Image default
KONKURSY

KONKURS: Dimmu Borgir i Kreator w Polsce – wygraj płyty i bilety na koncert

Wielkimi krokami zbliża się wielka, metalowa uczta. Już za niecałe dwa tygodnie na deskach warszawskiej Hali Koło na jednym koncercie zagra Bloodbath, Hatebreed, Kreator i Dimmu Borgir.

Nadciąga The European Apocalypse 2018

Wraz z końcem listopada w rytm najcięższych riffów rozpoczęła się europejska zagłada, którą rozprzestrzeniają niczym czterej jeźdźcy apokalipsy cztery zespoły. W ramach trasy The European Apocalypse już 13 grudnia stolicą zatrzęsie Kreator, który w tym roku grał już w Polsce podczas 3-Majówki we Wrocławiu oraz dał koncert w Szczecinie.

Po nim na scenie zawita Dimmu Borgir, który w końcu, po ośmiu latach oczekiwania, uraczył fanów nową płytą. Krążkiem “Eonian” Norwedzy świętowali 25 lat istnienia zespołu. Sama płyta nie przypadła jednak wszystkim do gustu, zbierając bardzo różne opinie i komentarze.

Po wielkich co-headlinerach publikę w dalszą podróż w głąb ciężkiej muzyki nieść będzie Hatebreed, dla którego to również nie będzie pierwsza w tym roku wizyta w naszym kraju. Całość zamknie death metalowy Bloodbath.

Bilety na koncert Dimmu Borgir i Kreator w Polsce
Bilety na koncert są jeszcze dostępne na stronie organizatora.

KONKURS

Wraz z organizatorem Knock Out Productions oraz wytwórnią BMG mamy dla Was konkurs, w którym ktoś z Was może zgarnąć niemały pakiet nagród. W jego skład wchodzą reedycje 4 klasycznych płyt Kreatora wydanych jako ładne mediabooki – “Coma of Souls”, “Renewal”, “Cause for Conflict”, “Outcast” oraz najnowsze dzieło polsko-norweskiego składu Dimmu Borgir pt. “Eonian”. Aby urozmaicić już taki ciekawy zestaw, dorzucamy dodatkowo bilety na ww. koncert.

Zasady:

1. W komentarzu poniżej umieść krótką recenzję jednego z ww. albumów Kreatora lub Dimmu Borgir. Pamiętaj o unikaniu wszelakich błędów i braku interpunkcji. Tekst musi być Twojego autorstwa, nie może być również umieszczony na innej stronie internetowej. Treść nie powinna być krótka, ale też przesadnie długa.

2. Pamiętaj, aby podpisać się swoim imieniem (bez nazwiska), podać swój adres mailowy, który posłuży wyłącznie do kontaktu w celach konkursowych – jest on widoczny tylko dla nas.

3. Spośród wszystkich opublikowanych recenzji, wybierzemy naszym zdaniem dwie najciekawsze, które kolejno nagrodzimy:

  • Za pierwsze miejsce zestaw płyt + podwójny bilet kolekcjonerski (dla Ciebie i towarzysza broni) na koncert.
  • Za drugie miejsce pojedynczy bilet kolekcjonerski na koncert.

4. Na Wasze zgłoszenia czekamy do 8.12 do godziny 12:00

5. Zastrzegamy sobie prawo do odrzucenia niespełniających warunków recenzji.

Darmowa dostawa w EMP Shop

Podobne artykuły

Kvelertak po koncercie z Metalliką zagra we Wrocławiu. Kup bilet, drugi otrzymasz od nas w prezencie!

Dominika Kudła

Reedycje trzech pierwszych płyt Saxon do wygrania w naszym konkursie

Tomasz Koza

Black Sabbath “The End of The End” – 11 października w Multikinie! Wygraj bilety do kina

Tomasz Koza

40 komentarzy

Sylwester Olszewski 2 grudnia 2018 at 13:29

Hmm.. Więc tak.. Nie będę ściemniał, płyta Mistrzów thrashu z Essen ” Coma of souls”, rozpieprzyła wtedy mój niedorozwiniety 17 letni mózg na kaszane… Pamięcią sięgam do czasu pobytu pod namiotem w Czechach roku 90 ubiegłej dekady, kiedy to właśnie chłopaki z Kreatora uraczyli moje uszy, tak zacnie skomponowanymi utworami, które do dnia dzisiejszego uważam, za majstersztyk ich dokonań i kunsztu muzycznego. Utwór “people of the lie” do dziś uważam, za jeden z najlepszych numerów na płycie, który jest hymnem dla mnie all brothers in the World. Amen.

Odpowiedz
Szymon 2 grudnia 2018 at 14:13

“Cause for Conflict” jest jedyną w swym rodzaju płytą w dorobku Kreator. Siódmy album studyjny niemieckich geniuszy thrash metalu jest wielce odmienny od reszty ich płyt. Dlaczego? Jest to jedyny krążek, za którego sterami nie zasiadł Ventor. Dało to inne, tym razem death metalowe brzmienie, co jest niewątpliwe ciekawym urozmaiceniem oraz eksperymentem w dyskografii niemieckiej machiny. Wspomagany gitarą Franka Blackfire’a zespół stworzył album kompletny, przemyślany, niepowtarzalny, ale przede wszystkim świetny brzmieniowo, jak i kompozycyjnie. Płyta kopie aż miło od początku do ostatnich jej dźwięków, ani trochę się nie nudzi. Stanowi ona kompletnie inne odbicie kapeli, nieznane ówcześnie fanom. Wspomniany przeze mnie eksperyment jest z całą pewnością udany, do dnia dzisiejszego broni się sam przed wszelkimi negatywnymi opiniami, bądź zarzutami. Najmocniejsze strzały albumu, czyli “Catholic Despot”, “Hate Inside Your Head” czy “Men Without God” są świetnymi przykładami na to, że Kreator to nie tylko “Pleasure To Kill” czy “Terrible Certainty”.

Odpowiedz
Rafał 2 grudnia 2018 at 14:34

Po przesłuchaniu pierwszej studyjnej płyty Kreatora, pomyślałem: ” nie no, co za nie równy wokal, tego sie nie da słuchać!” Przez długi czas nie myślałem wówczas nawet przez chwilę o Kreatorze. Po wielu latach dałem “szansę” chłopakom z Essen i padło właśnie na “Coma of souls”. I tu było niezłe zaskoczenie i duża zmiana na plus !! Mille, zdecydowanym i potężnym głosem prowadzi swą opowieść w rytmie ciężkich i mocno trashowych riffach i brutalną siłą !!! To było TO. Wzorowy trashmetal od początku do końca. No i w ten oto prozaiczny sposób, Kreator porwał mnie w swój porąbany świat !!! Ten ekstatyczny stan, trwa po dziś dzień i jestem z tego powodu ogromnie szczęśliwy !!! \m/\m/

Odpowiedz
Krzysztof 3 grudnia 2018 at 09:54

Za dużo nie będę pisał na temat Kreatora. Każda ich płyta jest po prostu bardzo fascynującym, a jednocześnie niepokojącym przeżyciem. “Outcast” zabrał mnie w niesamowitą podróż, i co z tego że płyta jest kolejnym eksperymentem? A no nic z tego, bo tak czy siak, stać w miejscu nie można, a eksperyment wyszedł rewelacyjnie.

Odpowiedz
Artek 4 grudnia 2018 at 16:39

Moim skromnym zdaniem ”Coma of Souls” to klasyka gatunku.Pamietam premiere płyty,miałem wtedy 14 lat 🙂 i koncert w Katowicach w hali AWF,było przepieknie.Dzisiaj juz łeb siwy ale Kreator nadal często odsłuchiwany.Czapki z głów Panowie.U mnie Wasze płyty zawsze na czele.

Odpowiedz
Łukasz 4 grudnia 2018 at 19:36

Dimmu Borgir kazało czekać na swoje najmłodsze dziecko szmat czasu i szczerze mówiąc niewielu wierzyło, że opuści ono kiedyś łono matki. Sam zdążyłem zapomnieć o istnieniu tej ekipy pod natłokiem nowych materiałów pozostałych czarnych dusz. Najnowsze dzieło norweskiej ekipy nie jest tworem na miarę ich możliwości a jedynie dobrze wydaną produkcją. Brzmi to poprawnie a zarazem brakuje w tym ognia. Płyta jest utrzymana w średnio – wolnym tempie i poza kilkoma zrywami nie zapada niestety w pamięć. Kiedy usłyszałem promujące utwory miałem nadzieję, że to lekka mrzawka przed prawdziwą burzą z piorunami. Jak się później okazało to były jedne z najlepszych utworów na tym krążku. Eonian nie jest dla każdego i myślę, że nawet najwierniejszych fanów potrafi zmęczyć, aczkolwiek zachęcam do przesłuchania choćby dla kilku smaczków znanych ze starszych wydawnictw. AVE

Odpowiedz
Waldemar 4 grudnia 2018 at 22:12

“Outcast” jest 8. albumem w dorobku Kreatora, jednak różni się on od poprzednich krążków. Od pierwszej piosenki „Leave This World Behind” można już usłyszeć, że jest inaczej – ale czy to źle? Dominująca ciężkość utworu i chwytliwy refren sprawia, że słuchacz daje się wciągnąć . Do najlepszych kawałków można zaliczyć : „Phobia”, „Stronger Than Before” i „Against the Rest” – w tych piosenkach znajdziemy to z czego znany jest Kreator. Są także i niezbyt udane utwory ,chociażby jak „Black Sunrise”, który totalnie nie wpasowuje się w nurt niemieckiego thrash metalu. Czuć tu wyraźny wpływ industrialu, co spowodowało niestety mniejsze zainteresowanie tym krążkiem. Komu można go polecić? Przede wszystkim osobom, które nie boją się mieszania styli muzycznych, ale także zwolennikom spokojniejszego grania. “Outcast” to nie “Pleasure to Kill” jednak warto przesłuchać by wyrobić sobie własne zdanie.

