Image default
RELACJE

Relacja: Slayer, Lamb of God, Anthrax, Obituary – Łódź, 27.11.2018

Niby wszyscy wiedzą, że z tą emeryturą Slayera to pewnie podpucha. Jednak fani na wszelki wypadek – gdyby jednak okazało się, że to prawda – tłumnie stawili się 27 listopada w łódzkiej Atlas Arenie na szumnie zapowiadanym ostatnim koncercie tej legendy thrashu w Polsce. I, prawdę mówiąc, nie ma znaczenia czy był to faktycznie pożegnalny występ, czy też może Slayer zagra jeszcze kiedyś w Polsce, bo w Łodzi tego dnia po prostu warto było się pojawić, posłuchać najlepszego metalu na świecie i dać całkowicie zdruzgotać swój organizm temu ciężarowi.

Zanim jednak o samym występie, jeszcze dwa słowa o chwycie z emeryturą. W 2011 roku Slayer grał w tej samej hali. W roli co-headlinera wystąpiła nie mniejsza legenda, czyli Megadeth, a jako rozgrzewacz na scenie pojawił się również polski Vader. Łódzki obiekt był wówczas wypełniony może w połowie, może trochę bardziej.

Slayer w Łodzi, 2018

Występ Slayera z listopada 2018 roku oglądała praktycznie pełna hala.

Na widowni trudno było dostrzec pojedyncze wolne miejsca, szczelnie wypełniona była też płyta. Wniosek – przynęta z ostatnim występem została podchwycona, ale nikt nie powinien mieć tego zespołowi za złe.

Slayer na scenie to dobrze naoliwiona i sprawnie działająca maszyna. Kapela wychodzi na scenę, robi swoje, nie bawi się w żadne konferansjerki, zabawy z publicznością tylko – i tu bardzo przepraszam, ale żadne inne słowo nie przychodzi mi do głowy – napierdala.

Od pierwszego do ostatniego dźwięku. Muzycy wiedzą też, które kawałki rozgrzewają publiczność do czerwoności. Pomimo tego, że wśród 19 numerów, które zespół zagrał w Łodzi, były też te z nowszych krążków – między innymi zagrane na początek „Repentless” z albumu o tym samym tytule wydanego w 2015 roku – dominowały te starsze i, nie ma co ukrywać, to właśnie na nie przede wszystkim czekali fani.

„Dead Skin Mask” było jeszcze bardziej upiorne, „Season in the Abyss” zabrzmiało jeszcze potężniej, a przy „Raining Blood”, czy „Angel of Death” publiczność była na granicy obłędu. W Łodzi świetnie zabrzmiało też „Black Magic” z debiutanckiego krążka, a główny riff wielu fanów od razu podchwyciło i bez szczególnej zachęty zaczęło intonować wraz z gitarzystami. Można dyskutować o tym, czy lepiej, żeby zagrali więcej z tej, czy z tamtej płyty – każdy ma przecież własne ulubione kawałki, ale setlista była przekrojowa z akcentem na starszą twórczość i trzeba uznać to za trafny wybór.

Darmowa dostawa w EMP Shop

Występy Slayera nigdy nie były specjalnie wielkimi produkcjami.

Tym razem jednak show było zdecydowanie większe. Oprócz fantastycznej gry świateł, z różnych miejsc sceny buchały języki ognia, które tworzyły piekielną, ale piękną choreografię do dźwięków muzyki Slayera. Raz był to pojedyncze uderzenia płomieni, innym razem niemal cała scena płonęła żywym ogniem – ogólne robiło to piorunujące wrażenie. W tle zmieniały się również płachty, których grafiki nawiązywały do różnych okresów działalności zespołu. Na końcu pojawiło się również upamiętnienie Jeffa Hannemana, które wzbudziło duży aplauz publiczności.

