RELACJE

Relacja: Caliban, Suicide Silence, Any Given Day, To The Rats And Wolves – Wrocław 11.12.2016

 
To był ciepły, acz mocno deszczowy wieczór we Wrocławiu, więc zdecydowanie najlepszą opcją na jego spędzenie, było wybranie się na porządny koncert. Do klubu wszedłem chwilę po dwudziestej, kiedy na scenie grały już chłopaki z Any Given Day, nie udało mi się zatem załapać na występ To The Rats And Wolves. Lokal wypełniony był maksymalnie w połowie, a płyta świeciła pustkami, nie przeszkodziło to jednak grupce zapaleńców szaleć i pogować pod sceną już niemal od początku imprezy. Zespół zaserwował całkiem przyzwoitą porcję metalcore’u, a najjaśniejszym punktem ich gigu był cover… „Diamonds” Rihanny, wspierany wokalnie przez fanów. Przyznam się, że byłem mocno zaskoczony tym co słyszę, choć tak naprawdę chyba nie powinienem – ta wersja przeboju księżniczki pop ma na YouTubie już ponad siedem milionów wyświetleń, co może tłumaczyć tak dobrą znajomość tekstu piosenki przez metalową publiczność.

Następny w kolejce był występ jednej z dwóch głównych gwiazd wieczoru, czyli Amerykanów z Suicide Silence. Frekwencja nadal była słaba, jednak szczerze mówiąc, niewiele mnie to obchodziło, gdyż już przy pierwszych dźwiękach „Unanswered” wpadłem w potężny młyn pod sceną. Trzeba powiedzieć wprost – zespół jest w znakomitej formie. Wyluzowani, precyzyjni, widać że świetnie bawią się we Wrocławiu, co również udzieliło się widzom. Nie zabrakło wall of death, chóralnych śpiewów oraz przybijania piątek z wokalistą, który często podkładał losowym fanom przy barierkach mikrofon pod nos, aby ci mogli wykrzyczeć co bardziej chwytliwe teksty, w rodzaju „Where is your fucking god?!”. Na setlistę złożyło się swoiste „best of” grupy – usłyszeliśmy między innymi „Wake Up”, „Fuck Everything”, „You Can’t Stop Me”, czy „Slave to Substance”. Muzycy zaprezentowali też nowy numer, zatytułowany „Doris”, wyróżniający się ciekawym, w pełni melodyjnym refrenem. Jak się później dowiedziałem z krótkiej rozmowy z wokalistą, Eddie’m Hermidą, utwór ten dostał nazwę po jego ciotce Doris, a nadchodząca płyta pełna ma być melodyjnych momentów pozbawionych growlu, i że generalnie „it will blow my mind”. Premiera albumu zatytułowanego po prostu „Suicide Silence” pod koniec lutego przyszłego roku. Występ zakończył się hitem „You Only Live Once”, z Eddiem płynącym na rękach fanów pod sceną. Znakomity koncert, szkoda tylko, że taki krótki i pozbawiony jakichkolwiek bisów, rozumiem jednak, że harmonogram imprezy był nie do ruszenia – przed nami w końcu jeszcze jeden zespół.

Po sprawnej zmianie sprzętu i krótkim strojeniu, światła ponownie zgasły, a na scenie rozgościł się niemiecki Caliban. Ja postanowiłem tym razem nieco się wycofać i obserwować wszystko z szerszej perspektywy. Zaczęli tak jak zwykle na tej trasie od „Memorial” z albumu „I Am Nemesis”, który następnie gładko przeszedł w „Walk Alone”. Młyn pod sceną nie ustawał ani na chwilę, a zabawę cały czas podkręcał jeszcze wokalista, który próbował dyrygować tłumem. Z całkiem niezłym skutkiem zresztą, bo zarówno wall of death, jak i circle pit wypadły całkiem przyzwoicie. W dalszej części koncertu mieliśmy też kucanie i zsynchronizowany wyskok na sygnał, potocznie zwane „Jump Da Fuck Up” od słynnego utworu Soulfly, a także crowd surfing. Ochrona tym razem na szczęście nie spychała ludzi od razu ze sceny, tak więc jeden szczęśliwiec, zanim z powrotem skoczył na płytę, miał nawet okazję przez jakiś czas poszaleć między muzykami.

Caliban zagrał łącznie 12 numerów, wśród których znalazły się między innymi „Love Song”, „Paralyzed”, „Davey Jones”, „Mein Schwarzes Herz”, czy piekielny „Inferno”. Pod koniec mieliśmy też kolejny tego wieczoru cover, tym razem jednak znacznie bardziej „konwencjonalny”, czyli „Sonne” Rammsteina w metalcore’owej wersji. Podobnie jak ich poprzednicy, Niemcy zaprezentowali się z naprawdę dobrej strony, po raz kolejny mieliśmy przykład świetnej komunikacji na linii zespół – widownia i chyba nikt nie opuszczał klubu rozczarowany.

Ciekawi mnie tylko jedna mała rzecz. Ci co znają dobrze twórczość Calibana wiedzą, że utwory zespołu pełne są melodyjnych, czysto zaśpiewanych refrenów, które mi osobiście kojarzą się nieco z Bring Me The Horizon. Odpowiada ze nie głównie gitarzysta, a przy okazji drugi wokalista zespołu, Denis Schmidt. Mam małe przeczucie, że na koncercie jego partie są lekko wspomagane taśmą i to co słyszymy, to nie jest wyłącznie jego śpiew na żywo. Ale to jedynie taka mała dygresja, bo w żaden sposób nie wpływa to na odbiór występu, a chłopaki dają z siebie 120 %.

Wszystko co dobre szybko się kończy, dlatego niestety i ten wieczór mógłby zdecydowanie trwać dłużej. Otrzymaliśmy naprawdę sporą dawkę porządnego grania, a wszystko to brzmiało, jak na klub Alibi, zaskakująco dobrze. Szczególnie tyczy się to Suicide Silence i wokalu Eddiego Hermidy, któremu wychodziło w niedzielę niemal wszystko. Trudno powiedzieć, która z gwiazd wypadła lepiej, bo obie kapele dały z siebie wszystko i było to widać oraz słychać bardzo dobrze. W niemiecko – amerykańskim meczu na szczycie mamy więc remis 1:1, z lekkim wskazaniem na Suicide Silence. Zwycięsko z tego pojedynku wyszła za to na pewno publiczność zgromadzona tego dnia w klubie.

Podobne artykuły

Relacja: 3-Majówka, Wrocław 1-3.05.2017

Albert Markowicz

Relacja: DevilDriver 21.06.2010 – Kraków, Loch Ness

Tomasz Koza

Relacja: The Dillinger Escape Plan, Shining – Warszawa 11.02.2017

Albert Markowicz

Zostaw komentarz