Odpowiedz
Jakub 5 grudnia 2018 at 11:44

Wprawdzie mówienie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze, cytując klasyka, ale od razu można śmiało stwierdzić o „Eonian” Dimmu Borgir, że ten gmach jest na prawdę solidny. Wszystko jest tu na swoim miejscu i podane w odpowiednich proporcjach, nieprzeładowane, odpowiednio się dopełniające, elementy składowe dobrane są z precyzyjnie i z rozmysłem, dynamika rozłożona jest odpowiednio, a struktury kompozycji cechuje wręcz kliniczny porządek. To, co charakteryzuje „Eonian” to dobre riffy i melodie, przekonują także chóry swoją mocą i prostotą bez zbędnego przekombinowania i brakiem pretensjonalności dobrze wykonując swoją robotę nadawania odpowiedniej wzniosłości i klimatu, skądinąd te chóry i pewne patenty wprowadzone przez syntezatory wydają się być do siebie podobne, ale jako punkty wspólne dla utworów wpływa to na spójność odbioru różnorodnej płyty jako całości. Trudno się w przypadku tej płyty czegoś uczepić, gdyż jest to dokładnie przemyślane w szczegółach oraz nie pozbawione twórczej inspiracji dzieło, i chociaż płytę wydaje się cechować miejscami pewna zachowawczość to jest to dzieło na tyle równe i nosi w sobie niezaprzeczalną jakość, że trudno nie sądzić, że jego kształt, którego główne atuty to hipnotyczność, transowość, klimatyczność i refleksyjność, wydające się być odpowiednie dla zasadniczej koncepcji tematu płyty, a więc iluzoryczności postrzegania rzeczywistości i czasu, został mu nadany z pełną premedytacją.

Odpowiedz
Damian 5 grudnia 2018 at 14:17

KREATOR – Violent revolution jedna z moich faworytów w stajni kreatora . Płyta technicznie bardzo dobra, spójna , jeden wałek pasuje do drugiego łacząc się w jedna konkretna całość . Dane było mi także być na koncercie promującym ten album , rok 2002 (mega club w starym miejscu) z dwoma saportami które stylistycznie pasowaly (jak w morde strzelił) do kreatora, były to sodom i destraction , piekny zestaw . Kreator oczywiscie ograł conajmniej poł nowego albumu to bylo coś \\m//

Odpowiedz
Piotr 5 grudnia 2018 at 15:37

Kiedy KREATOR wydał album “Outcast”, ten od razu stał się moim ulubionym albumem grupy. I pozostało tak na wiele lat. Przede wszystkim dlatego że był płytą nowoczesną jak na standardy thrash metalu. Kilka patentów gdzie gitary cichną znienacka daje wrażenie sterylności. Coś co wówczas było dość kontrowersyjne. Większa doza melodyki? Owszem! KREATOR już wtedy wystawił starych fanów na próbę. Zresztą moi koledzy nie podzielali mojej estymy wobec “Outcast”. Mnie podobało się z kolei że szorstki jak papier ścierny wokal Petrozzy tutaj doczekał się kilku momentów przesterowania. Zespół “Endoramą” zaszokował i mnie, a od “Violent Revolution” zanotował w moim odczuciu znaczną zwyżkę formy i przebił wówczas również “Outcast”. Ale zarówno otwierający album konkretny strzał w postaci “Leave this world behind” oraz kapitalny utwór “Phobia” do dziś są moimi faworytami w bogatej dyskografii kapeli. W dalszym ciągu traktuję ten album w sposób szczególny, zresztą to po jego wydaniu zobaczyłem ich pierwszy raz na żywo, więc po części tłumaczy to sentyment. Wydana w dość dbały sposób kaseta dumnie prezentowała się na tle pirackich wydań poprzednich albumów. Chętnie zasiadałem przed magnetofonem i śledziłem teksty wraz z książeczką.

Odpowiedz
Nina 5 grudnia 2018 at 16:55

W muzyce metalowej powiedziano już niemal wszystko. Ciężko jest usłyszeć coś świeżego,
zwłaszcza, gdy tendencje muzyczne lubią powracać po latach do pewnych charakterystycznych momentów danych zespołów.
Pierwsze przesłuchanie Eonian przede wszystkim utwierdziło mnie, że muzyka Dimmu Borgir nie jest siła wypadkową początkującego zespołu, a sumą doświadczenia i ukształtowania muzyków, podążających na scenie black metalowej własnymi ścieżkami.
Jest przesycona dźwiękami, bogata w stawki symfoniczne bardzo charakterystyczne dla ich muzyki.
Ciężar gitar wypełniony melodią nie jest zimnym norweskim darciem strun, z którym skojarzyć można gatunek. black metalu.
Tak bogate, podane na tacy dla fanów danie, odbiega od prostych wcześniejszych kompozycji.
Zalewająca profuzja dźwięków stanowi rozszerzenie symfoniczności Abrahadabry,
jakby kierunek nadany poprzednim albumem był metką, którą należy przypiąć aktualnej ich twórczości.
Kompozycja całości nie ułatwia wyboru poszczególnych utworów, o których można powiedzieć, że staną się ulubionymi.
Interdimensional Summit wyłamujące się ze schematu gatunku, niczym wisienka na torcie, nadająca się do potrząsania do rytmu grzywką, jest zarazem najbardziej metalowe w tym przesiąkniętym muzyką symfoniczną głównym daniu dla wielbicieli złożoności dźwięków.
Eonian jest dojrzałym podsumowaniem Dimmu Borgir, udowadniającym, że z wiekiem muzyka jest jak wino, może być lepsza, nie zepsuta rutyną.
Dla osób słuchających zespołu od pierwszych jego płyt, album Eonian przenosi słuchacza w całkowicie inne rejony, podając na złotej tacy kompozycje złożone, wymagające kilkukrotnego odsłuchania by w pełni cieszyć się każdym niuansem.

Odpowiedz
Jakub 5 grudnia 2018 at 20:35

Kreator-Coma of Souls

Piąty studyjny krążek thrashmetalowej bestii z Essen jest niewątpliwie momentem przełomowym w ich dorobku. Zespół postawił tutaj podobnie jak na mniej surowe acz dalej agresywne i ostre brzmienie. “Stwórca” moim zdaniem zrobił na tym materiale ogromny postęp muzycznie, lirycznie no i jakościowo. Na parę słów dodatkowego uznania zasługuje to co Ventor wyprawia na tej płycie na garach. Coma of Souls zawiera wszystko czego potrzeba albumowi metalowemu. Ciężko recenzować coś tak bezbłędnego jak ten materiał, nie ma tutaj mowy również o czymś takim jak najlepszy utwór, wszystkie zasługują na to miano. Bez dwóch zdań jest to pozycja obowiązkowa dla każdego fana muzyki metalowej(choć pokusiłbym się o stwierdzenie, że nie tylko metalowej)

Odpowiedz
Bartosz 6 grudnia 2018 at 12:26

Po raz pierwszy usłyszałem Kreatora jako nastolatek w Wieczorze płytowym w Programie II Polskiego Radia, czyli audycji prowadzonej przez Tomka Beksińskiego. Panowie redaktorzy zaprezentowali wtedy “Extreme Aggression” i podsumowali tę płytę komentarzem: “no more Kreator”. Pomyślałem wtedy, że każdy przecież ma prawo do własnej opinii. “Extreme Aggression” – oczywiście nagrałem na kasetę i wsłuchiwałem się w nią na słuchawkach, żeby rodzice nie narzekali na “łomot”. Kiedy zobaczyłem na jednej z polówek na bazarze “Coma of Souls” nie wahając się długo nabyłem i…pokochałem to dzieło od pierwszego naciśnięcia “play”. Utwór tytułowy, kultowy “People of the Lie”, czy też “Terror Zone” to moi faworyci z tej płyty, jednakże słucha się jej w całości od początku do końca. Dzisiaj brzmienie zaprezentowane na “Coma of Souls” zapewne nie powalałoby z nóg, ale wtedy to był cios między uszy, po którym nie podniosłem się do dzisiaj, uczestnicząc w większości koncertów Kreatora w Polsce. Czy, mimo armatki z konfetti używanej przez Mille’a Petrozzę podczas ostatniej trasy, wybiorę się na kolejny koncert Kreatora? Zapewne tak, żeby chociaż zedrzeć gardło przy “People of the Lie” 🙂

Odpowiedz
Eryk 6 grudnia 2018 at 23:26

Album “Coma of Souls” od Kreatora usłyszałem już za dzieciaka. Thrash Metal był od zawsze w moim domu. Z początku jako gówniarz nie doceniałem tej muzyki i dopiero z wiekiem zacząłem mieć do niej większy szacunek. Piąte wydawnictwo Kreatora od lat siedzi w mojej głowie. Zmiana tradycyjnego brzmienia, na takie z zalążkami industrialnego, a nawet gotyckiego metalu jest dla mnie czymś niesamowitym. Kawałek inaugurujący album – “When The Sun Burns Red” jest moim faworytem na tej liście, a solówka Petrozzy za każdym razem przyprawia mnie o gęsią skórkę. W tym samym czasie swoje albumy wypuścili dwaj Giganci – Slayer oraz Destruction. Niektórym mogłoby się wydawać,że Kreator na ich tle wypadnie słabo lecz dla Mnie i dla wielu innych to właśnie Kreator jest Herosem. I ta innowacyjna zmiana zapewniła sukces temu albumowi i wzrost pozycji Niemców na scenie metalowej. Niesamowitym przeżyciem byłoby usłyszenie ich niepowtarzalnego brzemienia na żywo.

Odpowiedz
Maciej 7 grudnia 2018 at 10:55

W `92 Kreator wydał album inny niż do tej pory. „Renewal” to pierwsze dziecko Petrozzy będące wynikiem eksperymentu. Ojcem jego thrash metal, matką zaś industrial. Mille niewątpliwie miał romans z muzyką industrial (w końcu „Dimension Hatross” Voivoda to jeden z jego ulubionych krążków) i naturalnie zasilany tym pragnieniem, chciał zapisać część tego w swoim muzycznym kąciku zwanym „Kreator”. Po chwili uważnego wpatrywania się w listę albumów zaskakujące jest to że album następny „Cause for Conflict” faktycznie sprawia wrażenie jakby zespół przeżył „Odrodzenie” gdyż jest bardzo agresywny i szybki, pozbawiony kompromisów, eksperymentów – jak na niemiecką ekipę przystało. Jednak to „Renewal” sili się na taką symbolikę – albumu mającego stanowić coś nowego i dać powiew świeżości, być momentem zwrotnym dla zespołu. Cóż jeśli chodzi o zwrot – Kreator jednak wracał do eksperymentów („Outcast”). Czy na albumie znajdziemy mocne łupnięcie jakiego szukają old-schoolowi fani? „Zero to None” miło zaskakuje nas wejściem z przesterem zawierający soczysty gruz. Małe, ale widoczne eksperymenty na wokalu i przy niestandardowej solówce dają niestety przypomnieć jakiego albumu słuchamy. Na uwagę zasługuje „Reflection” – otwierający riff może się wydawać nawet śmieszny przez próbę wprowadzenia psychodelii, widzę już niesmak starych fanów do „Renewal” wywołany właśnie przez taką mieszankę. Niestety riff nie daje o sobie zapomnieć i wybrzmiewa dalej w tle. Modulacja głosu Petrozzy a następnie powrót do thrash metalowej sieczki jak gdyby nic też ma komiczny wydźwięk. Kawałek jest niestety dobrym argumentem żeby zniechęcić poszukiwacza klasycznego thrashu. Perełek nie ma końca. Chcę wyróżnić jeszcze „Realitätskontrolle” które tak naprawdę czyni zamieszanie – jest to pokaz 1 minutowej psychodelii i wywołuje paradoks – pasuje do albumu, ale nie pasuje do Kreatora. Ostatnią odznakę „odnowienia” dostaje „Karmic Wheel” za otwarcie kompozycji instrumentalnej i zmianę tempa w środku utworu co trochę ratuje utwór, bo niestety jest przeciętny. Słuchając albumu można odnieść wrażenie trochę niechlujnego stylu śpiewu, szczególnie na pierwszym utworze. Streszczając do jednego zdania – album tylko dla naprawdę odpornych i wtrwałych fanów.

