Strona główna » Nie taki synthpop straszny? 20 rocznica wydania “Host” Paradise Lost
SPECJALNE

Nie taki synthpop straszny? 20 rocznica wydania “Host” Paradise Lost

Fatalna, najgorsza w dorobku, beznadziejna… Te i tym podobne epitety można było usłyszeć przed 20 laty, gdy siódmy studyjny album Paradise Lost ujrzał światło dzienne. Padały stwierdzenia, że grupa wypaliła się jako zespół metalowy. W tym ostatnim zdaniu może być ziarno prawdy, o czym w dalszej części tekstu.

Tak czy inaczej, naładowany elektroniką krążek, wśród fanów “Gothic” czy “Draconian Times” faktycznie mógł budzić mieszane uczucia. Ale czy rzeczywiście jest taki zły? Czy rzeczywiście jest na nim aż tak dużo elektroniki?

W stronę łagodności.

Paradise Lost na początku lat 90-tych, wraz z Anathemą i My Dying Bride tworzyli podwaliny doom metalu. Jednak bardzo szybko prymitywne, zwaliste kompozycje zaczęły ustępować miejsca bardziej wyrafinowanym dźwiękom. Każda kolejna płyta Paradise Lost jest trochę łagodniejsza od poprzedniej. Na każdej kolejnej płycie jest więcej przestrzeni i więcej melodii. Mogło się wydawać, że nic bardziej melodyjnego i “radiowego”, niż promujący płytę “One Second” utwór “Say Just Words”, zespół już nie nagra. Ku zaskoczeniu, nagrał dwa lata później.

W wywiadzie z 2007r. Nick Holmes, wokalista grupy wspominał:

W czasach “Host” i “Believe In Nothing” nie bardzo wiedzieliśmy dokąd zmierzamy, mieliśmy poważny dylemat.

Nick Holmes

Jednak patrząc na drogę, jaką Paradise Lost przebył od debiutanckiego “Lost Paradise”, oczywiste jest, że grupa konsekwentnie podążała obraną ścieżką łagodzenia brzmienia i nagrywania coraz bardziej przystępnych, radiowych płyt. Jednak ten kierunek nie każdemu się podobał.

Zespołowi Paradise Lost obrywało się za wszystko.

Za okładkę „Host”. Bo niemetalowa. Bo jakieś nowe, nijakie logo bez pazura, pasujące być może do Smashing Pumpkins, ale przecież nie do “Paradajsów”. Za wygląd. Bo krótkie włosy, bo “depeszowa” stylówa. Za “sprzedanie się”. Bo jak śmieli podpisać kontrakt z wytwórnią EMI! To przecież obrzydliwy syf i “komercha”, której trvemetalowcy powinni się wystrzegać! Za teledyski. Bo takie klipy z mizdrzącą się panienką w lateksie i jakimiś głośnikami może Placebo nagrywać, ale przecież nie Paradise Lost. Za wokal. Bo Nick stracił swoją “hetfieldową” manierę i śpiewa teraz jakieś smęty. Jednak przede wszystkim, grupie obrywało się za muzykę. Bo ten „Host” to jakaś drętwa popelina kradziona od Depeche Mode. No i, co najgorsze, na tej płycie nie ma przecież gitar!! Same klawisze, syntezatory i komputery!


Paradise Lost nagrywa.

Album powstawał w okresie pomiędzy wrześniem 1998r., a lutym 1999r., w kilku różnych lokalizacjach. Oprócz 262 Studios, grupa nagrywała w Haremere Hall – pochodzącym z XII wieku budynku na południu Anglii oraz w Great Linford Manor, XVII-wiecznej posiadłości zaadaptowanej na potrzeby studia nagraniowego.

W Great Linford Manor, oprócz Paradise Lost nagrywali m.in. Johnny Rotten, Skunk Anansie, John Porter, Electric Light Orchestra czy Oasis. Za produkcję “Host” odpowiadał Steve Lyon, znany ze współpracy z Recoil, czy przewijającym się ciągle w tym tekście, Depeche Mode. Efektem trwających blisko pół roku prac, jest album, który nawet dziś u fanów zespołu może budzić skrajne emocje.

Jak to jest z tą elektroniką?

Przyglądając się płycie bliżej, okazuje się, że elektroniki i komputerów jest na “Host” mniej, niż może się początkowo wydawać. Owszem, programowana perkusja nieustannie wspiera Lee Morrisa w nadawaniu rytmu, owszem, słychać syntezatory, jednak “napakowanie” płyty elektroniką właściwie… na tym się kończy.

Zastrzyk gotówki od EMI pozwolił zespołowi na zaangażowanie całego sztabu muzyków. Wszelkie smyczki, jakie słychać na płycie to autentyczne wiolonczele, altówki i skrzypce, na których, na potrzeby “Host”, zagrało łącznie dwanaście osób. Należy tu wymienić choćby Sue Dench, czy Chrisa Tomblinga, który może się pochwalić współpracą między innymi z The Cure, Nickiem Cavem czy grupą Nightwish.

