaniu nie towarzyszy dreszczyk emocji. Z drugiej strony, jeśli zespół zbyt rzadko będzie wydawał nową muzykę, a wcześniej nie zgromadził pokaźnej grupy fanów, łatwo może zostać zapomniany. Jednak nawet liczne grono sympatyków może być problematyczne, bo im dłuższa przerwa, tym większe oczekiwania. Wiele zespołów przejechało się na tym, a huk pękniętego balona niósł się jeszcze długo. Są jednak w muzyce sytuacje ekstremalne.

Dla przykładu Possessed, czyli pionierzy death metalu kazali czekać na kolejną płytę w swojej dyskografii… 33 lata. Czy w ogóle powinniśmy traktować takie wydawnictwo na serio i podejść do niego z pełną surowością, czy potraktować jako ciekawostkę, wybryk natury czy żywą skamielinę?

Przed takim dylematem zostałem postawiony jako chętny do zrecenzowania „Revelations of Oblivion”, czyli trzeciej pełnowymiarowej płyty w dorobku Possessed.

W dyskografii zespołu są jeszcze dwa longplay’e. Uznawany dziś za kultowy i pionierski „Seven Churches” z 1985 roku oraz „Beyond The Gates”, wydany wspomniane już 33 lata temu, czyli w 1986 roku. W tym dość długim „międzyczasie” zespół wydawał EP-ki, kompilacje czy albumy live, zaliczył też kilkunastoletnie zawieszenie działalności. Powrócił z nową muzyką w 2019 roku.

Bez owijania w bawełnę mogą stwierdzić, że dobrze się stało.

Zanim jednak przejdę ad rem, pozwolę sobie na mały wtręt kronikarski. Possessed było bodaj pierwszym zespołem na świecie, którego twórczość określono mianem death metalu. Ich muzyka była w połowie lat 80. bezprecedensowa, a ich styl stał się wyznacznikiem gatunku dla wielkiej fali deathu, która nastała kilka lat po ich debiucie.

Czy dziś muzykę z „Revelations of Oblivion” można nazwać jednak „śmierć metalem” bez mrugnięcia okiem?

Wydaje mi się, nie do końca. Gatunek bardzo mocno ewoluował, inne zespoły takie jak Morbid Angel czy Death, zdefiniowały i doprecyzowały go bardziej. Possessed to dla mnie natomiast specyficzna hybryda thrash metalu, za który odpowiadają w większości riffy i sposób konstrukcji utworów oraz wspomnianego już deathu, którego złowrogi nastrój unosi się nad całą płytą. W pewnym rozkroku stoi też wokal. Jeff Becerra nie growluje, ale jego zadziorny, chropowaty wokal trudno nazwać „czystym”.

W praktyce taki konglomerat sprawdza się wyjątkowo dobrze, a „Revelations of Oblivion” to bardzo równa i dobra płyta.

Od pierwszego numeru, czyli „No Room Left In Hell” bębenki atakuje rasowy deathowy riff, ale to tylko początek, bo potem dzieje się przeogromna liczba ciekawych muzycznie rzeczy. Riffy zmieniają się jak szalone, przejścia na perkusji robią piorunujące wrażenie, jest nawet miejsce na zwolnienie i chwile oddechu, które przeradza się następnie w świetną solówkę.

Omawiam dokładnie ten utwór, bo definiuje on styl Possessed na „Revelations of Oblivion”.

Widać, że kompozycje są dopracowane i bogato zaaranżowane. W żadnym momencie nie czuć pójścia na łatwiznę, czyli „mamy jeden riff i jakoś dociągniemy na nim do końca numeru”. Co to, to nie. Utwory aż kipią od pomysłów, każdy z nich ma w sobie coś do zaoferowania, a najczęściej w całości prezentują się świetnie. Moją uwagę przykuły przede wszystkim „Omen”, który napędzany jest prostym, thrashowym riffem; „Shadowcult”, który fani mieli szansę usłyszeć na żywo kilka lat temu; czy „Deamon”, który początkowo jest nieznacznie wolniejszy, ale jego ciężar jest tak gigantyczny, że prawdopodobnie numer ten wytwarza własne pole grawitacyjne.

„Revelations of Oblivion” brzmi świetnie.

Possessed pomimo tego, że nie wydał żądnego krążka przez ostatnie 33 lata, nie przespał rewolucji brzmieniowej w metalu, a ich najnowsza płyta jest nagrana w zgodzie ze wszystkimi prawidłami współczesnej szkoły.

Jest mięsiście, ciężko, ale nie brakuje detali i smaczków. Świetną robotę wykonał także Jeff Becerra – jego wokal jest wściekły i pomimo tego, że operuje w dość jednostajnych rejestrach, o nudzie nie może być mowy. Raz krzyczy pełen gniewu, innym razem śpiewa niemal melodyjnie, a dla podniesienia posępnego klimatu zdarza mu się melodeklamować.

W kontekście oprawy nie sposób nie pochwalić okładki – ta pełna jest detali i symboliki. Na pierwszy rzut oka, panuje na niej chaos, ale wystarczy poświęcić chwilę na dokładniejsze oględziny, by spostrzec, jak wiele znaczeń można w niej znaleźć.

Czy nowa płyta Possessed ma jakieś minusy?

Mimo wszystko jest dość oldschoolowa. Jeśli ktoś szuka nowczesnego deathu, tu go nie znajdzie. Minimalnie brakuje jej też różnorodności – to 55 minut bezkompromisowej jazdy z gazem wciśniętym do samej podłogi. Dla wielu brzmi to jak najlepsza zachęta do odsłuchu, dla innych może być na dłuższą metę męczące. Żaden z minusów nie jest jednak na pewno takim, który w jakikolwiek umniejszałby jakość „Revelations of Oblivion”.

Bałem się o ten krążek.

Przede wszystkim o to, że po tylu latach bez wydania nowego materiału, trudno będzie sprostać oczekiwaniom, a próba doścignięcia osiągnięć sprzed ponad 30 lat może skończyć się tylko klęską. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

Muzycy Possessed wiedzą, że nie są już pionierami, a ich muzyka nie przyniesie rewolucji, ale wydaje mi się, że świadomość tego podziałała na nich bardzo dobrze. Skoro nikomu nie muszą nic udowadniać, wystarczy, że skupią się na nagraniu jak najlepszej płyty – w swoim stylu i w zgodzie z własnymi potrzebami. I w zasadzie tyle wystarczy, że dać nam świetny album, a takim bez wątpliwości jest „Revelations of Oblivion”.

Possessed - Revelatons Of Oblivion, 2019
Possessed – Revelatons Of Oblivion, 2019

Tracklista „Revelations of Oblivion”:

1. Chant Of Oblivion
2. No More Room In Hell
3. Dominion
4. Damned
5. Demon
6. Abandoned
7. Shadowcult
8. Omen
9. Ritual
10. The Word
11. Graven
12. Temple Of Samael

Podobne artykuły

Powrót w dobrym stylu – recenzja Oomph! “Ritual”

Paweł Kurczonek

Recenzja: Kvelertak – Meir

Tomasz Koza

Diabeł jest (nie całkiem) wporzo – recenzja Zeal & Ardor “Live In London”

Paweł Kurczonek

Recenzja: Black Sabbath – 13

Tomasz Koza

Niemodny black metal? Wolne żarty! – recenzja Ashes “Ashes”

Paweł Kurczonek

Krótko, ale powoli – recenzja „House of Doom” zespołu Candlemass

Redakcja

11 komentarzy

Tomasz Pusz 27 czerwca 2019 at 17:19
0

Possessed po raz pierwszy udało mi się zobaczyć na żywo podczas tegorocznego Mystic. W moim odczuciu nagłośnieni byli najlepiej. Każdy detal, szczegół… Każda blacha i bęben brzmiały przepięknie, mocarnie i jeszcze lepiej niż na płycie. Wisienką dla mnie był utwor The Exorcist z pierwszej płytki. Wręcz muzyczny eargasm ?
Także mój wybór jest oczywisty. Zresztą pozostałe płyty już mam ?

Odpowiedz
Wiktor Gomułka 27 czerwca 2019 at 20:32
0

Grupa na FB to dobry pomysł, co prawda sporo przestarzałego humoru ludzie udostępniają, ale generalnie jest fajna atmosfera. Chciałbym kiedyś pojechać na jakiś koncert, póki co niestety nie było mi dane między innymi dlatego, że dopiero kończę osiemnastkę i z pieniędzmi problem. W najbliższym czasie z moim zespołem chcemy gdzieś się wybrać, żeby w końcu poczuć tą atmosferę.
PS. Przypomniałem sobie, że byłem kiedyś na koncercie Dżemu z rodzicami, ale nie pamiętam zbyt dużo.