Odpowiedz
Jerzy 7 grudnia 2018 at 11:43

Dimmu Borgir – Eonian. Jedna z najbardziej oczekiwanych płyt 2018. Może bez artystycznych oczekiwań za to zwyczajna ciekawość każe sprawdzić jak po niemal dekadzie od ostatniej płyty radzi sobie w 2018 roku najpopularniejszy zespół black metalowy. Ku mojemu zaskoczeniu, radzi sobie bardzo dobrze. Przestałem śledzić wnikliwie ich twórczość 2 lub 3 płyty temu. A teraz jest Eonian i sprawia mi mnóstwo frajdy. Najprościej: jeśli ktoś czekał na Enthrone Darkness Triumphant II to właśnie go dostał. Oczywiście nie w wersji 1:1 ale melodyka w bardzo dużym stopniu została zachowana. Co dziwne, nie spotkałem sie z recenzją Eonian, która jakkolwiek wskazywałaby na podobieństwo do EDT również sam zespół milczy w tym zakresie. Eonian odbieram nie jako szukanie Świętego Graala symfonicznego black metalu, bo taki już kilka razy znaleźli, ale jako ukłon w stronę fanów (no bo, umówmy się, każdy fan Dimmu najbardzej lubi EDT lub oczekuje czegoś na miarę EDT II). Dobrze napisana, dobrze brzmiąca płyta. Nie rewolucja. Pozycja sentymentalna dla fanów oraz tych, którzy w muzyce nie szukają nic dalej ponad to, co znają. Bo na pytanie czy ta muzyka broni się dziś, w 2018, sama? No nie broni, symph-black metalowe zespoły na dzisiejszej scenie mozna policzyć na palcach jednej ręki. Za to płyta jest bardzo dobra. Mam nadzieję usłyszeć jaknajwięcej numerów z Eonian na żywo. W połączeniu ze stale wykonywanymi utworami zapowiada się noc 1000 przebojów a takie koncerty lubie najbardziej.

Odpowiedz
Sebastian 7 grudnia 2018 at 11:57

Kreator “Outcast” – tytuł idealnie wpasowuje się do zawartości. Z całej obecnej dyskografii Kreatora można śmiało powiedzieć że ta płyta to taki prawdziwy “wyrzutek” w ich twórczości. Już pierwszy utwór “Leave this world behind” dużo nam mówi i niestety puls nam szybciej nie podskoczy ani karku nie skręcimy przy nim. Zbyt wolno, utwory na jedno kopyto, jedno jednostajne brzmienie, nagrania bez większej mocy, pomysłu i polotu. Jedynym hitem i najmocniejszym punktem całości jest nieśmiertelna “Phobia” odgrywana chyba niemalże na każdym koncercie. Ten utwór Kreatora jest podobny pod względem tekstu do “Fear of the dark” Iron Maiden, szybko zapada w pamięć i kojarzy się go z zespołem. Czy jest ktoś z fanów metalowego grania kto nie zna początkowych gitarowych riffów i słów “Is there something after you? Something after you?” Prosto szybko i łatwo tak jak powinna wyglądać całość lecz niestety nie wygląda. Płyta jest jak najbardziej do przesłuchania ale nie do odgrywania na stałe, zbyt dużo myślenia i kombinowania przy jej tworzeniu jak choćby przy kawałku “Whatever It May Take”(przesterowanie elektroniką głosu Mille) nie wyszło jej na dobre. Poszukiwania nowej drogi w muzyce nie zawsze się opłaca czego doskonałym przykładem jest “Outcast”

Odpowiedz
Nina 7 grudnia 2018 at 12:09

KREATOR – RENEWAL

Przyznaję, że ilekroć myślę o Kreatorze, natychmiast przychodzą mi na myśl słowa “brutalny thrash metal”. Głupia ja, bo wszyscy wiemy, że to błąd. Mille, Ventor i reszta ferajny dużo kombinowali i tylko ich wczesne albumy oferują naprawdę surowy, brutalny, nieujarzmiony thrash. “Renewal” (pol. “Odnowienie”), jak sama nazwa mówi, pokazuje inny aspekt zespołu. Zaskoczony słuchacz nadzieje się tu na lekko psychodeliczne sekwencje (szepty na początku “Reflection”), nietypowe linie melodyczne i przejścia (“Karmic Wheel”), nieszablonowe sola (“Brainseed”) i mniej agresywny wokal Mille (podczas całego albumu). Żeby tego było mało, zespół rozszerza również swoje spektrum liryczne – poetycki tytuł, taki jak “Europe After the Rain”, nie byłby do zaakceptowania wcześniej. Szybkie kawałki, takie jak (dość spójny swoją drogą) “Brainseed”, niestety pozostają wyjątkiem. Niemniej jednak, całościowo płyta jest zbyt dobra, aby kompletnie puścić ją w niepamięć.

To co wyróżnia “Renewal” to duża ilość chwytliwych melodii. Wiadomo – można je lubić bądź nie, ale niewątpliwie zostawiają swój aromat po randce z tym krążkiem. Trafia się jednak również bezużyteczne intermezzo z surowym niemieckim tytułem “Realitätskontrolle”, które jest zjadliwe chyba tylko dla fanów industrialnego hałasu, nienawidzących żadnej formy muzyki. Trzeba zatem przyznać, że “Renewal” na pewno jest odważnym albumem. Hasło “Bezpieczeństwo” zdecydowanie nie było maksymą podczas sesji nagraniowej, mimo że utwory takie jak ostry i przekonujący otwieracz pasowałyby stylistycznie na “Coma of Souls”. Pionierzy dewastującego niemieckiego thrashu starają się pozostawić swój stary wizerunek i iść w nieznane, nie odcinając się całkowicie od swoich korzeni. Brzmienie gitar wciąć nie jest przyjemne i łatwo przyswajalne dla ludzi, którzy nie lubują się w metalu, jak i pomimo zdecydowanie łagodniejszych wokaliz, głos Mille wciąż nie nadaje się dla entuzjastów poezji śpiewanej.

Pierwsza połowa albumu to całkiem sympatyczna mieszanka melodii z agresją, utrzymana w średnich tempach. Utwory mają dobry podkład, nie brakuje tu różnorodności, a chłopaki z Kreatora unikają bezładnych sekwencji, które szkodzą ogólnemu wrażeniu. Jednak bezkompromisowa brutalność została całkowicie utracona, a to właśnie ten pazur sprawiał, że Kreator tak mocno zawładnął thrashowymi maniakami. “Renewal” nie ma nic, co robi różnicę, jest to całkiem przyzwoity album, ale znowu – ostatnie utwory nie spełniają oczekiwań. “Zero to None” to przykład na brak… wszystkiego: melodii, chwytliwości, zaskakujących przerw. “Europe After the Rain” jest nieco lepsze, ale wszystko rozpada się, gdy rozpoczyna się jego prymitywny środkowy fragment. Jednak pomimo wypełniaczy, “Renewal” nie jest złą robotą. Tyle tylko, że znajduje się wiele lat świetlnych za ich wcześniejszymi, klasycznymi albumami.

Ocena 6,5/10

Odpowiedz
Jakub 7 grudnia 2018 at 12:51

Kreator – Coma of Souls

To był rok 1990. Wstałem na potężnym kacu. Odpaliłem wieżę. Wrzuciłem kolejną płytę z zakładki “thrash”. Wyszedłem na balkon i krzyknąłem WRRRRRR. Miałem wrażenie, że w tamtym momencie scena thrashowa umarła. Zespół A brzmiał dokładnie tak, jak zespół B, który brzmiał tak, jak zespół C, który brzmiał dokładnie tak, jak prawie wszystko inne. Nie było nic nowego do stworzenia, a poza pionierskimi zespołami i kilkoma naprawdę wyjątkowymi przypadkami, thrash był pełen zespołów bez wyobraźni. Myślą przewodnią było powielanie tych samych pomysłów, ale zawsze w bardziej nudny sposób – tak, by brzmiały jak drugorzędne słabe imitacje samych siebie. I nagle bum. I nagle jeb. I nagle dostałem w ryj. Dostaliśmy Kreatora, który w tym roku wydał swój najlepszy album. I to po serii naprawdę morderczych poprzedników.

To ten wspaniały przypadek, kiedy krążek w dniu premiery już dostaje miano klasyki. Produkcja – bezbłędna, riffy – twórcze, wokal – bezlitosny, perkusista – brutalny jak diabli! Nie ma nic niepotrzebnego w tym albumie, brzmi on jak ostateczny krok w rozwoju świetnych muzyków o dość twórczych umysłach, a wynik tego jest absolutnie poza wszelką skalą. Czuć tutaj zespół, który naprawdę brzmi jak coś innego i jest w tym pomysłowy.

“When the Sun Burns Red” zaczyna się od czystych gitar w tajemniczym interludium, które ma przygotować Cię do masowego ataku brutalnych riffów i totalnego rozpie**olu, prawdziwa cisza przed burzą. Wtem wchodzą przesterowane gitary, diaboliczny krzyk przecina powietrze i zaczyna się thrashowa apokalipsa!

Każda chwila tego albumu jest doskonała, każdy riff brzmi, jakby był napisany w punkt. Każda nuta brzmi, jakby została umieszczona w idealnym miejscu po długim przemyśleniu i wszystkie tworzą razem bezbłędne riffy. “Coma Of Souls” zaczyna się chwytliwymi akordami. Tylko po to, by za chwilę podkręcić tempo kilkoma riffami, które brzmią przeszywająco i przytłaczająco. W 2:39 pojawia się wielka przerwa, która brzmi dość shreddingowo, a potem staje się bardziej melodyjna. Kolejna przerwa w tempie – a piosenka staje się bardziej umiarkowana z wyciszonymi riffami. Wszystko po to, by zaraz wrócić do wielkiego głównego riffu z kilkoma przerażającymi okrzykami: “COMA OF SOULS !!”

