RELACJE

Ekstremalny jubileusz. Relacja z Metal Kommando Fest X

Metal Kommando Fest logo

W miniony weekend odbyła się jubileuszowa, dziesiąta już edycja Metal Kommando Fest, na której zagrały m.in. zespoły Baalzagoth, Thy Disease czy Neolith. O atrakcjach, jakie w warszawskim VooDoo Club czekały na uczestników MKF (i nie tylko) przeczytacie w poniższej relacji.

Czytaj też: Injure Grind Attack 2026 – relacja z festiwalu

Pleń – black metal na dobry początek Metal Kommando Fest X

Koncerty na dużej scenie VooDoo wystartowały w sobotę 12 września punktualnie o godzinie 18, a pierwszą z pięciu prezentujących się na jubileuszowym Metal Kommando kapel był black metalowy Pleń. Pora była jeszcze wczesna, a publika pod sceną niezbyt liczna, ale panowie stanęli na wysokości zadania i otworzyli festiwal w bardzo udany sposób.

Pleń gra taki black metal, jaki najbardziej lubię – klimatyczny, nie galopujący na złamanie karku, z transowym riffem, melodią i świetnym wokalem – agresywnym, ale jednocześnie czytelnym i zrozumiałym. To trochę granie w stylu śląskiego Czorta, który dwa lata temu, na czwartej edycji MKF, dał jeden z najbardziej pamiętnych występów w historii tego festu. Nieco młodszy stażem Pleń nie jest może jeszcze zespołem tej samej klasy, ale zagrał naprawdę solidnie.

Baalzagoth na Metal Kommando Fest – były krzyże, nie było ognia

Zaraz po nim na deskach zameldował się jeden z najgłośniejszych i najbardziej kontrowersyjnych polskich zespołów metalowych ostatnich miesięcy, a mianowicie Baalzagoth. Tak, ta sama ekipa, która latem podpaliła stojące przed sceną odwrócone krzyże podczas festiwalu Bangarang w Chwałkowie.

Wydarzenie wywołało falę internetowego oburzenia, z którą popłynęli nawet lokalni politycy, sam zespół zaś wydał po tym niesławnym koncercie dość kuriozalne oświadczenie zawierające wymuszone i absolutnie nieszczere przeprosiny. Pewna część metalowego środowiska przyjęła to zachowanie ze zrozumieniem, a część druga, chyba nawet większa, uznała je za kompromitację grupy. Jednak podczas warszawskiego występu o kompromitacji nie było już mowy.

Przyznam szczerze, że choć Baalzagoth to zespół z konkretnym dorobkiem (EP-ka i dwa albumy długogrające wydane w ciągu siedmiu lat działalności), to do tej pory kojarzyłem ich bardziej z nazwy niż muzyki. Mając w pamięci czerwcową akcję w Chwałkowie obawiałem się też trochę przerostu scenicznej formy nad muzyczną treścią. I faktycznie forma była: drewniane krzyże (tym razem bez ognia), corpse paint i koloratki na szyjach muzyków. Przede wszystkim było jednak sporo naprawdę fajnie pogranego death metalu z lekkimi wpływami blacku, który rzeczywiście może się podobać.

Wizerunkowo i tekstowo zespół co prawda niebezpiecznie balansuje na granicy kiczu, nadęcia i taniego bluźnierstwa, ale robi to świadomie i, co najważniejsze, w spójny sposób spina z czysto muzyczną warstwą swojej działalności. Baalzagoth zagrał w Warszawie naprawdę niezły koncert, ale zdecydowałem się opuścić go chwilę przed końcem. Dlaczego? O tym za moment.

Doom Mass, czyli co tam słychać na drugiej scenie VooDoo Club?

Bywalcy warszawskich imprez muzycznych i stali czytelnicy naszego działu relacji z koncertów wiedzą o tym doskonale, ale niewtajemniczonym przypomnę – klub VooDoo posiada dwie sale, na których często, zwłaszcza w weekendy, różne wydarzenia odbywają się równolegle. Tak też było w ostatnią sobotę, kiedy to obok Metal Kommando Fest X na mniejszej sali miała miejsce impreza pod hasłem Doom Mass z udziałem polskich doom metalowych składów: Rosary, Metallus, Death Has Spoken oraz litewskiego Hellhookah. A że kilka z tych ekip bardzo lubię, nie odmówiłem sobie przyjemności uczestnictwa w obu koncertach.