Odpowiedz
Jacek Sobarecki 28 czerwca 2019 at 21:24
0

Gdy usłyszałem, że Possessed nagrywa nową płytę po tylu latach, to miałem cykora, że to się może nie udać. Wiele dawnych legend powróciło i były to niestety słabe powroty (np. Defiance, Forbidden, Whiplash, Blind Illusion, Seventh Angel…). Ale kiedy usłyszałem numer “No More Room In Hell”, to byłem kupiony i coś mi mówiło, że mogę spać spokojnie. No i faktycznie po przesłuchaniu całości padłem na kolana! Udało się!!! 🙂 Co prawda z oryginalnego składu pozostał tylko Jeff, ale to prawdziwy wojownik!!! Pomyślcie tylko. Ile osób miałoby tyle samozaparcia, by będąc na wózku, dalej uprawiać muzykę metalową? Zbyt wielu podobnych przypadków nie ma. A jednak Jeff nie poddał się i powinniśmy czerpać z niego wzór na co dzień! Kiedy marudzimy, że słońce za gorące, że pensja za niska i utyskujemy na takie pierdoły. Sam mam w rodzinie osobę, której niedawno amputowano nogę. Tragedia, ale może i druga szansa. Nigdy nie wolno się poddawać! Wiem, że to banał, ale można sobie palnąć w łeb lub… próbować żyć jakoś radzić w tej rzeczywistości… Cieszę się, że Jeff zebrał tak znakomity skład. Naprawdę świetnych muzyków. Nikt nie liczył chyba na to, że Possessed znów dokona rewolucji w heavy metalu, jak to miało miejsce przy okazji nagrywania “Seven Churches”. Już raz proch wymyślili i chwała im za to! Natomiast “Revelations Of Oblivion” jest GODNYM powrotem. Udanym! Doskonale połączyli swoje stare brzmienie z nowoczesnością, głównie w warstwie brzmieniowej. I co najważniejsze – w ogóle nie zmienił się charakterystyczny, jedyny w swoim rodzaju głos Beccery! Mam nadzieję, że na kolejny udany album Possessed nie będziemy musieli tak długo czekać… 😉

Odpowiedz
Danka M. Wiater 28 czerwca 2019 at 21:40
0

Co Wam powiem, to Wam powiem, ale Wam powiem. 😀 Ta płyta (już jest!!!!) powinna aspirować do miana najbardziej udanego powrotu na scenie metalowej i uplasować się gdzieś wysoko w czołówce. Ileż to już było odgrzewanych kotletów, których nie dało się słuchać, prędzej porzygać się. Ileż największych z największych (patrz tzw. wielka czwórka i okolice) dziś cieniuje?! No właśnie. A tu wrócił taki Possessed, wyskoczył jak diabeł z pudełka, i po prostu pozamiatał konkurencję! Na Mystic najlepszy występ albo jeden z najlepszych! Miazga! Ta płyta też miazga! Jedyny Album Possessed którego jeszcze nie mam. Co prawda ktoś powie, że za wiele ich nie wydali 😀 ale ja zbieram wydawnictwa Possessed w różnych wersjach i trochę się tego uzbierało. 😀 “Revelations Of Oblivion” tez musi być na półeczce i to na honorowym miejscu! Ależ to jest rozpierducha! Jakby czas zatrzymał się w miejscu a w składzie wciąż był LaLonde, Torrao i Sus!!!!

Odpowiedz
Joanna Szwaracka 28 czerwca 2019 at 23:10
0

Przyniosę ci ból!
Ogień i piekło, na zawsze!
Wspólna ofiara w płomieniach…
Do piekła!!!
Noc pożera dzień
Wskażę ci drogę, by pokazać płonącą przepaść…

Jeff Beccera tak odgrażał się w utworze “No More Room In Hell” i obietnicy dotrzymał na całym nowym albumie!!!
Piekielnie udany album! O to chodzi w takim ekstremalnym graniu – nie odgrzewać kotleta (bleeee) i jednocześnie pozostać sobą! Bardzo trudna sztuka, która Possessed udała się doskonale! Poproszę “Revelations Of Oblivion”.

