Image default
RELACJE

Metalliko! Teraz już wiesz, dlaczego warto nagrywać nowe płyty! – relacja z koncertu w Krakowie.


Metallica jako zespół już od dość dawna funkcjonuje na zasadach niemal korporacyjnych. Wielu to krytykuje twierdząc, że to totalna komercjalizacja muzyki. Dla innych to po prostu naturalna kolej rzeczy, która wynika z wielkości i statusu gwiazd światowej muzyki. Również koncerty Mety to raczej starannie zaplanowane i wyreżyserowane show, gdzie wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Nie ma miejsca na błędy czy fuszerkę, a wszystkie elementy są niczym procedury biurowe. I co z tego, skoro w momencie, gdy James, Lars, Kirk oraz Rob pojawiają się na scenie i zaczynają grać. Nawet osoby nastawione sceptycznie dają się porwać tej muzyce, energii i entuzjazmowi tłumu, a ten z całą pewnością wyreżyserowany i zaplanowany już nie jest.

Darmowa wysyłka w EMP Shop

Tak samo było też na koncercie Metalliki 28 kwietnia 2018 roku w Krakowskiej Tauron Arenie.

Każdy, kto był w tej hali widowiskowej wie, że wewnątrz robi ona wrażenie o wiele większej, niż wydaje się patrząc na budynek z zewnątrz. Stąd też pierwsze, co się rzuciło w oczy po wejściu do środka, była bardzo mała, wręcz skromna, stojąca po środku płyty scena. Jej rozmiar to może 10 na 10 metrów. Nad nią z kolei wisiała instalacja złożona z ruchomych sześcianów, które w trakcie koncertu przemieszczały się w górę i w dół. Pełniły one też rolę ekranów – podczas poszczególnych utworów świeciły ferią barw lub ilustrowały aktualnie grany kawałek. To właśnie na tych małych sześcianach wyświetlany był między innymi fragment filmu „Dobry, zły i brzydki” podczas „Ecstasy of Gold”.

Scena w krakowskiej Tauron Arenie, na której zagrała Metallica.
Scena w krakowskiej Tauron Arenie, na której zagrała Metallica.

Pomimo niezbyt imponującej rozmiarami sceny trzeba od razu zaznaczyć, że pod względem wizualnym, koncert Metalliki w Krakowie, jak podczas całej trasy, to prawdziwy majstersztyk. Gra świateł, kolorów, a nawet ograniczona przez fakt, że występ był grany w hali, ale jednak obecna pirotechnika, wprost hipnotyzowały.

Nie ma się jednak co oszukiwać, że ktoś z fanów przyszedł tam dla kolorowych światełek i świecidełek. Oni chcieli metalu. I dostali go! Trudno jednak powiedzieć, że z setlisty mógł być usatysfakcjonowany każdy. Zagrane utwory to przede wszystkim te z najnowszej płyty – nic to zaskakującego, w końcu to trasa promująca to wydawnictwo – oraz stare hity, głównie z lat 80 i Black Albumu. Jeśli ktoś chciał posłuchać czegoś z „Load”, „ReLoad”, „St. Anger” czy „Death Magnetic” – mógł poczuć się rozczarowany.

W Krakowie wszystko zaczęło się od „Hardwired… to self-destruct”, które świetnie sprawiło się w roli otwieracza koncertu i od razu zachęciło ludzi do zabawy.

Zaraz po tym było równie entuzjastycznie przyjęte „Atlas, Rise!”. Później jednak Metallica poleciała klasykami. „Seek and Destroy” i „Motorbreath” były z pewnością miodem na serce tych, który uważają, że zespół skończył się na „Kill’em All”. Dalej było „Fade to Black”, które zakończyło ten krótki mini-recital z pierwszej połowy lat 80., po którym zespół znów wrócił do nowości.

„Now That We’re Dead” Metallica zagrała z rozbudowanym motywem perkusyjnym w środkowej części utworu. Brali w tym udział wszyscy muzycy – uderzali w ogromne sześcienne bębny, które pojawiły się na scenie, bardzo ciekawa aranżacja. Potężnie zabrzmiało z kolei „Dream No More”- w kategorii ciężaru, mogłoby z powodzeniem konkurować nawet z „Sad But True”, które notabene również zostało zagrane w Krakowie, więc była szansa, aby porównać oba kawałki. Dalej kolejny klasyk, czyli „For Whom The Bell Tolls”.

Rewelacyjnie zabrzmiał też kolejny zaproponowany numer z ostatniej płyty, czyli „Halo on Fire”. Ta niby ballada, niby ostrzejszy numer w opinii wielu recenzentów, była jednym z najlepszych na całej płycie, na żywo tylko zyskuje.

Po niej nastąpił moment, na który wszyscy czekali.