Gdy na Stage 1 swój set kończył jeszcze Baalzagoth, Stage 2 opanował tradycyjny doom metal w wykonaniu Rosary. Po niezbyt udanym występie na Outlawed Fest Open Air w sierpniu warszawski tercet w pełni się zrehabilitował i pokazał z dobrej strony. Po nim zaś prezentował się Metallus – zespół, któremu kibicuję od czasu debiutu z 2023 r. i który koncertem na Doom Mass po raz kolejny pokazał, że nie tylko nie bez przyczyny należy do Wielkiej Trójki Nowej Fali Polskiego Doom Metalu, ale też jest jej niekwestionowanym liderem.

Po tych dwóch występach, obejrzanych niemal w całości, przez resztę wieczoru krążyłem między salami zaliczając co najmniej po kawałku setu każdego z występujących na obu scenach zespołów, w tym Death Has Spoken (nadspodziewanie fajne death/doomowe granie dla fanów pierwszego Paradise Lost i starej Szwecji) oraz Hellhookah (ciekawy stoner/doomowy duet – tylko śpiewający gitarzysta i pani perkusistka), skupiając się jednak na wykonawcach z dużej sceny.

Azels Mountain i Neolith, czyli klimat ponad wszystko

Pierwszy powrót na Stage 1 stał pod znakiem Azels Mountain, dolnośląskiej pagan black metalowej hordy tworzonej przez muzyków znanych z paru innych kapel, w tym kultowego w pewnych kręgach Ohtar. No i był to kolejny występ podczas dziesiątego Metal Kommando Fest, do którego nie mam o co się przyczepić. Bardzo, bardzo solidne granie i dobra realizacja.

Muzyka Azels Mountain nie należy oczywiście do przesadnie oryginalnych i odkrywczych – jest to pogański, słowiański black metal, jaki już od lat 90. uprawiało i wciąż uprawia wiele rodzimych formacji na czele z Graveland, ale chyba nikt po tym gatunku odkrywczości się nie spodziewa i jej nie wymaga. Ważne, że zespół zagrał klimatycznie, podniośle i udało mu się wytworzyć na sali iście rytualną atmosferę. Panowie niedawno wydali swój trzeci album „Echa krwi”, z którego pochodziła większość utworów w setliście – sprawdźcie go koniecznie!

Azels Mountain wypadli na Metal Kommando Fest X bardzo przekonująco, ale najlepsze było wciąż przed nami. O godzinie 21 na scenie zameldowali się bowiem weterani z Neolith, którzy warszawskim występem świętowali też premierę swojej szóstej długogrającej płyty „Inbir”.

Muszę przyznać, że mój ulubiony okres twórczości Neolith to ich walcowate death/doomowe początki z lat 90. – demówki i debiut. Rzeczy późniejsze, szybsze, coraz bardziej idące w stronę tradycyjnego death metalu i death/blacku nie zawsze mi wchodziły. Jednak na koncercie, którego setlista niestety całkowicie pominęła najstarszy materiał, wypadły zaskakująco dobrze, a wręcz świetnie.

Neolith zagrał kawałki z trzech ostatnich krążków oraz oczywiście trochę numerów z najnowszego. Wśród nich znalazła się nietypowa „Modlitwa na marny czas” – pierwszy w historii zespołu tekst napisany w całości w języku polskim. No i muszę powiedzieć, że był to dla mnie absolutny highlight całego festiwalu. Klimat, brzmienie, po prostu potęga przez duże „P”!

Thy Disease – czy „awaryjny” headliner sprostał wyzwaniu?

Ostatni w stawce krakowski zespół Thy Disease miał bardzo niewdzięczne zadanie. Grał w zastępstwie legendarnego Pandemonium, które miało być główną gwiazdą jubileuszu Metal Kommando Fest, ale odwołało swój udział w imprezie na zaledwie niecały miesiąc przed nią. W dodatku wychodził na scenę po naprawdę rewelacyjnym gigu Neolith – kolejnej zasłużonej dla polskiego metalu kapeli, która pewnie dla wielu osób była głównym powodem obecności tego dnia w VooDoo Club.

Po występie Leviego i spółki publika naprawdę mocno się przerzedziła, przez co na rozpoczęcie koncertu Thy Disease czekało w porywach może pół sali. Ci, którzy naprawdę właśnie na nich czekali, raczej się nie zawiedli, bo zespół zagrał mimo niesprzyjających okoliczności profesjonalną sztukę, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że był to niestety najsłabszy z koncertów tej edycji Metal Kommando, a przynajmniej był to koncert najmniej w moim guście.

