Tegoroczne lato przyniosło nam prawdziwy wysyp nowych festiwali na mapie Polski. Udanie zadebiutował szczeciński Hells Bells, wrocławski Atak Szczurów przerodził się z pojedynczego koncertu kilku kapel w dwudniowe wydarzenie z udziałem czternastu grup, a w tym samym mieście (i niestety również w tym samym terminie) odbyły się też po raz pierwszy Czarne Rewiry. Z kolei Warszawa po poświęconym nieco nowocześniejszemu graniu Summer Punch Festival doczekała się plenerowej imprezy dla oldschoolowej publiki – w dniach 31.07-01.08 odbył się pierwszy Outlawed Fest Open Air.
Czytaj też: Injure Grind Attack 2026 – relacja z festiwalu

Odmienione oblicze zespołu Dagger Maniac na początek Outlawed Fest
Dwa dni metalowych koncertów nad Zalewem Bardowskiego na stołecznym Targówku były integralną częścią Warszawskiego Festiwalu Motocyklowego – imprezy dla miłośników jednośladów, która obejmowała również m.in. pokazy motocyklowych stuntów, tańca z ogniem czy rekonstrukcje walk wikingów. Co ważne, jeden bilet obejmował możliwość wejścia na wszystkie atrakcje, a teren festiwalu wcale nie był mały, bo obejmował całą plażę dookoła zalewu, która w ten weekend była przeznaczona na wyłączny użytek uczestników WFM.
Outlawed Fest Open Air vol. 1 wystartował w piątek o godzinie 15:45, ale obowiązki zawodowe (bo jakbyście nie wiedzieli, Metal News Polska to inicjatywa hobbystyczna, na której nie zarabiamy, i poza pisaniem o muzyce mamy też normalne prace), pozwoliły mi dotrzeć na miejsce dopiero przed 19, akurat na koniec przerwy technicznej, po której na scenie zameldował się dawno niewidziany stołeczny Dagger Maniac.
Kapela ta ostatnio nie koncertowała, skupiając się na pisaniu nowego materiału, a na festiwalu pokazała światu nieco odmienione oblicze. Ejtisowe, speed metalowe inspiracje starego Dagger Maniac zwróciły się teraz ku dekadzie wcześniejszej, stawiając na dużo rock’n’rolla, trochę psychodelii i kowbojską stylówę sceniczną. Panowie podczas swojego koncertu wykonywali głównie nowe kawałki i choć osobiście bardzo lubię te sprzed 3-4 lat, to muszę przyznać, że i te świeże robią robotę, choć utrzymane są w trochę innym klimacie.
Udana powtórka koncertów z festiwalu Atak Szczurów
Kolejne trzy zespoły występujące w piątkowy wieczór w Warszawie widziałem zaledwie tydzień wcześniej na wspomnianym we wstępie Ataku Szczurów. We wrocławskim klubie Łącznik wszystkie wypadły bardzo fajnie, a na plenerowym Outlawed Fest, w niezwykle urokliwych okolicznościach przyrody, słuchało mi się ich chyba nawet jeszcze lepiej.
Romantycy polskiego heavy metalu, czyli Grimoire z Wrocławia, wykonali całą swoją najnowszą EP-kę „The Madman, The Shiver and The Burning Sin”, przetykając ją utworami z debiutanckiej płyty „Lovehunt”. Znów sporo było słychać klimatu lat 70., choć w trochę bardziej melancholijnym niż u Dagger Maniac wydaniu, ale i czadu nie zabrakło.
Następny w stawce stołeczny Torpor pamiętam z czasów, gdy łupali surowy black metal z niewielką domieszką heavy. Właśnie wydali i ogrywają na koncertach płytę „Ɖungeon Ɖescent”, na której proporcje tych dwóch gatunków zupełnie się odwróciły. Nowy Torpor to taki blackened heavy metal w stylu „Manowar spotyka wczesne Bathory” – są epickie hymny, są melodyjne zaśpiewy, a i perkusyjny blast czasem się znajdzie. Zespół tą woltą stylistyczną wzbudził tu i ówdzie trochę kontrowersji, ale ja jestem zdecydowanie na tak.