Odpowiedz
Agata Kowalska 28 czerwca 2019 at 23:47
0

W ogóle nie dziwi mnie tak wysoka nota tego albumu i nie rozumiem maruderów, którzy spodziewali się Seven Chruches II. 😉
Pierwsze wrażenie po przesłuchaniu całego albumu było zadowalające a każde kolejne coraz lepsze. To tak jakby ten krążek uzależniał od siebie, z każdym kolejnym odsłuchem smakował coraz bardziej i wchodził do głowy jak nóż w masło… 😉 Podoba mi się ciężkie, surowe, oldschoolowe brzmienie połączone z teraźniejszą produkcją, ale bez tych wszystkich irytujących nowinek. Głos Becerry nic się nie zmienił a jednocześnie nie jest monotonny. Chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie spodziewał się płyty na miarę debiutu Seven Chruches, czyli albumu, który definiowałby death metal na nowo. 😉 W death metalu i thrash metalu – w swych klasycznych odsłonach – powiedziano już wszystko, teraz chodzi tylko o to, by nagrywać albumy solidne, osadzone w tradycji, ale świeże zarazem. Takie których nie słucha się z zażenowaniem i miną politowania. I właśnie taki jest Revelations of Oblivion, który po licznych przeciwnościach losu i długim czasu zawieszenia twórczości tej legendarnej kapeli cieszy jak diabli! 😉 Oczywiście poproszę Revelations… 🙂

Odpowiedz
Iza Graduszewska 29 czerwca 2019 at 00:07
0

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o planach wydawniczych Possessed, zastanawiałam się, czy taki powrót po latach ma jakikolwiek sens, oczywiście poza działaniem na sentymenty starych fanów. Po wysłuchaniu singla No More Room In Hell, moje obawy znacznie się zmniejszyły, ba apetyt na cały krążek urósł do niebotycznych rozmiarów. Wiem, że to błąd, bo nie raz już się przez takie podejście zawiodłam na wielu albumach. Im mniej oczekujesz – tym więcej możesz zyskać – taka moja zasada nr 1. 😀 Kurde, aż sobie to zapiszę w jakimś pamiętniku jako sentencję życiową! 😀 😉 Mamy siarkę, piekło, ogień, piekielne krzyki, świetną perkusję, bardzo dobry i wyeksponowany bas oraz jadowite solówki gitarowe. No i oczywiście nad wszystkim góruje diabelsko wyrzygany wokal Jeffa, dla którego czas stanął chyba w miejscu! Kojarzy mi się to z Lindą Balir plującą siarką. 😀 Zresztą skojarzenie chyba w pełni uzasadnione… 😉 Jest tu dokładnie wszystko, za co kocham ten gatunek oraz jego prekursorów, czyli Possessed. Nawet Chuck Schuldiner kiedyś przyznał, że to nie on czuje się ojcem chrzestnym death metalu a tym mianem powinni być określani goście z Possessed.

Odpowiedz
Justyna Waligórska 29 czerwca 2019 at 00:45
0

Ten album to wywalający z kapci tygiel, z którego unosi się bardzo mroczny klimat. Jak wtedy gdy z krzykiem uciekasz przed jakimś upiorem w swoim domu, barykadujesz się w swoim pokoju i wydaje się, że jesteś bezpieczna, a tu nagle spadają święte obrazy, krzyż wiszący na ścianie odwraca się, a gdzieś blisko słychać: “When there’s no more room in hell. The dead shall walk this earth. When there’s no one left to tell. God dies for Satan’s birth “. Wielbię takie rytmiczne “Shadowcult”, szaleńcze “No More Room in Hell” czy emanujący tą satanistyczną aurą “Demon”. Słuchając wokali Becerry, zawsze odnoszę wrażenie, jakby stopniowo odchodził od zmysłów, a demon przejmował władzę nad jego umysłem. Ta płyta jest bardziej thrashowa niż death metalowa, przez co więcej tu temp pod moshing. Na dzień dzisiejszy stawiam ją na równi, może nie ze wspaniałym debiutem, ale dwójką – “Beyond The Gates”. Gdyby tylko produkcja bardziej przypominała debiut, to stawiałabym ja równi z “Seven Churches”.