Wokale są złowieszcze. Petrozza ma głos, który brzmi jak niski dźwięk warczącego death metalu i wysoki krzyk. Jednocześnie jest to klarowne i dobrze można zrozumieć teksty. No właśnie – teksty. One mają również prawdziwe znaczenie. “People Of The Lie” to anty nazistowska piosenka, a Petrozza nie ukrywa swoich opinii na ich temat (“jesteś dla mnie zmarnowaniem ciała i krwi”).

Kolejną wartą opisu trasą jest “Terror zone”. To najdłuższy utwór (6 minut) i najmroczniejszy fragment na płycie! Zaczyna się od riffu, który brzmi jak apokalipsa, potem staje się bardziej agresywny z umiarkowanym tempem i kilkoma gitarami. Wszystko to zmierza do punktu szczytowego, w którym staje się bezlitosnym zabójcą! Kawałek ma świetną perkusję i świetne riffy, a także fenomenalne shreddingowe solówki. W końcu Kreator zabiera nas w szaleńczą podróż pełną prędkość w tempie 250BPM, a następnie powoli wraca do pierwszego riffu w 80BPM….. i następuje koniec…… To jest jedna z tych rzeczy które musisz posłuchać! Poczuć. Przeżyć. To absolutnie jeden z najlepszych kawałków thrashowych w historii!

Jeśli nigdy wcześniej nie słuchałeś thrashu – przeproś, weź ten album i uważnie go przesłuchaj!

Zdecydowanie nie jest to płyta dla pomyleńców lub pozerów, ponieważ ma riffy nie do powstrzymania, które zdmuchną ich do strefy terroru…

Absolutne 10/10

Odpowiedz
Ewa 7 grudnia 2018 at 18:46

Gdy tylko usłyszałam pierwszy utwór promujący nowy album Dimmu Borgir (“Interdimensional Summit”) wiedziałam, że chcę jak najszybciej przesłuchać całą płytę i że nie będę nią zawiedziona.
“Eonian” to płyta niemalże pod każdym względem bliska ideałowi. Wywarła na mnie niezwykłe wrażenie, przede wszystkim poziomem tekstów oraz ich głębią i mądrością. Gdy przesłuchując album kolejny raz, wczytałam się w nie uważnie, miałam ciary na całym ciele. Wielu osobom nie podoba się to odejście od tradycyjnego black metalu w warstwie zarówno muzycznej, jak i lirycznej. Faktycznie nie jest to trv brvtal black metal z nieustannym napierdalaniem w perkusję i tekstami o triumfie zła, Szatana i ciemności. Jest to coś znacznie więcej, a żeby to dostrzec trzeba umieć spojrzeć głębiej, by dostrzec istotę rzeczy. “If you cannot see, you will not truly know…”
Tematyka utworów obraca się wokół świadomości, poszukiwania sensu egzystencji, lucyferiańskiej filozofii a nawet kocepcji psychologii jungowskiej. Z tekstów można wyciągnąć wiele ważnych egzystencjonalnych przesłań i wskazówek. “To govern thyself, you must know your darkness, to govern thyself, you must know your past”…
Oprawa muzyczna doskonale współgra z liryczną. Do tego typu tekstów po prostu nie pasowałoby zbyt szybkie tempo czy dominująca perksuja. Atmosfera jest celowo epicka, uroczysta, dostojna, w pewnym sensie gotycka. Słuchając muzyki na płycie można niemalże odczuć, jak jest naładowana energią i wejść w trans. Efekt ten myślę że został uzyskany celowo. Z całą pewnością sprzyjają temu epickie orkiestracje, chórki, złowrogie i wywołujące dreszcze malodeklamacje Shagratha, mroczne i niepokojące melodie… Jednym z najlepszych utworów na płycie jest “Council of Wolves and Snakes” który w bardzo ciekawy sposób został oparty na wokalnych kontrastach i rozbudowany o “plemienne okrzyki” w tle.
Podsumowując, zdaję sobie sprawę że ten album może nie podobać się wielu blackmetalowym konserwatystom, którzy oczekiwali czegoś zupełnie innego. Jednak oskarżenia typu, że “nie jest to już metal, a pop” są absurdalne. Dimmu Borgir grali symfoniczny black metal od dawna, więc co najmniej dziwne jest to oburzenie niektórych, że wykorzystywane są symfonie i orkiestracje. A utwory takie jak “Archaic Correspondence” czy “The Empyrean Phoenix” nie różnią się wiele od ich poprzednich dokonań, a wręcz klimatem bardzo kojarzą się z Enthrone Darkness Triumphant. Zresztą w całej płycie słychać w wielu momentach podobieństwo do EDF.
Płyta wymaga wielokrotnego i uważnego odsłuchania, by w pełni ją docenić i zrozumieć. Zdecydowanie nie jest dla każdego, ale dojrzali słuchacze docenią jej kunszt i ogrom włożonej w niej pracy.

Odpowiedz
Joanna 7 grudnia 2018 at 19:41

„Eonian” Dimmu Borgir

Na swój najnowszy, dziesiąty już album, Dimmu Borgir kazali czekać fanom aż 8 długich lat. „Eonian” zaczyna się relatywnie spokojnym „The Unveiling”, które zarazem daje nam pewien obraz całej płyty: nie brakuje agresywnych gitar Silenoza i Galdera, ani charakterystycznych, miejscami dość niskich growli Shagratha, a nasz rodak Daray jak zawsze wzorowo spisuje się na bębnach. Za to od razu na pierwszy plan wysuwa się chór, obecny w muzyce Norwegów już od dawna, tu jednak odgrywający zdecydowanie większą rolę niż dotychczas. Jest to zwłaszcza wyraźne w drugim kawałku, „Interdimensional Summit”, który posłużył za pierwszy singiel promujący płytę – chór i towarzyszące mu symfoniczne aranżacje, dźwigające cały refren oraz most, przywodzą na myśl raczej Epikę, niż, dajmy na to, Darkthrone czy Mayhem, zaś komentarze pod teledyskiem pytające kąśliwie, kiedy to Nightwish wymienił kolejną wokalistkę, zdecydowanie mają w sobie przysłowiowe ziarno prawdy. Swoją drogą, klip do utworu – autorstwa Patricka Ullaeusa, szwedzkiego weterana z setkami teledysków na koncie – nie wnosi może nic oryginalnego, lecz całkiem przyzwoicie przedstawia zespół szerszej publiczności, pod którą bez wątpienia skrojony jest kawałek: nie brakuje złowieszczych min Galdera, Shagrath miota się w czarnych skórach po opuszczonym hangarze, a w tle świecą neonowe pentagramy. Może i jest to metalowy Broadway, ale 3,6 miliona wyświetleń na YouTubie to nie lada osiągnięcie, i to nie tylko jak na extreme metal.

Ogólnie płyta toczy się w średnim tempie, w atmosferze, chciałoby się powiedzieć, miejscami niemal stonowanej. Doskonale słychać to w drugim singlu, „Council Of Wolves And Snakes”, gdzie zespół zdecydował się na eksperyment w postaci wstawek śpiewanych, budzących, z pewnością zamierzone, skojarzenia z obrzędami plemiennych szamanów. W numerze znalazło się też miejsce na stricte black metalowy refren, z cwałującą, precyzyjną perkusją, świdrującym riffem i skrzeczącym growlem. Z kolei następujący potem „The Empyrean Phoenix” to istny metalowy hymn, dumnie prezentujący wszystkie charakterystyczne dla zespołu elementy: jest moc, jest melodyjność, jest oczywiście i podniosły chór.

Rzeczona ewolucja zespołu w coraz bardziej symfonicznym kierunku prawdopodobnie nie spodoba się fanom utrzymującym, że „Dimmu skończyło się na »Enthroned Darkness Triumphant«”, ale zadowoli z kolei wielbicieli późniejszych płyt, choćby „In Sorte Diaboli” czy, a i owszem, „Abrahadabry”. Również warstwa tekstowa nawiązuje zdecydowanie najsilniej do poprzedniego albumu Norwegów – ponownie mamy okazję wsłuchać się w teksty o tematyce mistycznej, a nawet ezoterycznej. Tym razem skupiają się one nie tylko na duchowym dojrzewaniu, przemianach czy wpływie jednostki na otaczającą rzeczywistość, ale również na bezlitośnie upływającym czasie i poświęceniach, jakie nas czekają, jeśli pragniemy się rozwijać i iść wciąż naprzód.

Płytę wieńczą dwie bodaj najlepsze kompozycje. Tryumfalne „Alpha Aeon Omega” to swego rodzaju mantra, mimo durowej tonacji niemal optymistyczna w refleksji nad naturą przemijania i egzystencji. Z kolei końcowy utwór „Rite Of Passage” zabiera nas w melancholijną podróż, już nie po surowych fiordach czy oblodzonych pustkowiach, jakie przywoływały wczesne płyty zespołu, a raczej po ekspansywnych, posępnych krajobrazach rodem z hollywoodzkiej produkcji fantasy. Instrumentalny utwór znamionuje dalszy rozwój zespołu i sugeruje, że muzycy dojrzeli do zbadania nowej ścieżki, a okres szokowania dla samego szokowania mają już raczej za sobą.

Na pytanie, czy warto było 8 lat czekać na najnowszy krążek Norwegów, odpowiadam więc zdecydowanym TAK!