Slayer w hołdzie Jeffowi Hannemanowi

Brzmienie Slayera podczas koncertu w Łodzi było potężne, ale jednocześnie dało się wyłapywać niuanse. Nie był to bezmyślny szturm nagłośnieniowca na bębenki słuchaczy, a riffy i solówki nie ginęły w kanonadach perkusji. Świetnie wypadł Araya – być może nie wyciąga już „górek” takich jak w latach 80., ale wściekłością i gniewem swojego głosu mógłby obdzielić kilku wokalistów.

Koncert Slayera w Łodzi trwał niecałe 90 minut, ale nikt nie miał prawa czuć niedosytu.

Osoby, które ze zgrzytaniem zębami musiały ten wieczór spędzić w inny sposób, niż przy kojących dźwiękach „Zabójcy” na żywo i mają obawy, że taka okazja już nigdy nie wróci, niech nie tracą nadziei. Niektóre dobrze poinformowane ptaszki ćwierkają, że kapela wróci wiosną i latem 2019 roku do Europy, a jeśli tak, to czemu miałaby nie zawitać również do Polski…?

Przyjmując jednak nawet, że było to pożegnanie ze Slayerem na żywo (w co powątpiewam) nie ma mowy o smutku, czy nastroju pogrzebowym. Zespół schodzi ze sceny w świetnej formie i jeśli tak miałby zostać zapamiętany, będzie to naprawdę fantastyczne wspomnienie.

Slayer w Łodzi

Kilka słów trzeba poświęcić również supportom.

Chociaż nazywanie ich tak jest w mojej ocenie krzywdzące – Obituary, Anthrax i Lamb of God to w swoich gatunkach ekstraklasa metalu, a ich występy w Łodzi tylko to potwierdziły.

Obituary wjechało na scenę niczym czołg.

Pod swoimi gąsienicami zmiażdżyło fanów, po czym przejechało ich jeszcze raz, aby mieć pewność, że dobrze zapamiętają ten występ. Na 30-minutowy set składały się głównie klasyki z trzech pierwszych krążków formacji, a także utwory z wydanej w 2017 roku płyty o swojskim tytule, czyli… „Obituary”.

Anthrax to przede wszystkim werwa, młodzieńcza energia i świetny kontakt z publicznością.

Scott Ian komplementował zresztą polskich fanów. Wspominał dwa wydarzenia – Przystanek Woodstock, podczas którego Anthrax grał dla kilkusettysięcznego tłumu, największego w swojej karierze, a także pierwszy wspólny występ wielkiej czwórki thrashu w Warszawie w 2010 roku.

Kapela postawiła na sprawdzone kawałki. Dominowały te z „Among the Living” oraz „State of Euphoria”, czyli krążka, który w tym roku obchodzi 30. rocznicę premiery. Publiczność świetnie bawiła się przy „Anti-social”, ale zdecydowanie najciekawiej wypadł inny klasyk, czyli „Indians”.

Bardzo dobrze przyjęte zostało również Lamb of God.

Odwdzięczyło się z kolei perfekcją wykonania i przepotężnym brzmieniem. Największy entuzjazm wzbudziły zwłaszcza kawałki z albumów, które można już bez wątpienia uznać za współczesną klasykę, czyli „Ashes of the Wake” i „Sacrament”. Publiczność dała z siebie wszystko przy „Now You’ve Got Something To Die For”, „Laid to Rest”, czy „Redneck”. Na mnie największe wrażenie zrobiło natomiast „Walk With Me In Hell”. W występie również pojawił się polski akcent – Randy Blythe zadedykował utwór „512” muzykom zespołu Behemoth.

Fot. Dominika Kudła; MetalNews.pl

Podobne artykuły

Relacja: Prog in Park. Opeth, Riverside, Sólstafir, Blindead, Lion Shepherd – Warszawa, 20.08.2017

Albert Markowicz

Relacja: Einar Selvik – Poznań 04.03.2017

Lena Knapik

Relacja: Vader (Back to the Black Tour), Gdynia 29.11.2012

Tomasz Koza

1 komentarz

Omen 1 grudnia 2018 at 20:51

Artykuł rzeczowy i optymistyczny. Brawo Dominika (pamiętasz powiedziałem w Łodzi że będę pamiętał )

Odpowiedz

Zostaw komentarz