Jeżeli do listy osób pracujących nad albumem dodać wokalistkę Shereenę Smith i sam zespół, okaże się, że “Host” i owszem, jest napakowana, ale muzykami, których razem jest aż osiemnaścioro!

“Ten album jest bardzo ciężki”

Tymi słowami Greg Macintosh, gitarzysta i główny kompozytor grupy, opisał “Host”. Odniósł się, rzecz jasna, nie do samej muzyki, ale do przytłaczającej, minorowej atmosfery krążka. W podobnym tonie o „Host” wypowiadał się Aaron Aedy, drugi gitarzysta Paradise Lost. Album określił, jako ciężki i ponury. A muzyka, z racji pełnego mroku i melancholii nastroju, z racji ponurej atmosfery, była przez prasę porównywana do dokonań New Order czy Depeche Mode. Oddajmy ponownie głos Gregowi:

(…) rzecz w tym, że są to grupy elektroniczne, które zwróciły się ku rockowemu graniu. Dołączyły gitary do swojego brzmienia. My poszliśmy w odwrotnym kierunku. Jesteśmy grupą gitarową, która coraz chętniej sięga po instrumenty klawiszowe. Nie staramy się brzmieć jak ktokolwiek. Przeciwnie. Chcemy różnić się od innych tak bardzo, jak to tylko możliwe.

Greg Macintosh

Czy faktycznie „Host” tak bardzo się różni?

Można polemizować w kwestii tego, w jakim stopniu grupie udało się odróżnić od innych. Wszak “Host” była nawet nazywana najlepszą płytą Depeche Mode, jakiej ten zespół nie nagrał. Tym niemniej, swoją wypowiedzią Greg Macintosh starał się ostatecznie uciąć wszelkie dyskusje na temat obecności gitar na płycie. I choć próżno szukać na “Host” masywnej ściany brutalnych riffów, to nie znaczy, że gitary zostały z muzyki Paradise Lost całkowicie wyrugowane.

Inaczej, ale tak samo.

Na płytę składa się trzynaście kompozycji trwających łącznie 53 minuty. Choć muzyka na “Host” jest dużo subtelniejsza, niż na wcześniejszych płytach zespołu, tematyka utworów pozostaje podobna. Wystarczy rzucić okiem przykładowo na teksty “True Belief” i “Permanent Solution”.

W pierwszym Nick śpiewa, że wszystko czego chce, to prawdziwa wiara. W drugim: “Panie, czuję, że próbowałem bardziej, niż bardzo (…), to bezużyteczny wysiłek prowadzący do rozwiązania…”. W obu widzimy człowieka w jakiś sposób uszkodzonego przez życie, poszukującego swojego miejsca na świecie, a melancholia i ból nieustannie mu towarzyszą. I choć albumy “Icon” i “Host” dzieli sześć długich lat, choć środki wyrazu na “Host” drastycznie różnią się od wykorzystywanych wcześniej – nastrój płyty i jej wymowa pozostają niezmienne.

Świadomość zmian.

Może to nadinterpretacja, ale zespół wydaje się być w pełni świadomy zachodzących w nim zmian stylistycznych. W “In All Honesty” słyszymy “usiądź i świętuj dobre czasy przemian”, w “So Much Is Lost”: “całe moje życie się zmienia (…), tak wiele stracone, tak wiele dysharmonii”. Można polemizować czy teksty odnoszą się do wcześniejszych dokonań Paradise Lost, czy dotyczą czegoś zupełnie innego. Tak, czy inaczej…

…nawet wśród członków grupy Paradise Lost, album budzi różne emocje.

W wywiadzie z sierpnia 2018r. Aaron Aedy mówił, że uważa „Host” za świetną płytę, ale źle, płasko, zbyt „popowo” wyprodukowaną. Wspominał, że gdy zespół grał utwory z „Host” na żywo, brzmiały one dużo masywniej i dużo bardziej gitarowo. Jednocześnie podkreślił, że praca nad albumem była dla niego bardzo interesującym doświadczeniem, ponieważ miał okazję używać efektów, z jakich we wcześniejszych latach nie korzystał.

Czy „Host” ma taki kształt, bo naciskała wytwórnia?

Po premierze “Host” pojawiały się głosy, jakoby Paradise Lost nagrali “popową” płytę pod naciskami nowej wytwórni. Muzycy zespołu są zgodni, że EMI nie miała wpływu na kształt albumu. Aaron stwierdził wprost, że gdy materiał trafił do wytwórni, reakcją było zaskoczenie. Jego zdaniem EMI oczekiwała dużo cięższej płyty, a kształt „Host” spowodował… problemy z dystrybucją. Na przykład w Norwegii, ponieważ zdaniem EMI tamtejszy rynek oczekiwał od Paradise Lost czegoś dużo cięższego.

Jak to jest z tym kierunkiem?