Metallica podczas wiosennej części trasy po Europie, w każdym kraju przygotowuje specjalny utwór bliski tubylcom. W Czechach zagrano na przykład „Jożina z Bażin”. W Polsce Rob z Kirkiem zaproponowali… „Wehikuł czasu” Dżemu. Entuzjazm publiczności był większy, niż przy niejednym, autorskim kawałku Metalliki. Miły przerywnik, ciekawe wykonanie, a także wielkie ukłony dla Roba, który dzielnie poradził sobie ze śpiewaniem po polsku, w czym ochoczo wtórowała mu publiczność.

W każdej setliście na trasie znajduje się również jeden cover z pakietu Metalliki. W Polsce padło na „Die, Die My Darling” i znów publiczność dała się porwać do zabawy i śpiewania. Bardzo dobre wrażenie robiła też punkowa werwa u – bądź co bądź – ponad 50-latków na scenie.

Im bliżej końca koncertu, tym więcej było klasyków, a mniej nowych kawałków, z których zagrane zostały jeszcze tylko „Moth into Flame” oraz „Spit Out The Bone” na bis. Poza tym było wspomniane już „Sad But True”, „Creeping Death”, „One”, „Master of Puppets”, „Nothing Else Matters” oraz „Enter Sandman” na zakończenie. Zarówno pod kątem wykonawstwa, jak i reakcji publiczności – absolutna rewelacja.

W trakcie koncertu, jak i po jego zakończeniu ze sceny padało wiele ciepłych słów w stronę publiczności.

Nawet jeśli była to zwykła kurtuazja, polscy fani z pewnością nie zawiedli, z werwą reagowali na zachęty do wspólnej zabawy i śpiewania, intonowali sami z siebie, entuzjastycznie bawili się nie tylko podczas starych kawałków, ale również podczas tych nowych. Lars, już po zakończeniu koncertu, wspomniał, że Metallica grała w Polsce już w 1987 roku. Czyli odwiedza nasz kraj już od 31 lat, a każda kolejna wizyta jest wręcz coraz lepsza. Czy tak było w rzeczywistości? Na to pytanie odpowiedzieć mogą chyba tylko ci, którzy mieli szansę wziąć udział we wszystkich koncertach Metalliki w naszym kraju. Tak się akurat składa, że Lars Ulrich na nich był, więc wypada mu wierzyć.

Na koniec taka jedna refleksja. Fajnie byłoby, gdyby bardzo ciepłe i entuzjastyczne przyjęcie nowych kawałków przekonało zespół do tego, że warto nagrywać nowe płyty i serwować ludziom nową muzykę, bo 8 lat czekania na premierowy materiał to zdecydowanie za długo.

Fot. Szymon Grzybowsk
i

Podobne artykuły

Relacja: Frontside w Częstochowie

Tomasz Koza

Relacja: Vader (Back to the Black Tour), Gdynia 29.11.2012

Tomasz Koza

Relacja: The Dillinger Escape Plan, Shining – Warszawa 11.02.2017

Albert Markowicz

5 komentarzy

Aga1978 24 sierpnia 2018 at 17:33

Metallica to gwiazda wielkiego formatu, dlatego też ma dograne wszystko na tip-top. Każdy fan czeka z utęsknieniem na nowe płyty i nowe utwory, ale jest oczywiste, że ludzie, którzy dorastali z Metalliką w tle z sentymentem będą oczekiwać na koncertach starszych kawałków. Ja osobiście nie wyobrażam sobie, żeby Meta nie zagrała na koncercie „One”, „Seek and Destroy” czy „Master of Puppets”. Jednakże wybierając się na koncert promujący nową płytę chciałabym usłyszeć utwory właśnie z niej. Dlatego życzę “chłopcom” z Metalliki dużo inspiracji, werwy i chęci by dalej pieścić ucho swoich fanów nowymi majsterszykami.

Odpowiedz
broda 24 sierpnia 2018 at 18:02

Wielki zespół, pełny profesjonalizm… Jak to się mówi dinozaury jeszcze nie wyginęły. Tyle lat na scenie i żaden z koncertów nie powtórzył się ani razu. Natomist wielki szacun dla chłopaków, za Wehikuł czasu… No bo niektórych artystów nie da się “zaśpiewać”, bo byli niepowtarzalni, nituzinkowi. I jak widać, sprawdza się maksyma, że najwspanialszym dzieckiem bluesa jest rock. A jednym z najbardziej udanych dzieci jest Metallica. No cóż… Łza zakręciła się w oku.

Odpowiedz
martarysz 25 sierpnia 2018 at 10:39

Naprawdę należy się szacunek, zespół który podbił serca milionów.
Ponadpokoleniowy zespół.

Odpowiedz
Wlodarczak 13 września 2018 at 13:46

Wspaniały koncert zespołu Metallica jaki się odbył w Krakowie i WEHIKUŁ CZASU ZESPOŁU DŻEM to coś wspólnego

Odpowiedz
renia 15 września 2018 at 16:07

Wrażenie robi malutka scena, na której legendarni muzycy podbijają serca swoich starych i nowych fanów

Odpowiedz

Zostaw komentarz