Odpowiedz
Wiktoria Jabłońska 29 czerwca 2019 at 01:03
0

Mimo, iż rozum przypomina o wielu nieudanych powrotach zza grobu, to jednak gdzieś w środku trzymałam mocno kciuki, by Evil Warriors nie zawiedli. Nie oczekiwałam geniuszu na miarę debiutu, ale po prostu cuchnącej siarką i szatanem płyty, którą będzie można psuć ciszę i nabożeństwa maryjne, bo premiera przypadła akurat na maj. 😀 Powroty zza grobu nie muszą być fatalne, czego dowodem jest choćby Nocturnus, który ukazał się krótko po Possessed. I szczerze mówiąc przy bylejakości współcześnie granego death metalu (nie licząc młodszych, oldchoolowych gruzowników np. ze stajni Dark Descent), nawet jeśli ktoś nagra poprawną, średnią płytę, to i tak będzie to lepsze od tych wszystkich gównianych nowomodnych, plastikowych, „progresywnych” kapel. I gdy już wysłuchałam w całości „Revelations of Oblivion”, to pomyślałam: Noooo, jest siara i ogień piekielny, bez wątpliwości! Cholernie dobry ten , z genialnymi gitarami. Są w tych riffach wszystkie elementy charakterystyczne dla utworów z debiutu, które były na pewno wymagające w opanowaniu na gitarze i nieźle dawały paluchom w kość. W końcu LaLonde i Torrao srokom spod ogonów nie wypadli! 😉 Kozacki jest ten album. Doskonale, że Possessed pokazało wszystkim technicznym deathowcom, gdzie ich miejsce. 😉 Sowite riffowanko. Mniam, mniam! 😀 Czekam na nowy Dark Angel! Jakby tak nagrali coś w swoim starym stylu, to będę OPĘTANA!!! Hehehe.

Odpowiedz
Oliwia Maślankowska 29 czerwca 2019 at 01:37
0

Possessed to taki kultowy zespół, co każdy szanuje, piąteczkę przybije, jak koszulkę z logosem zobaczy, z uznaniem głową pokiwa, ale ludzi którzy kochają, to wcale chyba nie ma tak wielu wśród młodszych fanów metalu. Ale po tym krążku teraz już pewnie ich przybędzie. 😉 Myślałam, że chłopaki już nic nie nagrają, a tu wpada pełniak! Wiedziałam, że drugiego Seven Churches nie nagrają, ale słychać, że to ten sam band. Nie wiem, to tak jakby po Trey’u spodziewać się, że teraz nagra drugi Altars of Madness… Ten zły omen jednak wciąż tu się unosi nad moją głową! Dobry ruch z ich strony. I strategicznie, i artystycznie dobry. Gdyby zaczęli eksperymentować, to skończyłoby się raczej porażką. A tak wyszedł album bardzo smaczny. Death metal old schoolowy, choć wyprodukowany współcześnie, no i mocno oparty na fajowych i technicznych riffach. Nie mylić z pseudotechniką bez polotu i wyobraźni, potocznie zwaną instrumentalną masturbacją! 😀 Super, że Beccerze udało się zebrać tak dobry i doświadczony skład. Ci kolesie grali w wielu różnych stylistycznie kapelach – od heavy po black, więc są otrzaskani w graniu metalu i to słychać bardzo dobrze! Nowy album Possessed bardzo mi przypadł do gustu. Okładka autorstwa Z. Bielaka też mi się podoba – dobrze dobrana do tego szanownego bluźnierczego bandu i wizualnie pasuje do piekielnej muzyki, która kryje się w środku pudełka. A jak komuś nie pasuje okładka to zawsze jest slip case, który nawiązuje do Seven Churches. 😉 Jeff w fantastycznej formie, szaleńczy klimat ze wspomnianego debiutu wraca w szatańskiej odsłonie. Nie rażą nawet nieco infantylne liryki w stylu zamierzchłych lat ‘80. Ma to swój urok, a chyba poezji czy wywodów filozoficznych niekt po Jeffie się nie spodziewał. 😉 Pięknie, aż się moja wrodzona anhedonia chowa do tyłka. 😀 Genialne partie gitar, świetne darcie mordy i wszystko celnie trafia w ucho, jednak nie da się zapomnieć o krwistym mięchu, którego jest tu mnóstwo. Riffów bardzo tłustych i soczystych jest – pozwolę sobie nadmienić – na tej płycie od czorta. 😀 Wręcz przytłaczająco mnogo, w dobrym tego słowa znaczeniu, bo te 54 minuty wypadają w stosunku do innych kapel grających wszelakie thrashe czy deathy konkretnie i przede wszystkim nie nużą! Nie oszukujmy się też, nie jest to jakiś ultra ciężki death metal, a raczej coś na granicy thrashu, deathu z nieco heavy metalowym posmakiem, co równie dobrze może podejść tak dawnym fanom, jak i dzieciakom słuchającym głównie wypustów, hmmm, deathcore’owych? 😉 Jak na tak sporą długość albumu, krążek przelatuje dość szybko, bo dużo tu zmian tempa, dzieje się naprawdę sporo, trochę klimatycznych wstawek a la Nile (Temple of Samael), chwytliwych cytacików z horrorów wstawionych w teksty i tak dalej. Wokale też na plus. Bardzo udany powrót, który mi z jakiegoś powodu tegoroczny Mystifier przypomina, skądinąd bardzo dobry również. Może dlatego, że oba jadą na wokalach, pierdylionie riffów i tak zwanej atmosferze horroru. 😉 Niby na Zachodzie bez zmian, a jednak jest świeżo, nowocześnie, zaskakująco i… bardzo tradycyjnie. Po prostu ta płyta trafia w mój muzyczny punkt G jak mało która…