Główną gwiazdą pierwszego dnia Outlawed Fest Open Air był pomorski Frightful – moim zdaniem, obok puławskiego Toughness, jedna z najjaśniejszych wschodzących gwiazd młodej polskiej sceny death metalu. No dobra, może z tą młodością trochę przesadziłem, bo grupa istnieje już 10 lat i wydała dwie płyty, ale mam wrażenie, że cały czas, małymi, ale konsekwentnie stawianym krokami buduje ona swoją pozycję, a szczególnie głośno zrobiło się o niej dopiero po premierze zeszłorocznego albumu „What Lies Ahead”.
Frightful to dla mnie taki trochę „death metal środka”, zgrabnie mieszający inspiracje pochodzące z różnych szkół tego gatunku. Trochę Morbid Angel w kompozycjach, trochę szwedzkiego gruzu w brzmieniu, trochę bezkompromisowej sieki, jaką prezentowało polskie podziemie lat 90., a to wszystko podlane thrash metalowym vibem i dawką specyficznie chwytliwej melodyki. Naprawdę fajne granie i naprawdę fajny koncert na zakończenie pierwszego dnia festiwalu.
Pierwsze występy drugiego dnia Outlaw Fest Open Air
Sobotnia odsłona Outlawed Fest Open Air zaczęła się o 15:30 koncertem grupy Wizzmakin, ale ja dotarłem na miejsce godzinę później, akurat na start występu doom metalowego Rosary. Bardzo lubię tę kapelę, szczególnie za EP-kę „Telestai” z 2022 r., ale 1 sierpnia to zdecydowanie nie był ich dzień. Już w drugim kawałku posłuszeństwa odmówiła gitara frontmana Mishy, a niedługo później wybiła 17:00 i koncert został na chwilę przerwany, aby upamiętnić Godzinę W i rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego.

Podobnie jak w całym mieście, tak i nad Zalewem Bardowskiego zawyły syreny, choć tutaj tylko puszczone z nagrania przez festiwalowego dźwiękowca, a cała publika zatrzymała się na moment. Potem panowie z Rosary kontynuowali występ, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że byli mocno rozproszeni całą sytuacją i wypadli poniżej swojego normalnego poziomu. Dodatkowo w setliście zabrakło wielu moich ulubionych kawałków, co tylko spotęgowało rozczarowanie.

Po doomowych walcach przyszła pora na całkowitą zmianę klimatu, na scenie Outlawed Festu pojawili się bowiem weseli glamowcy z Dirty Cheap. Glam rock i glam metal to zupełnie nie moja bajka, ale jak na prezentowaną stylistykę zespół wypadł chyba nieźle. Były żywcem wyjęte z lat 80. stroje, było plucie ogniem (które dwukrotnie niemal zakończyło się zjaraniem osprzętu na scenie, ale nieważne, show musi trwać), było dużo radosnego rock’n’rolla, a nawet akustyczny cover „Livin’ on a Prayer” Bon Jovi – fanom gatunku mogło się podobać.
Diving Stove, czyli młodzież zrobiła zamieszanie
Energii panom z Dirty Cheap odmówić nie można, tak samo jak występującemu po nim zespołowi Diving Stove. Nieźle namieszali oni swoją debiutancką płytką „Atavism” z 2024 r., nagraną w czasie, gdy część członków grupy nie miała nawet jeszcze 20 lat. Młodzieńczą energię i pasję słychać na tym albumie jak na mało którym we współczesnym polskim metalu, świetny to materiał.
Wprawdzie ze składu, który komponował i rejestrował „Atavism”, obecnie w Diving Stove gra już tylko dwóch gości, ale zmiany personalne nie odmieniły znacząco charakteru zespołu. Stasiek Gliniewicz i Jacek Głuch w tym czasie okrzepli już na scenie, a wsparcie nowych członków w postaci znanych z zespołu R.I.P. Witka Argasińskiego i Eryka Zubowicza tylko dodało im mocy.

Grupa określa swoją twórczość jako thrash/heavy metal i wpływy tych gatunków rzeczywiście w niej dominują, jednak nie są jej jedynymi składowymi. Podczas koncertu na Outlawed Fest Open Air postawili na numery w tej stylistyce, ale zagrali też świetne, mocno post-punkowe, czy nawet gotycko-zimnofalowe „Winter / Our Lake”, a całość występu zwieńczyli klimatycznym, psychodelicznym coverem „Black Sabbath”. Solidna sztuka.