Odpowiedz
Agnieszka K. 7 grudnia 2018 at 21:51

Pamiętam, że Kreator dawał mi takiego kopa oraz radość z tego, że zespół nagrał kolejny fajny materiał, publikując “Coma Of Souls”. Zawarli na nim parę kompozycji, które miały zadatki na to, aby znaleźć się w koncertowej setliście, dopóki legendarna formacja będzie występować. I tak też się dzieje do dziś. Dziesięć numerów, które nagrali na “Coma Of Souls” to esencja gatunku. Z tej muzyki naturalnie wylewa się pasja do grania takiej muzyki – słychać to bez głębszej analizy. Album ma w sobie świeżość, porywającą energię niemal w każdej piosence oraz riffy, które wchodzą do głowy i na długo wynajmują sobie w niej kwaterę. Do tego materiał jest spójny, konkretny, nieprzegadany. Jest tyle muzyki, ile trzeba. Mięsiście, czysto, nieprzesadnie sterylnie. Panowie mają wyczucie i wyobraźnię, wiedzą co to dobry riff, rozumieją specyficzny thrashowy groove. Może mniej jest w tych tu piwnicznego brudu i smrodu niż na pierwszych dwóch płytach, to fakt, za który część fanów ongiś hejtowała kapelę z Essen. Te kawałki dają jednak “Coma…” świetną motorykę, prostactwa w nich nie znajdziecie, gdyż muzycy powsadzali w nie niemało smaczków (np. w „When the Sun Burns Red” – a zapewniam, że pozostałym numerom absolutnie niczego nie brakuje!). Album epatuje wielką mocą. Po brzegi jest nią naładowany, w zasadzie każdy kawałek, i nie zmieniają tego obrazu, pojawiające się w paru miejscach zwolnienia, będące pochyleniem głowy z szacunkiem w kierunku Bay Area. Ta muzyka popycha człowieka w pogo, ciągnie za włosy, szarpie i gryzie. Kreator potrafił zagrać thrash tak fantastycznie i z tak wielką pasją, jak niewiele załóg w Niemczech. Pełne są znakomitych riffów i solówek, kapitalnie, klarownie i soczyście brzmią oraz nie brakuje w nich ciekawych momentów. Choć zawsze świetnie mi wchodzą krótkie, szybkie thrashowe strzały, na “Coma Of Souls” najmocniej mnie poraziły dłuższe kompozycje. Kreator z ogromną pasją i niezabijającą jej precyzją mknie przed siebie od czasu do czasu zwalniając. Generalnie jednak wściekle pędzi przez piekło, niosąc apokaliptyczne przesłanie w kawałkach, w których naprawdę sporo się dzieje. Testosteron buzuje na potęgę podczas tej bezkompromisowej jazdy przez ciemną stronę mocy. Próżno szukać zmiłowania. Kolejny raz dowodzą, że posiadają potężną skuteczność w dosadnym eksponowaniu ekstremalnej agresji 😉 , wściekłości i jawnego  bestialstwa, mimo wszystko. Choć „Coma Of Souls” niewątpliwie stanowiła przełom w karierze zespołu, jednak nie zmienili się aż tak drastycznie, jak to dopiero nastąpi w kolejnych latach. Ekipa Petrozzy udowodniła, że da się wspaniale pogodzić mocne uderzenie z fantastycznymi, zapadającymi w pamięć melodiami. To już artyści świadomi, dojrzali konsekwentni i bezkompromisowi, których należy cenić za zmysł do riffów i dobrych melodii, które lgną do głowy jak muchy do miodu. Za piosenki, które są konkretne, nieprzegadane. Mille i jego koledzy stworzyli bowiem kwintesencję siebie i zamknęli ją w niespełna 45 minutach. Cała płyta jest świetna!

Odpowiedz
Agata 7 grudnia 2018 at 22:04

Zespół ten był ikoną lat 90. Dimmu Borgir to moja miłość z czasów szczenięcych, a takie płyty jak „Stormblast” czy „Enthrone Darkness Triumphant” były grane do zajechania kaset magnetofonowych. Nastolatką będąc, zasłuchiwałam się w świeżutko wydanym “Enthrone Darkness Triumphant”. Miałam kilka ulubionych kompozycji, takich jak choćby wielki hicior „Mourning Palace”, „Entrance”, czy „Gateways”. Oddając im szacunek za komercyjny sukces i rzetelne umiejętności rzemieślnicze, nie sposób nie zauważyć diametralnych zmian stylistycznych, jakie ten zespół popełnił w ciągu grubo ponad już dwóch dekad! Jak ten czas pędzi!
Jak najkrócej i najtrafniej opisać Eonian? Chyba jako bardzo melodyjny, przebojowy i przystępny album utrzymany w konwencji blackmetalowej z dużą dawką chórów. Doskonały na duże festiwalowe sceny. Dobrze to czy źle? Co kto lubi. Album znajdzie – czy już zdążył znaleźć – tyleż zwolenników, co i wrogów. Ja należę do tej pierwszej grupy, ponieważ to płyta mocno spójna, nie przytłaczająca – w pozytywnym tych słów znaczeniu, niedługa, dobrze zmiksowana. Na pewno jest blackowo, z dość wysokim śpiewem chóru, ale i świetną perkusją oraz growlem. „The Unveiling”. zaczyna się specyficzną ucztą, odważnie ocierając się o industrial, a generalnie kompozycja złożona z dań łagodnych i subtelnych oraz pikantnych i wyrazistych dla odmiany. Zresztą można to powiedzieć o całym albumie. Utwór startuje solidnym kopniakiem w postaci tremolowego riffu i karkołomnej pracy sekcji rytmicznej, ale po czasie zwalnia, by dać słuchaczom chwilę wytchnienia. Mnóstwo tu smaczków, precjozów, ale też mrocznych i niepokojących melodii adresowanych do osób otwartych na eksperymenty w metalowej ekstremie. Cudowną, koronkową robotę robią tu gitary. Znacznie więcej patentów elektronicznych łączy black metalowe symfonie z nowoczesnymi dźwiękami. Orkiestracji jest dużo, jednak są wysmakowane i w odpowiednich miejscach. Są też długie i wyraziste przestrzenie dźwiękowe, wokół których nie brakuje mrocznych partii chórów, potępionych melodii i agresywnych galopad instrumentalistów. Kompozycje są zróżnicowane. Norwegowie na „Eonian” oferują dużo dobrego i charakterystycznego metalowego zasuwu, szczególnie jeśli chodzi o sekcję gitarową w wykonaniu Galdera i Silenoza („Interdimensional Summit”, „Aetheric”, „Lightbringer”, „Archaic Correspondance”,„I Am Sovereign”, „Rite Of Passage”), której nie brakuje też pomysłów na porywające solówki i efektowne wypuszczenia. Wiele tu zmian rytmu i generalnie wolnego tempa, co właściwie całkowicie oddala muzykę „Eonian” od blackowej gonitwy, którą znamy z poprzednich wydawnictw Dimmu Borgir. Kompozycje są wielowątkowe i nie wpadają w żaden schemat. Muzyka jest bardziej symfoniczna i zarazem bardziej blackmetalowa. Płyta napakowana jest chórami i melodiami, melodyjnymi rozjazdami, a szybkie charakterystyczne blackowe partie służą głównie jako łączniki między kolejnymi fragmentami. Z każdym kolejnym przesłuchaniem odkrywałam na niej coś nowego. Na pewno zyskał w miarę kolejnych przesłuchań. „Alpha Aeon Omega” to najlepszy utwór na płycie z szybką perkusją i gitarami, ostrym growlem i delikatną niczym aksamit symfoniką. Dzieje się tu jak widać sporo, ale chyba muzykom właśnie o to chodziło. To materiał pompatyczny i zarazem drapieżny z ekstremalnymi partiami instrumentalnymi i dosadnym, nieco krzykliwym wokalem. Jak zawsze w przypadku Dimmu Borgir znalazło się tu sporo symfonicznego tworzywa – ale chórki i sekcja symfoniczna to pierwsza klasa. Francesco Ferrini, bo ten pan właśnie jest autorem klawiszowej części składowej płyty, to doskonale znany instrumentalista włoskiego Fleshgod Apocalypse. Warto też zwrócić uwagę na pracę sekcji rytmicznej w tle. Nie chodzi tu wyłącznie o będącego w wybitnej formie drummera Daraya (bębny – bez triggerów, z perfekcyjną pracą stóp – żywy instrument! – chwała Ci, Darku, za to!), który tym razem gra inaczej i nie grzmoci uderzeniem kolegi Hellhammera, znanego głównie z Mayhem. Daray wsadził tam… trochę ciekawostek. Gra Brzozowskiego jest jednym z niewielu pozytywów tego albumu. Do składu dołączył bowiem basista Victor Brandt z Entombed A.D. Bohaterem albumu jest też złowrogo szepczący, melodeklamujący i przerażający Shagrath, a który w tej samej chwili potrafi przejść do obłąkańczego ryku. Złowieszczy, przeszywający do szpiku kości. Opatulmy to w chwytliwe melodie, gęsty mrok, blasty o impecie artylerii, podniosłe partie symfoniczne, a następnie doprawmy całość bogatymi aranżacjami, zahaczającymi o progresję. Nie ma mowy o bezmyślnej sieczce, efekciarstwie i wymiotowaniu na cześć Rogatego w każdym wersie. Nie ma mowy o przypadkowych dźwiękach! To dobrze pojęta epickość, podkreślona przez chóry i orkiestracje o świetnie dawkowanej ekspresji. To urokliwe, nieprostackie, raczej refleksyjno-nostalgiczne wątki. To black ambitny, godny soundtracku do końca świata. Epickość i groza sprawiają, że aż ciarki po plecach chodzą!

