Image default
SPECJALNE

Koniec romansu z NWoBHM – 35. rocznica wydania „Defenders of the Faith” Judas Priest

Judas Priest często zaliczany jest do grona zespołów z New Wave of British Heavy Metal. Trudno uznać to za prawidłową klasyfikację, bo Judasi swoją karierę zaczęli jeszcze w latach 60. jako kapela hard rockowa, która dopiero z czasem zwracała się w kierunku heavy metalu.

Jednak zaliczenie kapeli do ruchu NWoBHM ma również swoje uzasadnienie. Judas Priest wyczuli koniunkturę i świetnie wpisali się w tę falę – końcówka lat 70. i pierwsza połowa lat 80. to czas największej popularności i wielkiego sukcesu komercyjnego. Zwieńczeniem i zamknięciem tej ery jest wydanie albumu „Defenders of the Faith”, które miało miejsce 4 stycznia 1984 roku.

Judas Priest to zespół – kameleon.

Idealnie wtapia się w otoczenie i umie dostosować się do panujących wokół warunków. Zawsze jednak pozostaje w tym wiarygodny i stylowy. Takich zmian czy raczej korekt kursu było w historii zespołu kilka. Jednak ta, która sprawiła, że do dziś zespół cieszy się wielkim uznaniem fanów na całym świecie, nastąpiła w 1980 roku w raz z wydaniem krążka „British Steel”. Album nawet tytułem nawiązywał do przybierającej wówczas na sile New Wave of British Heavy Metal. Jednak samo utożsamianie kapeli z tym ruchem byłoby nieistotne, gdyby na albumie nie było po prostu dobrej muzyki.

„British Steel” było jednak prawdziwą kopalnia metalowych przebojów w zupełnie nowym stylu – utwory tam były proste, od razu wpadające w ucho i wprost stworzone do odgrywania ich na koncertach przy akompaniamencie gardeł tysięcy fanów. Judas Priest weszło z impetem do mainstreamu i z miejsca stało się w owym czasie jedną z największych gwiazd metalu na świecie.

Trzeba było kuć żelazo, póki gorące i dostarczyć fanom kolejnej porcji metalowych hitów.

Jednak „Point of Entry” nagrany w 1981 roku rozczarował. Był gorszą kopią „British Steel” – z podobną charakterystyką utworów, ale bez ich zadziorności i przebojowości. Jednak trasa koncertowa promująca album okazała się wielkim sukcesem (jako suporty w różnych częściach świata grały m.in. Iron Maiden, Saxon, Whitesnake, Def Leppard czy Accept), więc głód muzyki Priest u fanów był duży.

Rob Halford i spółka wykorzystali to najlepiej, jak mogli wydając album, który dziś jest absolutną klasyką nie tylko Judas Priest, ale ogólnie muzyki metalowej, czyli „Screaming for Vengeance”. Album w ciągu niecałego roku sprzedał się w ponad milionowym nakładzie w USA, a utwór „You’ve Got Another Thing Comin’” stał się hitem wielu komercyjnych rozgłośni radiowych. Wielce udana okazała się też trasa koncertowa. W 1983 roku Judas Priest było na szczycie – żaden inny zespół w owym czasie nie mógł się z nimi równać.

Ta przydługa historia została przypomniana, aby pokazać, przed jak trudnym zadaniem stało Judas Priest w momencie przystąpienia do prac nad „Defenders of the Faith”. W momencie wydania złośliwi mówili, że to „Screaming for Vengeance II”. Jest w tym trochę racji, bo kapela postanowiła nagrać album dokładnie w tym samym studiu, w którym rejestrowała poprzedni krążek, co wiązało się z pewnymi niedogodnościami. Właściciel studia na Ibizie popadł bowiem w problemy finansowe, a jego biznes był na granicy upadku. W zasadzie tylko dla Judas Priest ponownie je otwarto. Kapela była jednak wówczas pierwszej wielkości gwiazdą i mogła pozwolić sobie na takie kaprysy.