Trzy odsłony black/thrash metalu na Outlawed Fest Open Air
Po koncercie Diving Stove Witek pozostał za zestawem perkusyjnym, bo następną kapelą w rozpisce był kolejny zespół, w którym udziela się ten człowiek tysiąca muzycznych projektów – Bestiality. Tłum pod sceną mocno zgęstniał, co niespecjalnie dziwi, bo ta black/thrashowa horda ma w lokalnym undergroundzie status wręcz kultowy, powróciła z niebytu po prawie 8 latach przerwy, a koncert na Outlawed Fest był jej zaledwie drugim występem na żywo po reaktywacji.
No i cóż to był za występ! Brudny, zły, diabelski, porywający do machania głową i rozwalania się w moshpicie. Patrzyłem na opętańczo wydzielającego się i gestykulującego na scenie frontmana Alberta w corpse paincie, bez butów, w podartych jeansach i koszulce Motörhead, a czułem się jakbym oglądał co najmniej polski odpowiednik Hellbutchera z Nifelheim. To porównanie chyba najlepiej obrazuje, jaką bestialską energię potrafi wzbudzić i wśród publiczności, i u siebie samych odrodzone Bestiality. Klasa.

Koncerty Diving Stove i Bestiality były bardzo dobre, ale prawdziwa pożoga wciąż miała dopiero nadejść, a przyniosło ją rogate komando z Krakowa pod nazwą Chaingün. Kolega Bartek z zaprzyjaźnionego z naszą redakcją Until Death Takes Us, w towarzystwie którego miałem wielką przyjemność oglądać ich koncert, stwierdził, że to taki „polski Kat”, i o ile jest w tym żartobliwym stwierdzeniu trochę racji, to jeszcze więcej niż rodzimym klasykiem słyszałem tam inspiracji Sodom i Toxic Holocaust, którego logo dumnie prezentowało się na koszulce wokalisty Jakuba Batki.
Chaingün dowalił w Warszawie gatunkowo czyściutkim (albo raczej brudniutkim) thrashem o tematyce diabelsko-wojennej, w duchu starej niemieckiej szkoły, ocierającej się o pierwszofalowy black metal. Obok trzech Polaków w składzie zespołu na scenie brylował też pochodzący z Meksyku gitarzysta Felipe Dorantes, a że latynoscy metal maniax znani są z nieokiełznanego szaleństwa, nie powinno dziwić, że dołożył on też swoje trzy grosze (czy tam pesos) do atmosfery całego występu. A występ był to wybitny, złożony z największych hitów z demówki „Under Lucifer’s Command” oraz tegorocznego pełniaka „Nukin’ the Heaven’s Door”. Widziałem Chaingün na żywo po raz pierwszy i już chcę więcej, byli fantastyczni.
Wspomniany kolega Bartek postawił mi też zadanie, żebym w jakimś miejscu tej relacji randomowo wspomniał o tendencji thrash metalowców do noszenia za długich skarpet do ich wysokich adidasków, co niniejszym czynię i przechodzę dalej. Kolejną, przedostatnią już kapelą w stawce było speed/blackowe Nekkrolüst. Muszę przyznać, że świetny gig Chaingün tak mnie rozwalił, że cały koncert śląskiej hordy obejrzałem chillując sobie na plażowym leżaczku. Wypadli solidnie, ale jednak bez startu do poprzedników.
SexMag – gwiazda wieczoru i ostatni koncert Outlawed Fest
Nieco po godzinie 22 rozpoczął się ostatni występ pierwszej edycji Outlawed Fest Open Air. Główną gwiazdą drugiego dnia i całej imprezy był dawno niewidziany w Warszawie bytomski zespół SexMag. I tak jak w przypadku grającego wcześniej Chaingün można było mówić o pewnych wyczuwalnych inspiracjach Katem, tak tutaj zostały one podane na tacy, nawet już w samej nazwie kapeli.
SexMag przez około 45 minut raczył nas black/speed/thrashowym łojeniem, zarówno pod względem muzycznym, tekstowym, jak i wizualnym mocno odwołując się do spuścizny wczesnych płyt Romana Kostrzewskiego i zespołu Kat. Jednak choć grupa w oczywisty sposób oddaje hołd klasykowi, ma też własny rozpoznawalny sznyt i nie popada w tanie kopiowanie (choć w lirykach zdarzają się jej dość bezpośrednie cytaty z Mistrza R.K.).
