Image default
RELACJE

Relacja: Testament, Annihilator, Death Angel – Warszawa, 15.11.2017

Wyprzedawane jeden za drugim koncerty, bardzo dobra i świetnie przyjęta ostatnia płyta „Brotherhood Of The Snake”, a także niesłabnące zainteresowanie ze strony fanów. Zespołowi Testament, pomimo słusznego stażu i 30 lat bycia na scenie, daleko jeszcze do muzycznej emerytury, o czym można było przekonać się 15 listopada w warszawskiej Progresji. To samo zresztą powiedzieć można o towarzyszących kapeli na tej trasie Death Angel i Annihilator, zanosiło się więc na prawdziwą thrash metalową demolkę. Jak wypadło to w praktyce? O tym dowiecie się z poniższej relacji.

Wieczór ten był dla mnie szczególny, bowiem zanim jeszcze wszystko na dobre się rozpoczęło, miałem okazję wejść za kulisy i uciąć sobie małą pogawędkę z gitarzystą Testament i prawdziwym wirtuozem tego instrumentu, Alexem Skolnickiem. Zapis wywiadu ukaże się niedługo na łamach MetalNews.pl, zdradzę tylko, że Alex okazał się być bardzo otwartym rozmówcą.


Bądź jak Twoi znajomi, bądź na bieżąco.


Przejdźmy jednak już do samego występu, bowiem to on stanowi właśnie temat tego tekstu. Koncert był wyprzedany, tak więc w Progresji było bardzo, bardzo tłoczno. Nic dziwnego więc, że już o 19:00 podczas występu Death Angel, sala była szczelnie wypełniona, a pod sceną od samego początku szalał dziki młyn. Zauważył to wokalista grupy, Mark Osegunda, który między utworami wielokrotnie chwalił oddanie polskiej publiczności oraz zapewniał, że fani z innych krajów mogliby się od nas tylko uczyć. Wtórował mu potem jeszcze na Instagramie gitarzysta Rob Cavestany, który napisał, że był to jak na razie najlepszy koncert na tej trasie (halo Wrocław – challenge accepted?). Energia tłumu bardzo udzieliła się zespołowi, który dawał czadu i widać było, że świetnie się w Warszawie bawił. Panowie zagrali „Father Of Lies” i „The Moth” z ostatniego krążka „The Evil Divide”, a z rzeczy nieco starszych usłyszeliśmy między innymi „Claws In So Deep” czy „The Ultra Violence”.

Następni w kolejce byli Kanadyjczycy z Annihilator, którzy promują na tej trasie wydany trzeciego listopada album „For The Demented”. Uśmiechnięty Jeff Waters wraz z ekipą skutecznie podtrzymali płomień rozpalony przez poprzedników, tak więc temperatura w klubie nie ostygła ani przez moment. Muzycy raczyli nas zarówno kawałkami z nowej płyty („Twisted Lobotomy”), jak i klasykami, z „King Of The Kill” i najlepiej przyjętym przez publiczność „Alison Hell” na czele. Po około 50 minutach było już po wszystkim i pozostało nam jedynie czekać na główną gwiazdę wieczoru.