Pisałem wcześniej, że zdaniem Nicka Holmesa, zespół nie wiedział na przełomie wieków, w którą stronę podążyć ze swoją muzyką. Kłam tym słowom zadaje Greg Macintosh, który mówił:

Występowałem z wieloma zespołami, które na przestrzeni lat odgrywają w kółko praktycznie ten sam album. Tak naprawdę już nawet nie lubią stylu, w jakim grają. Dla mnie to jakaś tortura.

Greg Macintosh

Widać więc, że przynajmniej część grupy na pewno potrzebowała zmian i wiedziała doskonale, w jakim kierunku chce podążyć – innym, niż dotychczas. Poza tym, powyższe słowa Grega również jednoznacznie obalają tezę o nagrywaniu pod naciskami wytwórni.

„Host” ponad krytyką.

Album poświęcony zmarłemu ojcu wokalisty, zbierał różne opinie, z przewagą tych krytycznych. Sami zainteresowani zdawali się nie przejmować reakcjami na ich najnowsze dziecko.

Gdybyśmy się przejmowali, skończylibyśmy jak Kurt Cobain. Nie byłem zaskoczony, gdy popełnił samobójstwo, na jego miejscu być może zrobiłbym to samo, jestem w stanie zrozumieć tamtą sytuację.

Nick Holmes

W dalszej części wypowiedzi wokalista podkreślił, że ma jednak w sobie bardzo dużo ambicji i wewnętrznej siły, którą ukrywa głęboko pod przykrywką cynizmu. Grupę określił mianem zespołu potwornych, patologicznych cyników, akceptujących sukces tylko na swoich własnych warunkach. Albo wcale.

Tymi słowami Nick Holmes odciął się od wszelkiej krytyki, która spływała z niemal każdej strony i która zdawała się zupełnie nie przeszkadzać grupie. Również w aktywnym koncertowaniu. W ramach promocji płyty, Paradise Lost zagrali podczas europejskiej trasy koncertowej blisko 70 koncertów, także w Polsce. Kwintet z Halifax wystąpił wówczas na deskach warszawskiej Proximy.

Promocja płyty “Host”.

Album był promowany dwoma singlami. Pierwszym był otwierający płytę utwór “So Much Is Lost”. Drugim – “Permanent Solution”. Zwłaszcza ten drugi zasługuje na uwagę. Na tzw. stronie B, obok miernych remiksów, które bez żalu można ominąć, znalazły się trzy nagrania zarejestrowane na żywo podczas Taubertal Festival w 1999r. Jako, że nie ukazał się żaden oficjalny album koncertowy Paradise Lost z tego okresu, te trzy utwory to rzadka, choć na szczęście nie jedyna okazja, by usłyszeć, jak kompozycje z “najgorszej płyty Paradise Lost” brzmią na żywo.

“Host” po latach.

Na kolejnych albumach zespół stopniowo wracał do coraz mocniejszej muzyki. A i kompozycje z siódmej płyty Paradise Lost wypadły z czasem z koncertowej setlisty. Wyjątkiem jest singlowy “So Much Is Lost”, do którego grupa okazyjnie wraca. Podczas koncertu w londyńskim klubie Koko (wydanym w 2008r. pod tytułem “The Anatomy Of Melancholy”), Nick Holmes zapowiedział ten utwór, jako pochodzący z “kontrowersyjnego albumu “Host”.

W 2018r., w czasie renesansu płyt winylowych, siódmy album Paradise Lost został po raz pierwszy w historii wydany na tym nośniku.

A co Wy sądzicie o „Host”?

Czy po dwudziestu latach płyta nadal szokuje? Czy nadal budzi tak skrajne emocje? Czy nadal jest uważana za najgorszą w dorobku? A może fani jednak przekonali się do „popowego” albumu swoich idoli? Zapraszamy do dyskusji o „najgorszej płycie Paradise Lost”.

Źródła: ParadiseLost.pl, Blabbermouth

Podobne artykuły

Gniazdo węży i aksamitne rewolwery, czyli top 5 płyt z udziałem Saula Hudsona

Mateusz Lip

Dlaczego Metallica nagrała Garage Days Re-Revisited? Premiera wznowionej edycji.

Szymon Grzybowski

Płyty rock i metal w MediaMarkt za 19,99zł!

Bartłomiej Pasiak

10 najstraszniejszych okładek albumów metalowych

Tomasz Koza

Motörhead: reedycja 6 albumów z okresu 1995-2001 już 29 marca w sprzedaży

Szymon Grzybowski

Konkurs charytatywny: Napełnij kocie brzuszki i wygraj płyty Saxon!

Agata Laszuk

1 komentarz

hiacynt 11 listopada 2019 at 19:27
0

naprawdę dobra płyta choć dopiero nioedawno miałem okazję się z nia zapoznać. dodam, że ja jestem z tej drugiej – elektronicznej strony…

Odpowiedz

Zostaw komentarz