Wokalista Jacek „Truposz” Wojno pojawił się na scenie w demonicznym makijażu i pelerynie a’la Dracula ze starych filmów, dzierżąc spory drewniany krzyż, który zresztą szybko znalazł się w rękach publiczności, no i się zaczęło. „Odurzony śmiercią”, tytułowy „Sex Metal” z EP-ki, „Sexorcyzm” z longplaya, „Zapomniany czarci kult” z dedykacją dla wszystkich maniaków zgromadzonych na festiwalu, na koniec „Żelazna dziewica” – trzy kwadranse minęły jak z bicza strzelił przy tych uroczych piosenkach o seksie, śmierci i Szatanie. Było przemiło.
Czy Warszawa ma jeszcze przestrzeń na kolejne cykliczne imprezy muzyczne?
Część muzyczna omówiona, a jak wyglądał Outlawed Fest od strony techniczno-organizacyjnej? I czy w ogóle jest jeszcze zapotrzebowanie i miejsce w koncertowym kalendarzu na takie inicjatywy? Moim zdaniem tak. Przede wszystkim Warszawa jest miastem, gdzie praktycznie non stop coś dzieje się w klubach muzycznych, ma też kilka fajnych małych festiwali pod dachem, jak Helicon czy Metal Kommando, ale plenerowej imprezy dla oldschoolowców, na której królowałby speed, thrash, black, death, heavy metal i hard rock – nie.
Outlawed Fest Open Air zdaje się wypełniać tę lukę, choć na razie tylko częściowo, bo próżno na nim szukać nazw dużych i popularnych (nawet jak na undergroundowe standardy). Był on swoistym przeglądem sił rodzimego podziemia, wydarzeniem od wtajemniczonych dla wtajemniczonych, a także spotkaniem towarzyskim działaczy tegoż podziemia oraz muzyków, i to takich, którzy przyszli lub przyjechali na fest sami na nim nie grając, tylko po to, by poimprezować z kolegami po fachu. W tym miejscu pozdrawiam ekipę zespołu Wieczny Mróz z Łodzi, z którą miałem przyjemność spędzić trochę czasu w sobotnie popołudnie. Dzięki za towarzystwo, czekam na płytę!
Właśnie jako zjazd podziemnych maniaków zajaranych tradycyjnymi odmianami metalu Outlawed Fest sprawdził się w stu procentach. Było kameralnie, ale nie pusto – całość imprezy przyciągnęła kilkaset osób, z czego kilkadziesiąt regularnie bawiło się pod sceną na większości grających zespołów. Jednocześnie odniosłem wrażenie, że nie do końca sprawdził się jako wydarzenie integrujące środowiska metalowców i motocyklistów. Obie grupy spędzały czas na tym samym terenie, ale jakby trochę obok siebie. Widać tu duży potencjał na rozwój pod warunkiem, że w przyszłości na festiwalu pojawią się trochę większe nazwy, mające jednocześnie szansę przyciągnąć dużo większą publiczność.
Dużo zalet i nieliczne problemy – miejsce i organizacja Outlawed Fest
Sam teren wokół Zalewu Bardowskiego jest wręcz wymarzony na takie eventy – położony na peryferiach stolicy, co trochę utrudnia dojazd, ale też dzięki odległości od zabudowań koncerty mogą trwać długo i nikomu nie przeszkadzają, klub Rejs zapewnia jedzenie i napitki, a miejsce imprezy jest na tyle duże, by bez problemu pomieścić pole namiotowe dla przyjezdnych, dodatkowe stoiska gastronomiczne i inne pozamuzyczne atrakcje.
Outlawed Fest Open Air odbywał się po raz pierwszy, więc siłą rzeczy nie obyło się bez drobnych wpadek, ale nie były one w stanie wpłynąć na całościowy odbiór imprezy. Czasem plany organizatorów próbował pokrzyżować przelotny deszcz, czasem problemy techniczne z instrumentami lub nagłośnieniem. Części koncertów zdarzały się obsuwy rzędu 15-20 minut, część musiała się skończyć przedwcześnie, ale generalnie bawiłem się świetnie i spędziłem tam dwa bardzo miłe popołudnia: na dużym luzie, w doborowym towarzystwie i przy muzyce lubianych zespołów, z których większość wypadła na scenie bardzo dobrze.
Dziękuję ekipie Outlawed Fest za akredytację na wydarzenie i życzę powodzenia w przyszłości – jeśli ta inicjatywa nie była tylko jednorazowym wybrykiem i przetrwa – na co bardzo liczę – do przyszłego roku, na drugiej edycji również zamierzam się stawić.
