RELACJE

Relacja: Summer Dying Loud IX – Aleksandrów Łódzki, 08-09.09.2017




Od lat dużą sympatią darzę odbywający się co roku we wrześniu Festiwal Umierającego Głośno Lata. Może dlatego, że to jedyna tego rodzaju impreza, na którą mogę sobie pojechać spod domu komunikacją miejską, a może z powodu powakacyjnego przesytu wielkich festiwali po prostu miło jest wybrać się na taki kameralny event. Na pewno racja leży po środku.

Tego schyłku lata nie było więc zupełnie inaczej, może poza kilkoma niezapowiedzianymi przesiadkami między łódzkimi tramwajami (jazda na pamięć bez sprawdzenia aktualnego rozkładu skutkuje źle). Na miejsce dotarliśmy gdzieś w okolicach godziny 16:00, więc plany zobaczenia choćby skrawka występu Valkenrag można było od razu porzucić – kolejka do jedynej bramki wymiany opasek rosła z każdą chwilą to naprawdę sporych rozmiarów. Spory minus, na X edycję organizatorzy powinni pomyśleć nad załatwieniem choćby jeszcze jednej -dwóch budek temu służących.

Niezrażony udałem się na strefę gastronomiczną mijając po drodze jedną z atrakcji – kino plenerowe – które jak się okazało jest świetnym źródłem do „pożyczenia” sobie ławek na pole namiotowe. Świetnym przynajmniej według tych pożyczających. Odnośnie samej strefy gastro – organizatorzy odrobili pracę domową i po masowych narzekaniach na beznadziejne zaopatrzenie w cokolwiek zjadliwego w tym roku nie można było się ani przez chwilę przyczepić do jakości i różnorodności żarcia. Dobra robota.

Pierwszy występ, na który się udałem – Percival – nie zwiastował dobrze. O ile jestem miłośnikiem twórczości folkowców (a tym bardziej po okazji posłuchania ich w Filharmonii na trasie Wild Hunt Live), to ta muzyka absolutnie nie sprawdza się na plenerowy festiwal muzyki metalowej, tym bardziej to takiej porze dnia. Próby wstrzelenia się w gusta słuchaczy dość groteskowymi wykonanymi “Raining Blood” czy “Mother North” na instrumentach rodem ze skansenu po prostu nie wyszło, szkoda.

Z kolejnym zespołem – Sounds Like the End of the World – jest mi nieco nie po drodze, więc następne półtorej godziny spędziłem na zupełnie innych aktywnościach. Na szczęście następny na scenę wchodził Obscure Sphinx. Pierwszy raz miałem okazję słuchać ich na żywo dwa lata temu właśnie na “Summer Dying Loud” i wtedy byłem oczarowany, dlatego nadzieje związane z tym powrotem na moje lokalne deski miałem ogromne. I co mogę powiedzieć – ani trochę się nie zawiodłem. Zespół – obecnie grający jako kwartet – sprostał nie tylko moim oczekiwaniom, chyba nie zdarzyło mi się usłyszeć jakiegokolwiek głosu zawodu do końca festiwalu. Wielebna i ekipa wciąż promuje ostatni album “Epitaphs”, który, mimo że zdobył szerokie uznanie, to również zebrał w sieci mieszane opinie. Ten występ jednak bez wątpienia udowodnił znakomity poziom tego wydawnictwa. Czapki z głów, proszę państwa.

Przyczyny dość prozaiczne zmusiły mnie do pominięcia występu Traumy, a szkoda, bo ci co byli dość spójnie mówią o wysokiej jakości występie. Mam nadzieję, że szybko uda mi się odrobić tę nieobecność.
Nadszedł czas na pierwszego headlinera – Wikingów z Unleashed. Po ogłoszeniu tej kapeli na SDL cieszyłem się jak głupi do sera. Taka kapela, prawie że pod domem! Tego nie można było odpuścić. Dość szybko udałem się pod scenę, aby znaleźć się tak blisko jak tylko to możliwe. Szwedzi zaserwowali długiego seta złożonego z samych hitów z całego przekroju dyskografii. W zasadzie na papierze wygląda to jak składanka idealna. A jednak… czegoś mi w tym koncercie zabrakło. O ile na wcześniejszych koncertach nie mogłem ani trochę przyczepić się do brzmienia, to na Unleashed coś cały czas mnie gryzło w ucho. I nie był to komar z pobliskiego lasu. Widziałem Unleashed już wcześniej kilka lat temu i wtedy nie miałem żadnych zastrzeżeń. Najgorsze, że nie umiem sprecyzować co mi nie pasowało. Może to, że wydawało mi się jakoby muzykom brakowało nieco chęci do grania tego koncertu, może dźwiękowiec przekombinował, może wokal nie domagał. Niestety to tylko moje domniemania, których sam do końca nie jestem pewny. Z pewnego powodu zakodowało mi się, że było to koncert na tak zwane 6+/10. Niby wszystko poprawnie, niby set świetny, niby całość zgrana, ale pewien niedosyt pozostał.

Unleashed - Summer Dying Loud IX

Szwajcarski Schammasch grający w nocy na zakończenie pierwszego dnia festiwalu był do czasu wejścia na scenę dla mnie całkowitą niewiadomą. Nie znałem twórczości, a na koncert udałem się tylko dla tego, że black metal i że Szwajcaria, a te dwa terminy zwykle bardzo zgrabnie do siebie pasują. I absolutnie miałem rację. Schammasch zaczarował. Mantryczny, dość powolny, atmosferyczny black metal. Zaskakujący pod wieloma względami, choćby czysty miejscami wokal przypominający bardzo barwą głos nieodżałowanego Davida Golda z Woods of Ypres. Polecam sprawdzić, na pewno warto czekać na ich kolejny, już czwarty album. Na żywo niesamowita sztuka.

Schammasch - Summer Dying Loud 2017

Po fantastycznych atrakcjach dnia pierwszego, czy to na koncertach czy poza nimi pierwszym występem, na który dotarliśmy resztkami sił był koncert In Twilight’s Embrace. Kto choć raz widział występ poznaniaków ma na pewno pojęcie z jakim niesamowicie silnym ładunkiem sonicznym mamy tu do czynienia. Zgrabnie spleciony black/death metal na kacu smakuje zawsze dobrze, a w wykonaniu tej kapeli – przynajmniej znakomicie.

Kolejnym obowiązkowym punktem w moim harmonogramie koncertowym był naturalnie legendarny Sodom. Niejednokrotnie bywając na koncertach niemieckich pionierów teutonicznej sceny nie trudno przeoczyć fakt jakim kultem jest otoczona ta kapela w naszym kraju. Polskie flagi z logiem zespołu na pewno zawsze robią wrażenie na muzykach przyjeżdżających występować na naszych imprezach. Niejednokrotnie muzycy Sodom też podkreślali jak bardzo lubią grać dla polskiej publiczności – przyjęcie zawsze rodzimi miłośnicy thrashu przygotowują im bardzo solidne. Ich radość i zadowolenie biły oczywiście też ze sceny z każdym dźwiękiem i można było odnieść wrażenie, że z każdym kawałkiem są one co raz większe. Standardowo Niemcy zaserwowali publiczności w Aleksandrowie świetnie dobrany zestaw szlagierów, które co drugi obecny pod sceną fan odśpiewywał razem z nimi. Na zakończenie w ramach uznania organizatorzy podarowali na dłonie zespołu pamiątkową kamienną statuetkę. Miły gest, który na pewno będzie długo wspominany przez kapelę.

Sodom - Summer Dying Loud 2017

Ostatnim występem, który miałem wielką przyjemność widzieć na tegorocznym Summer Dying Loud był islandzki Sólstafir. Wcześniej widziałem jedynie raz przy okazji festiwalu Brutal Assault, lecz tam, grając dla olbrzymiej publiczności na dużym terenie i w świetle wysokiego słońca występ dużo stracił ze swojej magii i niespecjalnie śpieszyło mi się na kolejny koncert wyspiarzy. Jak mylne było moje podejście. To, co Sólstafir zaprezentował na aleksandrowskich deskach, można opisać tylko w jeden sposób – magia. Niesamowicie silny ładunek emocjonalny niesiony przez dźwięki ich muzyki to jedyne w swoim rodzaju przeżycie. Odbiór przez publiczność również był niesamowity. Charyzmatyczny frontman Aðalbjörn Tryggvason z pewnością go odczuł, dając to poznać choćby przez zejście podczas koncertu do fosy przybijać z ludźmi piątki i robiąc wspólne zdjęcia. Sam ze sceny ciepło wspominał wcześniejsze koncerty Sólstafir w Polsce. I choć tęsknię czasem do wczesnych dokonań studyjnych zespołu, tak nie potrafię nijak wyobrazić sobie koncertu Sólstafir inaczej niż tak, jak miałem okazję w zeszłą sobotę. Jeden z najlepszych koncertów, jaki miałem okazję przeżyć przez ostatnie lata.

Sólstafir - Summer Dying Loud 2017

Tym samym zakończył się dla mnie mój kolejny, dziewiąty już festiwal Summer Dying Loud. I choć sam mam okazję obserwować rozwój imprezy regularnie dopiero od lat pięciu, tak nie sposób odmówić organizatorom serca, które wkładają w to przedsięwzięcie. Impreza rośnie, każdego lata widać więcej i więcej ludzi ściągających na festiwal z całego kraju. Całość wciąż jednak nabiera dopiero szlifu i bardzo mocno kibicuję wszystkim, którzy dokładają choćby trochę swojej pracy w to wydarzenie. Za rok dziesiąta edycja. Fani już teraz między koncertami prześcigali się w pomysłach kto zostanie zaproszony na edycję jubileuszową. Tego przez dłuższy czas jeszcze się nie dowiemy, ale już dziś mocno trzymajmy kciuki, a za kilka lat Summer Dying Loud będzie naprawdę wielki. Do zobaczenia za rok!

Fot. Mateusz Kluba – Infernal Impressions


Podobne artykuły

Relacja: Frontside (Rock ‘n’ roll Tour) – Gdańsk, 29.03.2014

Tomasz Koza

Relacja: Slayer, Lamb of God, Anthrax, Obituary – Łódź, 27.11.2018

Szymon Grzybowski

Relacja: 3-Majówka, Wrocław 1-3.05.2017

Albert Markowicz

Zostaw komentarz