Odpowiedz
Joe Pistone 29 czerwca 2019 at 11:55
0

W ostatnich latach modne wydają się wszelkie reuniony zespołów, które od dawna nie żyją (w niektórych przypadkach zwłoki powinny być pozostawione na poboczu drogi, gdzie zaległy, ale to taka mała dygresja) . Lista jest nieskończona. Oczywiście, istnieją wyjątki od tej reguły, ale jako całość są to głównie chwyty czysto marketingowe, które śmierdzą oportunizmem i co gorsza nudą. Possessed to szczęśliwy wyjątek od tego typowego trendu. Pierwszy singiel, który wyciekł jakiś czas temu, „No More Room in Hell”, natychmiast zabrał mnie z powrotem do 1985 roku. Seven Churches jest arcydziełem death metalu, które nie tylko przetrwało próbę czasu, ale także zmieniło oblicze muzyki metalowej. Przyznaję się do ogromnego niepokoju przed wysłuchaniem całego albumu. Jedną rzeczą jest wypuścić dobry promujący singel, ale czy Jeff i jego ekipa rzeczywiście potrafią po tak długim czasie zdobyć się na pełnowartościową muzykę równie ekscytującą co kiedyś? Takie myśli kłębiły się w mojej łepetynie. Wokal Jeffa Becerry, dosłownie, nie zmienił ani jednej joty od prawie 35 lat, co samo w sobie jest niesamowite. Ton Jeffa odróżnia go od wszystkich innych w tej branży. Jeff, Kam Lee, Paul Speckmann i Chuck Schuldiner ustanowili wysoką poprzeczkę w zakresie wokali wczesnego death metalu. Słyszałem już absurdalne utyskiwania o tym, że album jest „nadprodukowany”, a wokale są zbyt wysokie w miksie. W pełni rozumiem urok i esencję Seven Churches i to, jak album brzmiał mętnie i cieżko, mimo że demo Death Metal jest jeszcze bardziej zabójcze i surowe niż debiutancki długograj. To powiedziawszy, po co obwiniać zespół za to, że ma w końcu jakieś wartości produkcyjne? W żadnym momencie ten album nie brzmi „cienko”, dźwięk ma odpowiednią ilość uderzeń i klarowności bez wyciszania basu, nadmiernie zaakcentowanej perkusji lub pogrzebanym w miksie wokalowi. Wszystko jest jak należy! Piosenki na Revelations są najwyższej klasy diabelskimi hymnami podobnymi do wspomnianych wcześniej z Seven Churches, a żaden z nich nie powoduje powtarzającego się, mimowolnego ziewania. Te nowe utwory byłyby 33 lata temu i nadal są bardzo godnym następcą Kościołów. Oczywiście cieszę się z kolejnych wydawnictw zespołu w „Eyes of Horror” i „Beyond the Gates”, ale moim skromnym zdaniem, nastąpiła niewielka utrata magii. Podczas gdy cały album jest dla mnie praktycznie bez zarzutu, trudno jest do czegokolwiek się przyczepić. Gdyby ten album powstał, dajmy na to ćwierć wieku temu, byłby klasykiem! Szczerze mówiąc, nie mogę znaleźć nic złego w tym nagraniu. Chyba nikt nie oczekiwał, że Possessed staną się drugim Cradle Of Filth zaczną sobie urządzać kabaret z death metalu. Jeff i spółka zabierają nas w 53-minutową wyprawę na różne poziomy piekła, by znaleźć się w samym sercu Pandemonium podczas takiej podróży. Possessed to zespół, który zabiera mnie z powrotem do mojej młodości, właściwie dzieciństwa jeszcze. Kiedy myślę o najbardziej szokującym zespole z dawnych lat, zawsze wspominam ten album z ognistym logo i ogromnym odwróconym krzyżem wpatrującym się w moją młodą, wrażliwą duszyczkę. 😀

Odpowiedz

Zostaw komentarz