W momencie wydania, na samym początku stycznia 1984 roku album zbierał same pochlebne recenzje, ale jednocześnie podkreślano, że na pewno nie jest lepszy od poprzedniego krążka. Mówiono między innymi o braku hitu takiego, jakim było „You’ve Got Another Thing Coming”. Czy to w pełni uzasadnione sądy, każdy musi ocenić samodzielnie. Nie ulega jednak wątpliwości, że „Defenders of the Faith” stało na bardzo wysokim poziomie, a brak radiowego hitu rekompensował… hit telewizyjny. Innowacyjny teledysk do „Freewheel Burning” bardzo często gościł na antenie zdobywającej wówczas coraz większą popularność stacji MTV.

Na krążku nie brakowało też nowych elementów.

Wspomniany już utwór „Freewheel Burning” oraz „Eat Me Alive” przenosiły muzykę Judas Priest na wyższy poziom ciężaru, agresji i tempa. Czyżby Glenn Tipton i K.K. Downing nasłuchiwali wówczas rodzącego się thrashu? Niewykluczone. Obok tego jednak pojawiły się też elementy elektroniczne – między innymi w bardzo popularnym „Love Bites”. Elektronika ta była wówczas jeszcze bardzo subtelna, ale pomału wskazywała formę, którą Judas przyjmie na następnym albumie.

Fani znów nie zawiedli, a album w ciągu zaledwie trzech miesięcy pokrył się złotem w USA, a w 1988 roku platyną, co oznaczało milion sprzedanych egzemplarzy. W kilkunastu krajach album rejestrowany był na listach bestsellerów – w Szwecji dotarł nawet do drugiego miejsca.

Wraz z wydaniem albumu, Judas Priest ruszył w kolejną trasę koncertową.

Ta była prawdopodobnie najbardziej intensywna w historii – od połowy stycznia do września Judas Priest dało ponad 100 występów, głównie w Stanach Zjednoczonych, ale również w Zachodniej Europie i Japonii. Zespół wyprzedał między innymi do ostatniego miejsca słynną halę Madison Square Garden w Nowym Jorku.

Wielki sukces tamtego czerwcowego wieczoru został jedna trochę przyćmiony zachowaniem fanów, którzy zdemolowali halę, a koszt zniszczeń oszacowano na ćwierć miliona dolarów. Zarządca hali zapowiedział, że Judas Priest nigdy więcej w Madison Square Garden nie zagra i słowa dotrzymał. Pomimo tego, że kapela od tamtej pory odwiedzała miasto kilka razy, nigdy więcej nie wystąpiła w MSG.

Wysoka intensywność 1984 roku sprawiła, że Judas Priest w 1985 roku zagrał tylko raz – na Live Aid.

Kolejną płytę – w zupełnie innym, bardziej komercyjnym i elektronicznym stylu, czyli „Turbo” – zespół wydał w 1986 roku. Ta zdobyła jeszcze spore uznanie fanów i dobrze się sprzedała, ale miała zdecydowanie gorsze recenzje.

„Defenders of The Faith” można uznać zatem za zwieńczenie okresu największych sukcesów Judas Priest.

Dziś to klasyka metalu bez żadnych wątpliwości. Album bardzo równy i ważny w dyskografii zespołu, choć dla wielu na pewno nie najlepszy. Zwolennicy bardziej komercyjnego wcielenia Judas Priest wskażą jako ten najlepszy „Screaming for Vengeance”, a ci, którzy bardziej doceniają metalową szorstkość i zadziorność – „Painkiller”. A czy są tacy, dla których to „Defendres of the Faith” jest numerem jeden? Nie ma ku temu najmniejszych wątpliwości.

Podobne artykuły

To będzie thrash metalowe święto. Testament, Death Angel i Annihilator na dwóch koncertach w Polsce

Albert Markowicz

Konkurs dla prawdziwych wikingów, wygraj bilety na koncert Amon Amarth!

Tomasz Koza

Ekskluzywny, przedpremierowy odsłuch debiutanckiego albumu Misanthropic Rage!

Tomasz Koza

Zostaw komentarz