Odpowiedz
Rafał Sz. 7 grudnia 2018 at 22:13

Na wstępie lojalnie uprzedzam, że jeżeli ktokolwiek spodziewa się tu znaleźć klasyczny, wściekły, niczym nie skrępowany teutoniczny thrash, z którego ten zespół jest najbardziej znany, to może się zawieść. To coś zupełnie innego niż nagrania, do których kapela z Essen nas przyzwyczaiła. Co prawda to na pewno wciąż ciężki, agresywny, kipiący złością i mocarny metal, ale raczej bliżej mu do eksperymentalnego brzmienia zapoczątkowanego na „Renewal” z 1992 roku niż do „Pleasure To Kill” czy „Extreme Aggression”. Najważniejsze, że jest to muzyka ciągle brutalna i bezpośrednia oraz całkowicie autentyczna i szczera, tyle że ze sporą ilością nowych i świeżych elementów. Na pewno nie ma mowy o kompromitacji Kreatora, jak swego czasu perorowali co niektórzy malkontenci, potępiając go w czambuł. Problem tej płyty polega na tym, że została nagrana pod szyldem Kreator. Gdyby Mille powołał do życia nowy zespół i wówczas ją wydał, pewnie niejedna osoba byłaby pewnie zachwycona tymi dokonaniami, a tak oceniane są przez pryzmat tego, co Kreator dotychczas zarejestrował. Nie jest to diametralna zmiana stylu i wolta jak w przypadku Metalliki na „Load” czy „Reload”. Raczej próba odświeżenia wizerunku pokrewna z tym, co poczynił Slayer na „Diabolus In Musica” . Niełatwo przykleić tej płycie jakąś jednoznaczną etykietkę. Ale to chyba dobrze. Muzyka trudna do sklasyfikowania często zyskuje w moich oczach, bo może być przejawem oryginalności. Może mroczny post-thrash z elementami industrialu? Są tu bowiem czytelne rozmaite techniczne nowinki, efekty i sample stanowiące elektroniczne eksperymenty brzmieniowe („Ruin Of Life”, „Enemy Unseen”), ale na szczęście nie klawisze! Słychać wreszcie estetykę punkowo-hardcore’ową („Phobia”, „Nonconformist”) z mocnymi, ciężkimi, mięsistymi gitarami i wściekłym wokalem Millanda. Pomimo sporego eklektyzmu album jest spójny, reprezentuje jednorodną całość. Masywne brzmienie, znakomita współpraca poszczególnych instrumentów i doskonale pasujący do tego przejrzysty głos Petrozzy. Jest to także krążek dość apokaliptyczny. Niejednokrotnie wieje od niego grozą, jak np. coronerowatego „Alive Again”. Z pewnością Tommy Vetterli odcisnął swoje niepowtarzalne piętno na tych nagraniach. Myślę, że ósma płyta Kreatora jest właśnie dzieckiem kompromisu między dwiema wybitnymi indywidualnościami, jakimi bez wątpienia są Petrozza i Vetterli, czyli jeden z najoryginalniejszych i jednocześnie wizjonerskich gitarzystów muzycznej ekstremy, którego inspiracje wybiegają daleko poza rejony heavy metalowe, co doskonale słychać na „Mental Vortex” i „Grin”. „Leave This World Behind” posiadający znakomity motyw przewodni i promowany onegdaj teledyskiem, „Black Sunrise” czy nieco groovy „Forever” to przykłady olbrzymiej wyobraźni muzycznej ich twórców. „Whatever It Make Take” zaś przypomina o klasycznych korzeniach zespołu, dominują jednak kompozycje utrzymane w średnich czy nawet wolnych tempach. „Outcast” broni się również świetnymi, przemyślanymi i mroczniejszymi niż zazwyczaj tekstami – to jeden z najciekawszych lirycznie albumów tej niemieckiej formacji. Jest płytą zbyt intrygującą i ciekawą, żeby przejść obok niej obojętnie oraz ma niepowtarzalny, dekadencki klimat. Słuchacze z otwartymi umysłami mogą śmiało po nią sięgnąć, bez obaw, że się rozczarują.

Odpowiedz
Oliwia Maślankowska 7 grudnia 2018 at 23:02

Kreator cały czas ewoluowali, co ciekawe, zawsze będąc w opozycji i zawsze – co mogło zaskakiwać – potrafili zwęszyć zmiany w muzyce. Najwyraźniej panowie brzydzą się chodzeniem wydeptanym traktem, bowiem na „Renewal” zaczynają szukać pod powierzchnią, odkrywać, odświeżać formułę, tworzyć nowe trendy. To by było za proste. Dreptanie w miejscu, kontynuacja pozbawiona refleksji czy powtórki z rozrywki, zespołu najwyraźniej zupełnie nie interesują. W szufladkowaniu nigdy dobra nie byłam, lecz jeśli ktoś by mnie zmusił do określenia tego, co jest na płycie, chyba najlepiej oddałabym to słowem groove. Popisy, łamańce, gwałtowne zmiany tempa oddają tu pola klimatowi. Celowo podkreślam klimatyczność, bo odpowiednia aura miejsca, połączona z muzyką kapeli, dała efekt po prostu kapitalny. Idąc w zupełnie inną stronę – ów album jest również niesamowicie daleki od technicznych ekwilibrystyk, czułych rozmów z technicznym thrashem i kaskad gitarowych solówek. Szybkie fragmenty kontrastują z często wykorzystywanym wolniejszym tempem. Wijące się jak wąż boa riffy przeplatają się z melodyjnymi fragmentami. Intensywność tych nagrań dotyka najwyższych rejestrów, a wachlarz pomysłów na zbudowanie interesujących kompozycji może się spodobać nawet najbardziej wybrednym miłośnikom takiej muzyki. Kreator w 1992 roku brzmiał brutalnie, ciężko i z charakterystycznym klimatem, wyróżniającym się na tle ówczesnych niemieckich produkcji thrash metalowych. No może poza Despair, Deathrow czy Depressive Age, którzy również wpisywali się w nurt eksperymentatorski. Dynamika w porównaniu do poprzednika mocniej podkręcona, tzn. jest wolniej ale za to bardziej walcowato, ciężko a i riffy bogatsze. Kreator, co prawda, stawia na sprawdzony schemat – konkretny riff, który weryfikuje elastyczność nie tylko karku ale całego kręgosłupa… Podniosły refren od pierwszego kontaktu wiercący dla siebie niszę w mózgowiu słuchacza. Wyborne, strzeliste solo, które wprowadza nutkę maestrii pośród kanciastych, zwalistych dźwięków. Przepis niby prosty i oklepany, ale w wydaniu ekipy Petrozzy jakże przekonujący, ponadczasowy i tętniący życiem. Jedno słuchanie „Renewal” to nieporozumienie. Muzyka Kreatora to po kilka warstw w każdym utworze, na których z każdym przesłuchaniem odkrywa się jakiś smaczek. Stylistycznie mamy balansowanie pomiędzy oldschoolową thrash metalową wścieklizną pełną bezpośredniego zła, a także ślizganie się po post-thrash metalu i… odrobinę hardcore’owo-metalowej powierzchni. Formacja z Essen potrafi zaciekawić i różnych klocków poukładać coś swojego jak na owe czasy. Widać, z której fabryki klocki pochodzą, ale nie przeszkadza to w podziwianiu całości konstrukcji.

Odpowiedz
Justyna Waligórska 7 grudnia 2018 at 23:09

„Cause For Conflict” to wysokooktanowa petarda bez żadnych hamulców. Brzmienie idealne, klimat i wściekły. Szarża za szarżą, riff za riffem. Na tym wydawnictwie Kreator jest niczym Tygrys – ten żelazny, z armatą i gąsienicami. Śmiało prze do przodu, własnym rytmem, świadom swej siły. Chłopaki sprawiają wrażenie, jakby byli niczym po jakiejś magicznej kuracji przywracającej młodzieńczy wigor i pobudzającej wyobraźnię. Do czynienia mamy z wielowątkową fabułą, mnogość tropów skutecznie rozprasza uwagę. Kierowana w martwy zaułek padam ofiarą, raz za razem. Bezkompromisowo, bezlitośnie mordowana dźwiękami, czułam się, jakbym była składany w ofierze bogom gatunku. 47-minutowy atak jest przeznaczony tylko i wyłącznie dla osób, którym thrash metal kojarzy się ze śmiercią, wojną, terrorem i kultem przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Ciężko tu o wędrówki ku wzgórzom eklektyzmu, jak na poprzedniczce „Renewal”, eksplorację niespożytych zakamarków pięciolinii czy innych odkryć… Jest prosto, potężnie, brutalnie, agresywnie. W tej muzyce jest głębia, są doskonałe partie gitary, jest wreszcie – zaskakująca dla mnie – apoteoza prostoty, stawiająca na piedestale granie mistrzowsko dosadne i obdarte z jakichkolwiek elementów wirtuozerskich potężne riffy. Kreator był jednym z tych niewielu zespołów w teutońskim, który bardzo umiejętnie i w sposób naturalnie świadomy – podkreślę tu te słowa, bo to słychać – korzystał z melodii i wiedział, że zadana raz na czas, a dobrze i konkretnie, robi świetną robotę. Kapela stawia na mające ostry pazur, bezpośrednie, thrashowe piosenki z ładnymi melodiami. A muzyka mimo to nie mieni się cekinami, tylko naturalnie błyszczy i pulsuje jadem jednocześnie! To jest pięknie złe, genialnie nawiedzone. Ciekawe, wciągające. Słuchając „Cause For Conflict”, nie można mieć cienia wątpliwości, że Millandowi, tworzenie piosenek sprawia wielką frajdę, a jego myślenie idzie w kierunku prostego, brutalnego thrashu, który pozbawiony jest napuszenia i rozbuchanych aranżacji. To aż 12 utworów klimatycznie zawieszonych pomiędzy strachem, niepewnością i beznadzieją, dalekich od zaskakujących wariactw, do jakich przyzwyczaili nas na bardzo eksperymentalnym albumie „Renewal”.

Odpowiedz
Wiktoria Jabłońska 8 grudnia 2018 at 00:14

Nie potrafię zrozumieć krytyki tej najbardziej wyszukanej, dopracowanej, najciekawszej produkcji Kreatora. Czasem dostojnie złowrogiej, niosącej w sensie emocji coś krańcowo przerażającego, apokaliptycznego, jak na koniec millenium przystało. Czasem ta muzyka jest tak intensywna, że niemal dusi, przytłacza (“Black Sunrise”). Zadbano o to, aby mrok, strach, zło były odpowiednio wyeksponowane i selektywne, nieprzytłoczone przez doskonałą produkcję słynnego Vincenta Wojno. Wszystkie te eksperymentalne elementy tworzyły całość, którą albo od razu się odrzuca, albo daje się ponieść szaleństwu, złu oraz depresyjnemu nastrojowi, które niesie “Outcast”. Ja się dałam i nie żałuję. Jeśli nie rozumiecie, dlaczego się dałam, posłuchajcie “Leave This World Behind”, wspomnianego “Black Sunrise” czy numeru tytułowego. To są emocje, to są ciarki na całym ciele!!! Liczy się to, że brzmieniowo wszystko doskonale się zgadza i czyni obcowanie z siódmym albumem zespołu przeżyciem z gatunku tych, których długo się nie zapomina. Przyczynił się do tego również jeden z najbardziej charyzmatycznych gitarzystów metalowych – Tommy Vetterli znany z genialnej grupy Coroner. Chłopaki potrafią też zapuszczać na industrialne połacie dźwięku – najwolniejsze, zimne i mechaniczne (wręcz) partie. Dzięki temu stworzyli bardzo wyrazisty autorski materiał. Dość techniczny, acz nie przekombinowany, mimo swej intensywności przyjazny w odbiorze i szybko zapadający w pamięć nawet po pierwszym odsłuchu. Nieważne czy zwalniają, czy gnają straceńczo przed siebie, siekąc precyzyjnie riffami, czy gdy miksują ciężar z prędkością, industrialnymi szumami i eksperymentalną elektroniką. Czekają cię szybkie, konkretne, galopujące petardy, chociażby tytułowa, ale doczekasz się także zawiesistego klimatu, a nawet wywołujące ciary numery kojarzące się z najlepszymi dokonaniami Coronera (“Forever”). Solówki są, ale niekoniecznie pędzące, z nagromadzeniem dźwięków. Tak po prawdzie to bardziej podobają mi się te długie, pojedyncze solowe dźwięki, bo budują świetny nastrój kompozycji. Płyta z wieloma fajnymi smaczkami, jeśli dobrze się wsłuchać. Niezwykle zgrabnie i świeżo przedstawiona esencja thrash metalu ale z tym wyraźnym eksperymentalnym naddatkiem znanym choćby z przeszłości z albumu “Renewal”. Szybkostrzelne petardy, które czasem przyozdobią muzycy jakimś klimatycznym wtrętem, deczko walcowatego grania, niesamowita werwa oraz emanująca z tej muzyki prawda, szczerość plus kapitalne brzmienie, zbudowały wspaniale zapadający w pamięci słuchacza thrashmetalowy album, w którym pobrzmiewają echa udanych moim zdaniem eksperymentów. Moim zdaniem to najbrdziej niedoceniony album Kreatora.