Te pół godziny przerwy między kapelami dłużyło się potwornie, techniczni co chwila wychodzili na scenę sprawdzać czy wszystko jest w porządku, a fani pod nią z niecierpliwością wyczekiwali swoich ulubieńców. Wreszcie są, uśmiechnięci Alex Skolnick i Chuck Billy, skupiony Steve DiGiorgio i schowany za potężnymi bębnami Gene Hoglan. Zaczęli tak jak na ostatniej płycie, od numeru tytułowego „Brotherhood Of The Snake”, potem od razu „Rise Up”, „Pale King” i „Centuries Of Suffering” oraz pierwszy ze starych klasyków tego wieczoru, „Electric Crown”. Trzeba przyznać, otwarcie imponujące. Dalej, usłyszeliśmy jeszcze między innymi „Into The Pit, „Low” „Stronghold” z nowego albumu, „Throne Of Thorns”, „The New Order”, obowiązkowe “Practice What You Preach” czy zagrany na koniec, mega oldschoolowy, „Over The Wall” z debiutanckiego „Legacy”. Każdy z instrumentalistów miał też swoją solówkę między piosenkami, Skolnick i Peterson popisywali się shreddingiem, Steve DiGiorgio bawił się basem oraz różnymi efektami dźwiękowymi, a Gene Hoglan zaprezentował moc swojego imponującego zestawu. Chuck Billy z kolei, tradycyjnie już bawił się w trzeciego gitarzystę, w każdej wolnej chwili udając, że wyciska ze swojego statywu na mikrofon ostre solówki. Tak samo jak to było w przypadku poprzedników, na płycie cały czas szalał potężny młyn, który uspokajał się tylko podczas indywidualnych popisów muzyków oraz w momentach spokojniejszych, których jednak – umówmy się – za wiele nie było. W pewnym momencie też na scenie wylądowała polska flaga, którą pod koniec występu z dumą eksponował Chuck, co jeszcze bardziej tylko podkreśliło świetną atmosferę, jaka panuje między zespołem a jego zwolennikami.

W porządku, czy był to zatem koncert udany? Całościowo, należy powiedzieć, że tak. A czy był idealny? Niestety jednak – nie. Znowu tematem do dyskusji pozostanie nagłośnienie. Czytałem bardzo niepochlebne opinie na temat jakości dźwięku na środowej sztuce, niektórzy ludzie wręcz zdegustowani wychodzili z klubu przed końcem setu. Powiem tak, sam osobiście nie mam jakichś bardzo poważnych zastrzeżeń, chociaż zgadam się, że mogło i powinno być lepiej. Wydaje mi się, że paradoksalnie Testament zabrzmiał najgorzej ze wszystkich trzech grających tego wieczoru kapel, a od grupy tej klasy mamy prawo oczekiwać najwyższej jakości. Momentami, całość tak jakby zlewała się w jeden hałas, na czym cierpiał też wokal Chucka, który ginął gdzieś za tą ścianą dźwięku. Tak naprawdę nie ważne jednak, który zespół wypadł na tym polu lepiej, a który gorzej – taka dyskusja w ogóle nie powinna mieć miejsca, mówimy przecież o mistrzach metalowego grania.

Warszawski występ Testament, Annihilator i Death Angel za nami, teraz formę legend thrash metalu będą mogli przetestować fani z Wrocławia. Ten koncert również jest wyprzedany, także myślę, że o atmosferę możemy być spokojnym. Zobaczymy, jak będzie z innymi rzeczami.

Podobne artykuły

Relacja: Manowar – Katowice, 17.05.2014

Tomasz Koza

Relacja: Behemoth w Gdańsku, 22.11.2013

Tomasz Koza

Relacja: Agnostic Front, All For Nothing, Fight Them All, Dintojra – Wrocław, 13.07.2017

Albert Markowicz

3 komentarze

Robert 17 listopada 2017 at 17:11

Czekałem, czy autor napisze coś o nagłośnieniu Testamentu. Niestety przez to gwiazda wypadła najsłabiej. Perkusja przykryła resztę, a wokalu nie było momentami słychać. Naprawdę szkoda, bo koncert mógł być o wiele lepszy. Pierwszy raz byłem w Progresji, więc nie wiem czy to wina sali czy nagłośnienia. Pozdrawiam.

Odpowiedz
MK 18 listopada 2017 at 10:12

We Wrocławiu na Testament stopki były tak zbasowane, że zatrzymywały akcję serca i nic nie było słychać. Sytuację ratowały starsze kawałki, nie tak gęste na stopach. Testament brzmiał najgłośniej i zdecydowanie najgorzej.

Odpowiedz
Thrash_Lover 19 listopada 2017 at 14:15

Niestety we Wrocławiu było to samo. Perkusja Testamentu przykrywała resztę, a wokal był ledwo słyszalny. Szkoda. Nie po to chodzę na koncerty, żeby słuchać bass drumu jak na jakimś techno party. Natomiast Death Angel i Annihilator brzmieli normalnie.

Odpowiedz

Zostaw komentarz