Ten ich grooviasty, trochę zindustrializowany death metal jakoś nigdy mnie nie porywał i podczas Metal Kommando Fest X sytuacja się nie zmieniła. Samemu zespołowi nie mogę odmówić zaangażowania i dobrego kontaktu z publicznością, realizacyjnie też wszystko się zgadzało, ale to po prostu nie jest granie, jakie kocham. Szanując niemały dorobek i prawie trzydziestoletnie doświadczenie Thy Disease, chętnie zobaczyłbym ich jednak przed Neolith, a status headlinera (a co za tym idzie, trochę więcej czasu na scenie) przekazał właśnie ekipie Leviego.

Organizacja i technikalia Metal Kommando Fest X

Jubileuszowy, dziesiąty Metal Kommando Fest dobiegł końca trochę po godzinie 23. W całej dotychczasowej historii festiwalu opuściłem tylko jego pierwszą edycję, od drugiej zaś bywam regularnie i z wielką przyjemnością obserwuję rozwój imprezy. Jest to klubowe wydarzenie tworzone przez bardzo małą ekipę organizatorską dla kilkuset fanów metalowego podziemia, ale w przeciwieństwie do wielu innych, podobnych koncertów słowo „fest” w nazwie nie jest użyte na wyrost, bo mimo niewielkiej skali czuje się tu vibe festiwalu z prawdziwego zdarzenia.

Koncerty realizowane są w pełni profesjonalnie od strony technicznej – na tej edycji nie zaobserwowałem większych wpadek w tym temacie – a i czasówka została elegancko dotrzymana, co bywało czasem problemem w przeszłości. Dobrze wyposażone stoiska z merchem oferowały nie tylko gadżety występujących zespołów, ale też na przykład perełki z metalowej klasyki w bardzo dobrych cenach, przez co do domu wróciłem bogatszy o kilka starych CD-ków. Do tego sporo znajomych, nie tylko z Warszawy, i rozmowy przy piwie między kolejnymi kapelami – festiwalowe życie pełną gębą, tyle że skondensowane do jednego wieczora.

Co przyniesie przyszłość Metal Kommando Fest?

Wprawdzie skład MKF X był na papierze chyba najsłabszy od dawna i pozbawiony naprawdę wielkich nazw (a przypomnę, że na poprzednich edycjach gościli chociażby: Azarath, Arkona, Christ Agony czy Infernal War), co przełożyło się na niższą niż zwykle frekwencję (pierwszy od dawna brak sold outu), ale technicznie i organizacyjnie była to moim zdaniem najlepsza edycja z dotychczasowych. Lepiej się już nie da i paradoksalnie może to być dla Metal Kommando problem na przyszłość.

Rozwijając tę imprezę od 2022 r. i organizując rocznie dwie, a czasem trzy edycje, ekipa MKF doszła już chyba do ściany, jeśli chodzi o swoje obecne możliwości. A co czeka za tą ścianą? Być może sięgnięcie po wykonawców z zagranicy (a wiem, że rozmowy w tej kwestii są prowadzone), być może ponowne zaproszenie któregoś z bardziej znanych polskich zespołów, jakie już na MKF grały (założeniem organizatorów był brak powtórek w składzie przez pierwsze dziesięć edycji, teraz więc mają już wolną rękę), może impreza na dwie sale lub w ogóle zmiana miejsca na większe i mieszczące więcej osób? VooDoo jest domem Metal Kommando od samego początku, sam zresztą uwielbiam ten klub i życzę mu jak najlepiej, ale z gumy niestety nie jest.

Jedno jest pewne – jakiś etap historii Metal Kommando Fest właśnie się zakończył. A co przyniesie przyszłość, przekonamy się niebawem, bo znana jest już data odsłony jedenastej. Widzimy się 15 maja 2027 r. wciąż w VooDoo Club. Wpisujcie w kalendarze!

Podobne artykuły

Relacja z koncertu Pit of Horror. Thrashowa uczta w starym stylu

Piotr Żuchowski

Relacja z koncertu The Mentors. Heteroseksualiści też mają prawo się bawić (26.01.24)

Piotr Żuchowski

Relacja: Napalm Death w Polsce – Gdynia, 24.11.2013

Tomasz Koza

Zostaw komentarz