Odpowiedz
Asia 8 grudnia 2018 at 00:41

Wydając „Cause For Conflict” Kreator musiał zmierzyć się nie tylko ze swoją własną legendą, ale także nadać ton i utrzymać rytm nowoczesności. Kwartet serwuje więc barbarzyńską, lecz znakomicie przemyślaną i przygotowaną porcję dźwięków (produkcja!). Całości słucha się – hmmm, lekko, mimo, że tempa i ściana dźwięku są momentami zabójcze! Płonie i pali ta muzyka ogniem żywym! Jest hałaśliwie, krzykliwie, a gitary wprost żrą słuchacza! Są więc utwory-miniaturki („Bomb Threat”, „Dogmatic Authority”), kawałki szybsze, w tempie umiarkowanym i walcowate. Wszystko, czego fan Kreatora do szczęścia potrzebuje. Nad wściekle pędzącymi momentami dominują połamane rytmicznie walce, utrzymane w średnim tempie. A Mille rwie swe riffy tak jak tylko on umie. Niektóre z tych walcowatych łamańców wypadają nader interesująco, jak choćby w otwierającym płytę „Prevail” czy „Crisis Of Disorder”. Mnie to brzmienie bardzo się podoba. Chciałam ponownie usłyszeć w pełni thrashowy Kreator, te wyjątkowe riffy i obłąkane, świdrujące w mózgu dziurę, solówki, chciałam piekielnej atmosfery i brutalności, więc ją dostałam. Biła z tego albumu świeżość, bezkompromisowość, młodzieńcza energia (choć materiał stworzyli faceci już po 30. wówczas). Cechował znakomity klimat i świetny warsztat, rzecz jasna. Tutaj wyeksponowano na niespotykaną dotąd w tej kapeli pracę sekcji rytmicznej. Ciekawostką jest to, iż Ventora zastąpił Amerykanin, Joe Cangelosi, najlepiej znany z występów w legendarnej grupie Whiplash. Pałker to zacny, jak wiadomo, a świetnie uzupełniał go również nowy „nabytek” zespołu, Christian “Speesy” Giesler, który na basie grał palcami.
Wydając „Cause For Conflict” Kreator musiał zmierzyć się nie tylko ze swoją własną legendą, ale także nadać ton i utrzymać rytm nowoczesności. Kwartet serwuje więc barbarzyńską, lecz znakomicie przemyślaną i przygotowaną porcję dźwięków (produkcja!). Całości słucha się – hmmm, lekko, mimo, że tempa i ściana dźwięku są momentami zabójcze! Płonie i pali ta muzyka ogniem żywym! Jest hałaśliwie, krzykliwie, a gitary wprost żrą słuchacza! Są więc utwory-miniaturki („Bomb Threat”, „Dogmatic Authority”), kawałki szybsze, w tempie umiarkowanym i walcowate. Wszystko, czego fan Kreatora do szczęścia potrzebuje. Nad wściekle pędzącymi momentami dominują połamane rytmicznie walce, utrzymane w średnim tempie. A Mille rwie swe riffy tak jak tylko on umie. Niektóre z tych walcowatych łamańców wypadają nader interesująco, jak choćby w otwierającym płytę „Prevail” czy „Crisis Of Disorder”. Mnie to brzmienie bardzo się podoba. Chciałam ponownie usłyszeć w pełni thrashowy Kreator, te wyjątkowe riffy i obłąkane, świdrujące w mózgu dziurę, solówki, chciałam piekielnej atmosfery i brutalności, więc ją dostałam. Biła z tego albumu świeżość, bezkompromisowość, młodzieńcza energia (choć materiał stworzyli faceci już po 30. wówczas). Cechował znakomity klimat i świetny warsztat, rzecz jasna. Tutaj wyeksponowano na niespotykaną dotąd w tej kapeli pracę sekcji rytmicznej. Ciekawostką jest to, iż Ventora zastąpił Amerykanin, Joe Cangelosi, najlepiej znany z występów w legendarnej grupie Whiplash. Pałker to zacny, jak wiadomo, a świetnie uzupełniał go również nowy „nabytek” zespołu, Christian “Speesy” Giesler, który na basie grał palcami.
Zespół jest na tej płycie niczym naszprycowany dopalaczami fighter na ringu, który ani na moment nie odpuszcza, tyle jest tym materiale energii. Prze do przodu, zmienia tempo, stosuje różne kombinacje, straszy rywala, cały czas trzyma koncentrację oraz nie daje widzom się nudzić. 12 numerów skrzy się różnymi odcieniami mroku. Serwowane są na thrash metalowo, jednak momentami niekoniecznie z prędkością i agresją znaną choćby z „Pleasure To Kill”, lecz także w miarowym, średnim tempie, z czasem rozjeżdżającą się gitarą z przybrudzonym brzmieniem i w klimacie balansującym pomiędzy klasycznym heavy, thrashem czy nawet hard corem. Ta płyta powoduje u mnie strach. Ten nastrój grozy został precyzyjnie skonstruowany i nie od razu da się przyswoić wszystkie jego elementy. Jak każdy dobry album, odkrywa swoje pełne oblicze po wielokrotnym przesłuchaniu. Co do owego strachu natomiast… przyspiesza on u mnie pracę wyobraźni. Jest jej bardzo wydajnym paliwem. Powoduje, że produkuje apokaliptyczne obrazy w niesamowitym tempie wraz z każdym sunącym jeden za drugim utworem. Napięcie niczym w wysokiej klasy thrillerze. Brzmi to, jak powinno, z odpowiednią warstwą surowego brudu. I miażdży końcem, na który składa się najdłuższy, wielowątkowy numer pt. „Isolation”, fundujący niezłą torturę dźwiękową. 😉 Kto nie słyszał, niech sam sprawdzi…

Odpowiedz
Aleksandra Wojciechowska 8 grudnia 2018 at 03:20

Kreator to jedna z tych kapel, na których płyty się czeka i kiedy się w końcu pojawiają, natychmiast stają się tematem dyskusji. Nie inaczej bywało także w tej odległej już przeszłości. Odbiór płyt Niemców bywał różny, bo i stylistyka się zmieniała. „Renewal” to jak sam tytuł wskazuje odnowienie oblicza Kreatora. Tego Kreatora! 😀 Nowe elementy, nienachlanie wplecione w klasyczne brzmienie, to rzecz, której nie można nie docenić. Na pierwszym planie są cudnie skrojone riffy oraz nieco zmieniony, bardziej „wyszczekany”, emocjonalny wokal Millanda. Te emocje wręcz wylewają się z dziewięciu niesamowitych numerów, świetnie zagranych i dobrze wyprodukowanych. I odbijających różne oblicza ekstremy agresją obficie podszytej. Jeśli ktoś na thrashu się chował od szczyla, chętnie go słucha i zawsze w sercu miejsce dla niego znajdzie, ten nie powinien mieć problemów z przyswojeniem zawartości „Renewal”, mimo że jest ona zaskakująca. Zwłaszcza na tak dobry thrash. No dobrze, może nie jest to już czystej wody thrash metal, jak choćby „Pleasure To Kill” czy „Terrible Certainty”. To wciąż Kreator, tyle że z otwartą głową – tak jak Violent Mind na okładce poprzedniczki „Coma Of Souls”. Taki Kreator wciąż jest głodny, niezaspokojony i kreatywny. Karmi nas muzyką opartą na ciekawych riffach, w której można znaleźć powinowactwo z dokonaniami industrialnymi czy nawet hardcore’owymi. Jeśli by zmierzyć dawkę intensywności i pomysłowości w kompozycjach z „Renewal”, to śmiało można mówić, że ta muzyka ma właściwości silnie narkotyczne – raz posłuchasz i siedzą te dźwięki w tobie na amen. Z zimną krwią dawkuje nam szalenie ciekawą wariację na temat trochę pokombinowanego, zakręconego thrash metalu. Tu garściami, odważnie wyszarpuje się co najlepsze patenty z bogatej historii tego gatunku, stąd na płycie okazjonalne, ale rasowe galopady pasują jak ulał do gęstych, mrocznych zwolnień, a melodyjne fragmenty nic a nic nie rozcieńczają w sumie brudnej atmosfery tej płyty. Wciąga ona swoim nieszablonowym kształtem – wściekły i zimny łomot staje się w jednym momencie złowieszczym industrialnym rockiem, by momentami pędzić jak rasowy speed z drugiej połowy lat ‘80, a na całość muzycy rzucają lekki czar mrocznego hard core’a. Głównie za sprawą opętańczych, wywrzaskiwanych wokali lidera. Podczas tego sonicznego smagania panowie nie zapominają o melodiach i podstępnych chwilach wytchnienia, które powodują, że kolejne ciosy spadają na słuchaczy ze zwielokrotnioną siłą. Kreator przy całej swej obowiązkowej stęchliźnie, stał się jednak odrobinę świeższy, mniej przewidywalny, a na „Renewal” wręcz niejednokrotnie zaskakujący! Poza motoryką produkowaną przez tandem perkusyjno-basowy oraz zagrywkami gitarowymi, Kreator A.D. 1992 to charakterystyczny wokal Petrozzy i grooviące, niepowtarzalne gitary. Dopiero kombinacja tych wszystkich elementów pozwala wyobrazić sobie, jak dobrze brzmiał ten zespół, kiedy w latach swej świetności miał wszystko pod kontrolą. „Renewal” to równa, dobrze wyprodukowana płyta, do której przyjemnie jest się pokiwać i pomachać piórami. Ten album ma i ciało, i ducha. I to w dobrych proporcjach. Produkcja płyty to też fachowa robota, całe muzyczne rozpasanie jest odpowiednio czytelne, ale zarazem ma klimat z wczesnych lat 90.

