Relacja: Agnostic Front, All For Nothing, Fight Them All, Dintojra – Wrocław, 13.07.2017

 

Miniony czwartek był prawdziwym świętem dla wszystkich fanów hardcore’u z Wrocławia oraz z całej Polski. W miejscowym klubie Pralnia, imprezę urodzinową na swoje 35-lecie urządzała bowiem legenda nowojorskiego HC, zespół Agnostic Front. Nie obyło się bez chóralnych śpiewów, pogowania, crowd surfingu i – niestety – problemów. I to całkiem poważnych…

Kiedy dotarłem na miejsce akcji, na scenie w najlepsze gościli już Holendrzy z All For Nothing, a wcześniej, publiczność rozgrzewali jeszcze poznański Fight Them All oraz wrocławska Dintojra. Pierwsze, co od razu przykuło moją uwagę, to charyzmatyczna wokalistka Cindy van der Heijden oraz problemy dźwiękowe, z jakimi musiała zmagać się jej ekipa. Brzmiało to tak, jakby ktoś co jakiś czas przełączał dźwięk ze stereo na mono, a także odłączał bas oraz mikrofon. Takie kilku sekundowe „zaćmienia” pojawiały się kilka razy i nieco rozpraszały uwagę od notabene bardzo przyzwoitego występu. Nic to jednak w porównaniu z tym, co stało się kilka minut później. Rozpiska godzinowa informowała, że główna gwiazda wieczoru ma zacząć grać o godzinie 22:10, tak więc trudno było mi ukryć zdziwienie, kiedy Nowojorczycy pojawili się na scenie o 22:00 – jeżeli chodzi o zmiany czasowe w trakcie koncertów, to zwykle dzieje się to przecież w drugą stronę. Moje zdziwienie przerodziło się w zażenowanie, kiedy okazało się, że tym razem w ogóle nie słychać już wokalu, a nieświadomy na początku niczego Roger Miret, produkuje się nadaremnie. Agnostic Front mieli wejść z wielkim hukiem, a tymczasem skończyło się potężnym niewypałem. Po dłuższej chwili zamieszania, muzycy postanowili zejść za kulisy, a ekipa techniczna rozpoczęła operację wymiany całej konsolety, bowiem wyglądało to tak, jakby popsuło się już chyba wszystko, co mogło. Trzeba było widzieć wkurzoną minę Mireta… Sytuację na szczęście starał się ratować niezawodny Vinnie Stigma, który podczas tej niezapowiedzianej przerwy wyszedł do ludzi i rozdawał najwierniejszym fanom przy barierkach piwo. Po około 30 minutach, zespół wrócił na scenę i tym razem na szczęście był w stanie kontynuować koncert. Całość może nie brzmiała idealnie, ale przy tych okolicznościach i tak dobrze, że nie skończyło się czymś gorszym – odwołaniem występu lub śmiercią akustyków z rąk rozwścieczonego wokalisty.

Agnostic Front świętuje w tym roku 35-lecie, tak więc nie zabrakło zarówno rzeczy nowszych, jak i starszych. Usłyszeliśmy m.in. „Dead To Me”, „Friend Or Foe”, „Crucified”, „Old New York”, „A Mi Manera” czy „Police State”, z tradycyjnym „pozdrowieniem” dla byłego burmistrza Nowego Jorku, Rudy’ego Jiuliani. Nie zabrakło też oczywiście nieśmiertelnego „Gotta go” oraz zagranego na sam koniec „Blitzkrieg Bop” Ramonesów. Przez cały wieczór, na płycie wrzało wściekłe pogo, a na głowach szalejących ludzi co chwile lądowali kolejni śmiałkowie. Tym razem nie było możliwości wchodzenia na scenę i skakania z niej, co jednak fani w pełni respektowali, zadowalając się skokami ze stojącego nieopodal głośnika. Po początkowej konsternacji i wkurzeniu nieprzewidzianymi problemami, muzycy wyluzowali się i widać było, że dobrze bawią się we Wrocławiu. Szczególnie wspomniany wyżej Vinnie Stigma, który jak się okazało, świętował również swoje urodziny – oczywiście nie obeszło się bez gromkiego „sto lat” odśpiewanego przez publiczność kilkukrotnie. Artyści praktycznie podarowali też sobie przerwy między utworami (które – jak powiedział sam Miret – „są dla amatorów”), przez co całość nie trwała zbyt długo. Tak to już jednak jest z dobrymi hardcore’owymi sztukami – krótko, ale na maxa treściwie.

Trudno jednoznacznie ocenić wrocławski koncert Agnostic Front – z jednej strony irytujące problemy techniczne, z drugiej świetna zabawa pod sceną i pełni zaangażowania muzycy. Część ludzi wyszła z klubu zadowolona – mokra od potu, poobijana i zakrwawiona, ale szczęśliwa, a część nadal narzeka w Internecie na jakość dźwięku. Najważniejsze, że występ jednej z największych, o ile nie największej, legendy hardcore’u, w ogóle doszedł do skutku. Wypada nam zatem teraz tylko życzyć kolejnych długich lat w trasie. Patrząc na szalejącego niczym nastolatek, ponad 60-letniego Stigmę, możemy być jednak o to spokojni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *