Ostatni weekend czerwca obfitował w rockowo-metalowe festiwale w różnych częściach Polski. Sporo działo się w Szczecinie czy Chwałkowie, ale ponieważ człowiek rozdwoić, ani tym bardziej roztroić się nie może i wybrać coś musi, nasza redakcja tym razem po rocznej przerwie wróciła do Morska na Injure Grind Attack 2026. Organizatorom bardzo dziękujemy za zaproszenie, a Was zachęcamy do lektury relacji z tej imprezy.
Sprawdź też inne relacje z letnich festiwali na naszych łamach:
- Relacja z Mystic Festival 2026 – część pierwsza (środa i czwartek)
- Relacja z Mystic Festival 2026 – część druga (piątek i sobota)
- Summer Punch Festival zawitał do Warszawy. Relacja z 1. dnia wydarzenia
Injure Grind Attack to niewielki festiwal, który odbywa się w Morsku pod Zawierciem na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej i już od 2020 r. zamienia na jeden weekend tę niewielką miejscowość, a konkretnie znajdujący się w niej Ośrodek Wypoczynkowy „Morsko Plus” w polską stolicę grindu, slamu, brutal death metalu i pokrewnych, najbardziej ekstremalnych odmian muzyki.
Koncerty otwierające Injure Grind Attack 2026 w piątkowy wieczór
Tegoroczna edycja rozpoczęła się w piątek 26 czerwca o godzinie 18 – z godzinnym poślizgiem w stosunku do wcześniej opublikowanej czasówki. Sam dotarłem do Morska dość późno, więc specjalnie z powodu obsuwy nie płakałem, a i tak większość czasu trwania występów grup Purulent i Necrocranium poświęciłem na zainstalowanie się w hotelu, przywitania ze znajomymi i pokopanie piłki na ośrodkowym boisku (rodzinny wyjazd w towarzystwie małżonki oraz siedmiolatka, który właśnie zaczął wakacje, zobowiązuje również do innych aktywności niż tylko szaleństwo pod sceną).
Pierwszym zespołem, który miałem okazję zobaczyć w większym wymiarze czasowym, był francuski Putrid Offal. Ci weterani sceny death/grind, istniejący od 1990 r., dopiero po raz pierwszy w swojej historii zaprezentowali się na żywo polskiej publiczności i zrobili fajne wrażenie. Były solidne riffy, skoczne rytmy, zachlapane krwią szpitalne kitle i specyficzne „kroplówki” przymocowane do statywu na mikrofon – wszystko, czym powinien się charakteryzować ekstremalny zespół metalowy inspirujący się tematyką gore, zostało przez Francuzów dostarczone.
Zespół Amputated Genitals zagrał koncert z jajami
Występ Putrid Offal był tylko rozgrzewką przed ciosami, jakie miały na publiczność w Morsku spaść dopiero później. Po nich bowiem na scenie zainstalowały się przyjemniaczki z Amputated Genitals. Kolumbijczycy grali po raz pierwszy nie tylko w Polsce, ale w ogóle w Europie i chyba mocno wzięli sobie do serca fakt, że w swoim koncertowym debiucie na drugim końcu świata powinni pokazać się z jak najlepszej strony.
Wbrew nazwie zespołu, ostatnie, co można powiedzieć o jego występie, to że był bezjajeczny. O nie, goście z Bogoty spuścili w Morsku pierwszorzędny death metalowy łomot, emanując energią i brutalnością, a po zakończeniu pierwszego dnia Injure Grind Attack 2026 słyszałem sporo opinii, że był to najlepszy koncert całego festiwalowego piątku. Autorzy przeboju „Sexual Experiences with Animals and My Mother’s Cadaver” są teraz w trasie i wystąpią jeszcze dwa razy w Polsce w lipcu. Złapcie ich koniecznie 21.07 w Lublinie (klub Graffiti) lub 22.07 w Gdańsku (Paszcza Lwa), warto.
Masacre i Convulse – klasycy starej szkoły death metalu
Amputated Genitals to kwintesencja stylu znanego jako brutal death metal, ale na koniec pierwszego dnia Injure Grind Attack organizatorzy imprezy przygotowali też coś dla fanów bardziej klasycznego, staroszkolnego podejścia do metalu śmierci. Chwilę po 22 na scenie zameldował się kolejny zespół z Kolumbii – kultowe, legendarne, ikoniczne Masacre. I z całym szacunkiem do ich młodszych kolegów, to właśnie Alex Okendo i ekipa dali najlepszy dla mnie koncert tego dnia.
Niesamowicie się słuchało tego, jak goście grający ekstremę od końcówki lat 80., przeplatają miażdżące death/doomowe walce wybuchami chaotycznej furii, tak charakterystycznej dla starych południowoamerykańskich kapel. Nie zabrakło największych klasyków grupy, jak „Imperio del terror”, „Ola de violencia” czy chóralnie odśpiewane wraz z publicznością „Death Metal Forever” na koniec. Świetny klimat, czapki z głów.
Po gorącej Kolumbii nadszedł czas na wycieczkę do mroźnej Finlandii, a to za sprawą kolejnych weteranów gatunku, zespołu Convulse. Znowu powiało gruzem i oldschoolem, ale moim zdaniem zespół Ramiego Jämsy w porównaniu z Masacre nie wypadł aż tak przekonująco. Na tyle, że w trakcie jego występu zawinąłem się do pokoju i położyłem syna spać (wspominałem już, że rodzinne wyjazdy na festiwale zobowiązują?), a na teren festiwalu wróciłem na wieńczący pierwszy dzień Tribute to Magnus.
Tribute to Magnus – polscy muzycy w hołdzie rodzimej legendzie
TTM miał pierwotnie zagrać przed Masacre, ale jako że w skład projektu wchodzą organizatorzy Injure Grind Attack, którzy mają na początku imprezy pełne ręce roboty, zdecydowali się oni przesunąć swój występ na sam koniec pierwszego dnia. Ucierpiała na tym trochę frekwencja, bo po setach klasyków z Masacre i Convulse w Szałasie Jurajskim nie zostało już zbyt wiele osób, ale sam koncert był pierwszorzędny.
W ramach TTM muzycy znani z takich grup, jak F.A.M., Hellfuck czy Ragehammer oddają koncertowy hołd pionierom polskiej sceny death/thrash metalowej – Magnus – i odgrywają na żywo ich numery z lat 80. i 90. Widziałem ten skład na żywo rok temu podczas warszawskiego Metal Kommando Fest VII i byłem zachwycony, w Morsku chłopaki też pokazali, że doskonale wiedzą, o co chodziło w starej szkole polskiego metalu.
Na scenie Tymek Jędrzejczyk w bojowym rynsztunku Roba Bandita kręcący młynki włosami, pod sceną wesołe tańce, a w głośnikach takie klasyki, jak „Man Condemned”, „Opresor”, „Hackenkreuz” czy dedykowane Lemmy’emu „Kill Me” – ten koncert był naprawdę bardzo godnym zwieńczeniem pierwszego dnia Injure Grind Attack 2026. Systematycznie powiększająca się obsuwa sprawiła, że dobiegł on końca dopiero po godzinie 2 w nocy, ale nie sądzę, by ktokolwiek, kto został na miejscu do tej godziny, żałował swojej decyzji.
Dzień drugi Injure Grind Attack 2026 – aquapark, grindy i slamy
Duży minus dla zarządu „Morsko Plus” (nie dla organizatorów Injure Grind Attack, bo to akurat decyzja niezależna od nich) należy się za to, że pomimo gigantycznego upału jedna z największych atrakcji ośrodka, czyli jego zewnętrzny basen, pozostała na czas festiwalu zamknięta. Czas do startu koncertów spędziliśmy więc w aquaparku w pobliskiej Osadzie Zborów (polecam!), a na festiwal wróciliśmy dopiero po godz. 15 na koncerty rozpoczynających drugi dzień imprezy polskich zespołów Hoggod i Fetor.
Ci pierwsi, odziani w świńskie maski, grają wyjątkowo paskudny goregrind, który w sumie ciężko jest nazywać jeszcze muzyką (spokojnie, w tej stylistyce to komplement!), ale injure’owa publiczność nie takie rzeczy już widziała i słyszała, więc bawiła się w najlepsze, wesoło biegając pod sceną. Ci drudzy to z kolei uznana już marka w polskim brutal slam death metalu, aktywna na ekstremalnej scenie od 12 lat. Widziałem ich na żywo po raz pierwszy i muszę przyznać, że zrobili na mnie ogromne wrażenie, dając mimo wczesnej przecież pory jeden z najlepszych koncertów całego drugiego dnia imprezy.
F.A.M. – wesoły koncert gospodarzy festiwalu
Czasem trzeba coś zjeść i wypić, przez co nie zobaczyłem austriackiego Distaste (podobno bardzo fajnie wypadli) oraz niemieckiego Pighead (ci wypadli… w ogóle ze składu festiwalu, bo zwyczajnie do Morska nie dojechali), a w szałasie zameldowałem się z powrotem dopiero na występ gospodarzy imprezy, czyli wrocławskiego F.A.M.
Horda dowodzona już od ponad 20 lat przez niezmordowanego perkusistę Darka Płaszewskiego, który jest jednocześnie głównym organizatorem Injure Grind Attack, to w naszym death/grindzie prawdziwa instytucja. Grała na większości edycji festiwalu, a w tym roku zaprezentowała się na nim po raz pierwszy z nowym wokalistą Jakubem Kobylskim (z grupy Necrocranium, która występowała dzień wcześniej) oraz nowymi numerami z zapowiedzianej na sierpień kolejnej płyty “Pleasure of Torture”.
Mimo zmiany w składzie jakość muzyki zmianie nie uległa, a panowie kolejny raz dowieźli dokładnie to, z czego są znani od lat: masakrujące blasty, bujające groove’y i śmieszne dyskotekowe sample pomiędzy utworami. Publiczność również bawiła się jak zawsze doskonale: w wesołym circle picie machano dmuchanymi instrumentami, podbijano plażowe piłki, tradycyjnie pojawił się również nieodzowny różowy flaming. Występy F.A.M. na Injure Grind Attack to esencja specyficznego klimatu całej tej imprezy – brutalna muzyka połączona z totalnym luzem, dystansem i rodzinną atmosferą.

Zagraniczne gwiazdy zagrały na zakończenie Injure Grind Attack 2026
F.A.M. zaprezentował się świetnie, z kolei grające po nim rumuńskie Necrovile wypadło w porównaniu z poprzednikiem dość blado. Jednak prawdziwą masakrę zgotowała nam następna kapela w rozpisce – holenderskie Disavowed. Ten koncert miał dosłownie wszystko – popisowo odegrany brutalny death metal w warstwie muzycznej, a poza tym też dużo luzu, fenomenalny kontakt frontmana Robberta Koka z publicznością i widoczną u wszystkich muzyków na scenie absolutną radochę z grania.
Miejscami wydawało mi się, że goście z Amsterdamu byli wręcz zaskoczeni, iż polska publika przyjęła ich aż tak żywiołowo, ale odwdzięczali się jej tak potężną dawką energii, że tylko nakręcali ją jeszcze bardziej. To z kolei jeszcze bardziej nakręcało ich… Wspaniały, niezapomniany występ, pełen uroczych smaczków, takich jak noszenie wokalisty na rękach ludzi, jeden numer gościnnie odśpiewany (albo raczej zaryczany) przez Darka z F.A.M., czy też przesympatyczna interakcja Robberta z jednym z najmłodszych zgromadzonych fanów, noszącym koszulkę Cannibal Corpse – zespołu, który, jak przyznał wokalista Disavowed, miał do spółki z Suffocation największy wpływ na jego twórczość (cytując dosłownie: „we stole everything from them”).
Po Holendrach na scenę wyszli jeszcze portugalscy slam metalowcy z Analepsy, no ale sorry, po takim show, jakie odstawiło Disavowed, po prostu nie mieli prawa wypaść lepiej od poprzedników (podobnie jak dzień wcześniej Convulse po Masacre). Fajnie pograli, ale jednak bez startu do starszych kolegów z Niderlandów. Po koncercie Analepsy festiwal oficjalnie zakończyło kilka poruszających, emocjonalnych słów podziękowania od Darka P.
Miejsce i specyficzny klimat Injure Grind Attack 2026
Przyznam szczerze, że dawno nie byłem na metalowym festiwalu, o którego stronie czysto muzycznej mógłbym napisać tak mało, jak o Injure Grind Attack 2026. Sporej części występujących zespołów nawet przed festiwalem nie znałem, kilku koncertów nie widziałem w ogóle, a większość zaliczyłem tylko gdzieś w połowie. Mimo to bawiłem się świetnie. Dlaczego? Bo Injure Grind Attack oferuje znacznie więcej niż tylko dwudniowy maraton brutalnej muzyki.
Odbywa się w niezwykle uroczym miejscu na zboczu góry, które sprzyja piknikowej atmosferze – kocyk rozłożony na łące, drzewka rzucające zbawienny przy obecnej pogodzie cień, i nawet nie trzeba za bardzo wchodzić do drewnianej chatki oficjalnie zwanej Szałasem Jurajskim, w której ustawiona jest scena, bo przecież kilkadziesiąt metrów od niej i tak wszystko doskonale słychać. Pełen luz i dzieciaki wesoło biegające po całym terenie imprezy – Injure nie bez przyczyny bywa nazywany najbardziej rodzinnym metalowym festiwalem w Polsce.
Sam Ośrodek Wypoczynkowy „Morsko Plus”, stanowiący główną bazę noclegową festiwalu (hotel, domki, miejsce na rozbicie namiotów) oferuje też infrastrukturę sportową, plac zabaw, no i ten nieszczęsny basen, który niestety w tym roku nie działał. Wystarczy przejść kilkaset metrów, aby zwiedzić ruiny zabytkowego zamku Bąkowiec, a i rowerem da się po okolicy pojeździć – rozumiecie klimat.
Organizacja Injure Grind Attack, czyli profesjonalizm w duchu DIY
Injure Grind Attack jest kameralną imprezą, której wszyscy uczestnicy spokojnie zmieściliby się na jednej sali podczas klubowego koncertu jakiejś kapeli o raczej przeciętnej popularności. Organizowany jest w formule mocnego DIY, ale to absolutnie nie zarzut, bo przyjazność i otwartość łączy z profesjonalizmem. Jasne, zdarzają się wpadki i niedociągnięcia. Bywają np. obsuwy w czasówce czy nieplanowane zamiany kapel, tyle że niemal nikomu z uczestników to nie przeszkadza. Nie przegapisz jednego koncertu dlatego, że drugi się opóźnił, bo i tak jest tylko jedna scena. Na transport do miejsca noclegowego też się nie spóźnisz, bo w większości przypadków masz do niego dwie minuty drogi piechotą. A jeśli nie śpisz w ośrodku, to organizatorzy poratują numerem do zaprzyjaźnionego taksówkarza.
Festiwalowe piwo zapewnia lokalny rzemieślniczy Browar Na Jurze, oferując jakościowe trunki z beczki i butelki w przystępnych cenach (mały minus dla osób niepijących procentów – bezalkoholowe skończyło się w sobotę wczesnym wieczorem), za jedzenie odpowiadają zaś bardzo sympatyczne i dobrze gotujące panie z Koła Gospodyń Wiejskich „Fugasówka”. Do tego kilka stoisk z płytami i merchem, organizator w przerwach między koncertami zapowiadający w paru słowach każdy kolejny zespół, naprawdę bardzo solidna realizacja występów od strony technicznej i mamy chyba pełny obraz Injure Grind Attack. Aha, jeszcze jedno – w tym roku z powodu upałów dwukrotnie odwiedzała nas miejscowa straż pożarna i polewała uczestników wodą. Dzięki!
Podsumowanie Injure Grind Attack 2026 – co dalej?
Wszystko, o czym napisałem powyżej, w połączeniu z być może hermetyczną, ale jednak jakościową stroną muzyczną czyni Injure Grind Attack jedną z najciekawszych metalowych imprez w Polsce, absolutnie niepowtarzalną. W roli fanów przyjeżdżają tutaj muzycy innych zespołów, organizatorzy innych koncertów, przedstawiciele muzycznych mediów i ogólnie rzecz ujmując, wszelkiej maści działacze naszej metalowej sceny, zabierając przy tym do Morska całe swoje rodziny. Frekwencja rzędu kilkuset osób i luźny, wychillowany klimat festu sprzyjają integracji uczestników i wydają się spychać same koncerty na trochę dalszy plan.
Mimo to line-up jest jednak ważną częścią Injure Grind Attack, bo przecież na muzyczne festiwale jeździ się przede wszystkim słuchać muzyki. Sam bardziej niż w slamach, grindach i brutal deathach gustuję w trochę bardziej tradycyjnych odmianach metalu, ale na Injure i tak zawsze znajduję coś dla siebie. Dwa lata temu, gdy odwiedziłem tę imprezę po raz pierwszy, jej skład wydawał się skrojony niemal idealnie pode mnie. Edycja 2025 już mniej, więc zdecydowałem się ją odpuścić. Jednak czytając i oglądając relacje z niej postanowiłem w kolejnym roku już tego błędu nie popełnić i wrócić na Injure Grind Attack 2026, choć może bez jakichś bardzo wygórowanych oczekiwań artystycznych.
Tymczasem naprawdę świetne koncerty dali: Masacre, Disavowed, Amputated Genitals, Tribute To Magnus czy F.A.M. Miło w sobotnie popołudnie zaskoczyli: Hoggod i Fetor. A reszta występów była po prostu fajnym, niezobowiązującym soundtrackiem do leżenia sobie na kocyku na łączce. Jak na zakończenie festiwalu powiedział jego główny organizator, Darek Płaszewski, termin Injure Grind Attack 2027 nie jest jeszcze znany, a sama ekipa musi we własnym gronie przegadać tematy i ustalić plany na przyszłość. Zatem czas dopiero pokaże, czy impreza wróci i w jakiej formule, ale jeśli wróci, to zaraz po pierwszym oficjalnym ogłoszeniu rezerwuję pokój w Morsku.
