Strona główna » Relacja: King Dude, Drab Majesty, Them Pulp Criminals – Wrocław, 21.04.2017
RELACJE

Relacja: King Dude, Drab Majesty, Them Pulp Criminals – Wrocław, 21.04.2017

 

King Dude, czyli kryjący się za tą nazwą TJ Cowgill oraz jego zespół, należą do grona artystów wykonujących coraz ostatnio popularniejszą (patrz Nergal i Me And That Man) mieszankę bluesa, folku i rocka, którego tradycje sięgają głębokiego południa Stanów Zjednoczonych. Nie ukrywam, że z dużą niecierpliwością wyczekiwałem tego koncertu, nie tylko ze względu na to, że ostatnio sam mocno zainteresowałem się takimi klimatami, ale również z powodu osobistej audiencji u Króla i wywiadu, który mogłem z nim przeprowadzić. Zapis naszej rozmowy pojawi się niedługo na łamach MetalNews.pl

Zanim jednak mroczny bard zawładnął wrocławską sceną, na jej deskach rozstawiły się supporty. Najpierw, publiczność próbowali rozruszać panowie z Them Pulp Criminals, czyli zdobywający coraz większą popularność zespół z Krakowa. Muzycy idealnie wpasowali się w klimat imprezy, bowiem ich brzmienie również czerpie inspiracje z amerykańskiego rocka czy folku, a oni sami swoją muzykę określają mianem „dark urban folk”. Na ich set złożyły się kompozycje własne, z debiutanckiej płyty „Lucifer is Love”, oraz m.in. cover The Doors, a uwagę przykuwał szczególnie wokalista, Tymoteusz Jędrzejczyk, który ma naprawdę kawał głosu i generalnie „wie z czym to się je”. Niestety, już w tym miejscu należy wspomnieć o pewnym problemie, który towarzyszył słuchaczom przez cały wieczór. Nagłośnienie, czyli element do którego w klubie Firlej zazwyczaj nie można się przyczepić, w piątek niestety zawiodło – było po prostu za głośno! O ile na Them Pulp Criminals było to jeszcze póki co po prostu mocno wyczuwalne i trochę wkurzające, to podczas następnego występu, Drab Majesty, nie dało się po prostu wytrzymać pod sceną. A szkoda, bo jest to projekt bardzo intrygujący. Pozornie wydawać by się mogło, że duet z Los Angeles nie będzie pasować zbytnio do reszty – dwie wymalowane, ekscentryczne postacie, „ejtisowe” syntezatory i estetyka tamtych lat – jednak ostatecznie, nie dało się odczuć wielkiego „zgrzytu”. A sama muzyka mogła naprawdę zaciekawić, mowa tu bowiem o swoistej mieszance Clan of Xymox, The Cure czy starego Killing Joke, podlanej tragic wave’owym sosem. No ale co z tego, skoro na sali nie dało się wystać więcej niż dwie, trzy piosenki, bowiem regulator głośności odkręcony był chyba na maxa. Szkoda…

Kilka minut przed 22:00, na scenie pojawił się wreszcie sam Król oraz towarzyszący mu instrumentaliści – perkusista August Johnson, klawiszowiec oraz gitarzysta Tosten Larson, a także basistka Lee Newman. Udało mi się podejść niemal pod samą barierkę, naprzeciwko TJ Cowgilla, tak więc „schowałem” się nieco pomiędzy te dwa ryczące głośniki – może dzięki temu, odbiór koncertu był już dla mnie nieco lepszy i nie było na szczęście aż tak głośno.

Zaczęli od „Holy Christos”, który zaraz gładko przeszedł w „I Wanna Die at 69”, czyli jeden z lepszych numerów z ostatniej płyty „Sex”. Następnie, usłyszeliśmy m.in. dobrze znane „Death Won’t Take Me” oraz „Deal With The Devil”, a później znakomity „Fear is All You Know”, opóźniony jednak przez drobne kłopoty techniczne. Jak skomentował całe zamieszanie sam Dude, „Ludzie, wyluzujcie, to tylko rock ‘n’ roll!”.

W dalszej części, otrzymaliśmy jeszcze obowiązkowe „Jesus In The Courtyard”, „Silver Crucifix” czy, na sam koniec, „Miss September”. Warto jeszcze wspomnieć o zaprezentowanym na bis „Who Taught You How To Love” z gościnnym udziałem Deb Demure z Drab Majesty oraz o „Sex Dungeon (USA)” i „Swedish Boys”, zagranych jeden po drugim z taką werwą, że jakby się uprzeć, to można by rozkręcić małe pogo pod sceną.

A jaki jest sam TJ Cowgill na żywo? Przede wszystkim jest bardzo rozgadanym i dowcipnym facetem, wielokrotnie w przerwach między utworami pozwalał sobie na krótkie monologi czy wdawał się w zabawne gadki z fanami. Z czasem trwania koncertu, wyraźnie stawał się też coraz bardziej, że tak powiem, „dziabnięty”, bowiem butelka Jim Beam’a, którą napoczął dwie godziny wcześniej podczas rozmowy ze mną, na bisach była już prawie pusta. Że śpiewać umie, i to znakomicie, chyba nie muszę nikogo przekonywać…

Podsumowując, był to bardzo przyjemnie spędzony wieczór w towarzystwie zdolnych i ciekawych artystów oraz ich intrygującej muzyki. Szkoda tylko, że znaczna jego część popsuta była przez to cholerne nagłośnienie. King Dude najwyraźniej kocha Polskę, a Polska kocha King Dude’a, stąd też tak liczne wizyty Króla na naszym polskim dworze. Coś czuję, że na następną nie będziemy musieli długo czekać.

Zrób zakupy za min. 220 zł i wykorzystaj kod rabatowy 12%: METALNEWS01

Podobne artykuły

Hołd dla Pantery – relacja z koncertu Philipa Anselmo & The Illegals, Warszawa 14 lipca

Szymon Grzybowski

Relacja: Slayer, Lamb of God, Anthrax, Obituary – Łódź, 27.11.2018

Szymon Grzybowski

Relacja: The Dillinger Escape Plan, Shining – Warszawa 11.02.2017

Albert Markowicz

Relacja: Testament, Annihilator, Death Angel – Warszawa, 15.11.2017

Albert Markowicz

Relacja: Ghost, All Them Witches, Tribulation – Katowice, Spodek 30.11.2019

Szymon Grzybowski

Relacja: Obscure Sphinx, Dirge – Gdańsk, 09.05.2014

Tomasz Koza

1 komentarz

ariel 26 kwietnia 2017 at 16:38

dokładnie tak, zgadzam się również z opinią dotyczącą nagłośnienia. Wczoraj przeszło mi piszczenie w uszach.

Odpowiedz

Zostaw komentarz

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!