Odpowiedz
Angelika 8 grudnia 2018 at 03:23

„Coma Of Souls” przywodzi dziś na myśl te chwile, w których wszystko było, proste i fajne, było wesoło i z wielką pasją oraz energią, a resztę miało się w… 😉 Ten album to taki thrash metalowy elementarz ekstremy sprzed blisko 30 lat, którą Kreator przecież pomagał tworzyć, szturmem podbijając scenę europejską. Na szczerości przede wszystkim wydrukowany jest ten podręcznik biczowania. Doskonale zbalansowany thrash metal spluwa w kierunku słuchacza jadem, szarżując nań w brutalnych oparach chorobliwych dźwięków i porywając szaleńczą intensywnością. Jeżeli chodzi o poziom intensywności i gęstości gitarowych nawałnic, to gdzieś tam na horyzoncie kołacze mi się skojarzenie ze Slayerem. Niektórzy zarzucali Niemcom komercjalizację i chęć przypodobania się amerykańskim fanom metalu wychowanym na kapelach z Bay Area głównie. Cóż, życzyłabym takiej „komercjalizacji” niejednemu zespołowi. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach… Kompozycje na „Coma…” żrą, chce się ich słuchać. Wpadają w ucho! To prawda, ale co w tym złego? Mille zna umiar i potrafi wpleść swoje popisy w kompozycje, nie burząc ich porządku. Ale wyróżnia się i pomysłowo żongluje stylami, nie wahając się nawet sięgać po klasyczne patenty, kojarzące się z heavy metalem. Co do samej muzyki, to ta płyta jest absolutnie znakomita, bez nawet jednego krótkiego słabszego momentu. Jest ogień, jest brutalnie, są umiejętnie zachowane proporcje pomiędzy przaśnym kopaniem w żebra a popisami technicznymi, chociaż dozowanymi oszczędnie, bez zbędnych ozdobników. Tu się liczy przede wszystkim czad. Natomiast samą technikę raczej należałoby zastąpić powszechnie znanym epitetem niemieckiej solidności wykonania. 😉 Krążek nie przynosi rewolucyjnych zmian w stosunku do poprzedniczki „Extreme Aggression” – rzekłabym, że jest jej naturalną kontynuacją, ale proszę tego nie mylić z powtarzalnością czy gonieniem w piętkę. Nie wiem, czy jest ona lepsza, czy gorsza niż cztery poprzednie, ale wiem, że słuchałam jej za każdym razem z wielką przyjemnością. W każdym razie na pewno zbudowano ją na pięknie młócących gitarowych riffach i nadano postać ultraszybkiego thrashu, z którego bije dojrzałość, świetne wyczucie, dobre umiejętności. „Coma Of Souls” może nie jest ortodoksyjnie brutalna czy duszna, nie jest też na szczęście rozmemłana przez techniczne fajerwerki. „Coma Of Souls” nie zabija od pierwszego riffu, o nie, nie! To byłoby zbyt proste! Kreator pastwi się nad nami przez całą długość albumu. I jest w tym mistrzem, bo my z masochistyczną wręcz rozkoszą powracać będziemy do lektury tego klasycznego już, wzorcowego krążka!

Odpowiedz
Justyna 8 grudnia 2018 at 03:33

Dimmu Borgir – „Eonian”
Od wydania ostatniego krążka Norweskiej blackmetalowej grupy minęło już 8lat. Po tak długim czasie zespół w końcu ukazał nam następcę „Abrahadabra”.
10 album Norwegów nazwany „Eonian” spotkał się z różnymi opiniami ze strony fanów. Jedni uważają, że jest słaby w porównaniu do ich wcześniejszych debiutów, inni zaś, że jest on godnym następcą wyżej już wspomnianego krążka o nazwie „Abrahadabra”. Jak to mówią, wszystkim się nie dogodzi. Po fali krytyki jaką przeczytałam w internecie po jej premierze pomyślałam, że może nie warto zawracać sobie nią głowy. Coś jednak skłoniło mnie do jej odsłuchania i nie zawiodłam się. Według mnie ich nowa płyta jest inna niż poprzednie. Może nie jest tak dobra jak „ Puritanical Euphoric Misanthropia” z 2001 roku czy „In Sorte Diaboli” z 2007, ale napewno nie warto ją skreślać na starcie. Ma w sobie to „coś” i naprawdę warto dać jej szansę, ponieważ jest naprawdę dobra i z czystym sumieniem mogę ją polecić każdemu kto tak jak ja lubi oryginalne symfoniczne brzmienie z dodatkiem pazura lub jest poprostu zwykłym fanem muzyki metalowej.

Odpowiedz
Klaudia Rogalska 8 grudnia 2018 at 03:40

Wyświechtane powiedzenie, że muzyka obroni się sama, kłania się w tym miejscu w pas. Może to i naiwne, ale w tym przypadku szczere do bólu. Kto ma oczy i uszy, ten zobaczy i usłyszy, o co chodzi w „Eonian”. Pierwsza rzecz, która dosłownie rzuca się w uszy, to brzmienie. “Eonian” brzmi bardziej klarownie i głośniej od swojej poprzedniczki. Czytelnie nie znaczy czysto. Czystsze brzmienie to kwestia nadania muzyce odpowiedniej formy, nie ma jednak mowy o pójściu na ustępstwa. Dostajemy symfoniczny black metal o bardzo dość epickim, zabarwieniu. Byłam święcie przekonana, że ta specyficzna odmiana black metalu truchleje na historycznym cmentarzu a tu proszę! Materiał jest dość wzniosły, ale zarazem agresywny – szybkie gitary, gęste blasty, a nad wszystkim góruje wściekły wokal Shagratha. Wokal, który jest bezsprzecznie jednym z najbardziej interesujących na współczesnej scenie blackmetalowej. Jest zróżnicowany – od melodeklamacji, poprzez growlig aż po typowo blackowy skrzek. Teraz brzmi prawdziwie diabelsko, a teksty wreszcie są czytelne, a nie stanowią jedynie ściany wrzasków, z których dało się w przeszłości wyłapać co najwyżej pojedyncze słowa. Wokal elektryzuje i zapewnia odpowiednią dawkę gęsiej skórki oraz ciar na plecach. Odebrałam tę płytę, wbrew powszechnemu hejtowi, i nadal tak uważam, za jeden z najciekawszych materiałów z europejskiego symfonicznego black metalu ostatnich kilkunastu miesięcy. Rację mają ci, którzy piszą o tej muzyce, że nie jest specjalnie oryginalna. Jednocześnie trzeba stanowczo dodać, że prawdziwy obraz muzyki Dimmu Borgir otrzymamy, kiedy dodamy, że na fundamencie ich inspiracji muzycy stworzyli własną wariację na tematy sprzed lat. Najpierw łojenie bardziej bezpośrednie, a jak nauczyli się lepiej grać, zaczęli kombinować. Stała pozostała złowroga ciemność bijąca z muzyki. Wzrosło znaczenie mistyczności, hipnotyczności i elektroniki. Być może ich przebogate doświadczenie pozwala już wykorzystywać patenty, które świadczą o wysokiej jakości całości i unikać potencjalnych błędów z większą wprawą. Ale nadal nie tłumaczy to aż takiej kreatywności w budowaniu klimatu i struktury całego albumu w tak oryginalny i świeży sposób. Rwane riffy, surowe, lekko rozjeżdżające się brzmienie gitar pojawiają się regularnie. Choć i są zagrywki w stylu mrocznego rocka. Długi czas trwania płyty rekompensuje miażdżąca intensywność wszystkich utworów. Muzycy atakują z właściwą mocą i agresją, którymi wypełniają swoje utwory, nie tracąc jednocześnie specyficznego, diabelskiego klimatu, znanego ze starych płyt wydanych w latach 90-ych. Każdy z tworzących album utworów ma swoją specyficzną atmosferę, w której rządzi nawiedzony i bezkompromisowy styl, z małymi skokami w bok, w postaci hipnotycznych zwolnień, pięknych chórów i znakomitych partii klawiszy. Na wszystkich swoich płytacg Dimmu prezentował niezwykły talent do tworzenia hitów takich, które śpiewa się, kontemplując muzykę samotnie, a także takich, które idealnie sprawdzają się na koncertach. Nie inaczej jest tym razem. Słucha mi się Norwegów dobrze, są na płycie momenty naprawdę fantastyczne. „Eonian” brzmi porządnie, a panowie naprawdę wiedzą, jak dzięki instrumentom wygenerować coś, co zatrzyma przy nich słuchacza na dłużej. Mrok, strach, tajemnicę, wściekłość, szaleństwo, ekstatyczną lekkość, melancholię i niepewność.

Odpowiedz
Iza Graduszewska 8 grudnia 2018 at 04:23

„Renewal” to ciekawy materiał, inny od metalu, który najczęściej pojawiał się na thrash metalowych albumach. Skondensowany, nafaszerowany energią. Jak to jest kapitalnie zagrane! Jak fantastycznie brzmi! Ileż w tym siły, emocji, esencji! Nie mogę się nadziwić znakomitości tej muzyki! To przede wszystkim sztuka. Umiejętnie skomponowana, przemyślana i zniewalająca swoim klimatem. To, że zwolennicy agresji i szybkości mogą marudzić, że za dużo tu kombinacji i produkcja za bardzo wygładzona też jest prawdą, ale w końcu to nie jest propozycja dla nich. W porównaniu do poprzedniego albumu “Coma Of Souls” ta płyta brzmi mniej agresywnie, środek ciężkości przesunął się na groove i klimat. I to się może tak samo podobać, jak i zniechęcać, ale jakości i wyobraźni nie można muzykom odmówić. Chęć poeksperymentowania pana Petrozzy przełożyła się na ostrą jak brzytwa, dynamicznie brzmiącą, konkretną, skondensowaną muzykę, z niewiarygodnym ładunkiem energii. Stylistycznie? Imponująco. Usłyszeć można także echa… Voivod. Wokalne szczekanie skontrastowano z dość podniosłym czystym śpiewaniem i nawet się to ze sobą nie gryzie. Jeżeli zespół ma na płycie długie kompozycje i potrafi nimi utrzymać moją uwagę przez cały czas ich trwania, to wiem, że coś się dzieje, cytując klasyka, Pana ks. Szatanka. Jest w muzyce Kreatora coś apokaliptycznego, wieszczącego rychły koniec… Kompozycje są dobre, bardzo dobre lub znakomite. Naprawdę niewiele jest do skrócenia, raczej nic do wyrzucenia. Masa ciekawych riffów i solówek, w porządku wokale, niezłe featuringi, zrobione ze smakiem i wyczuciem industrialne wstawki. Starają się komponować po prostu jak najlepszy thrash metal. Są w nim ślady przeszłości, zagęszczenie zła, ale spotykamy także wyraźne komentarze polityczne i społeczne, sporo nawiązań do wojny. „Renewal” to granie dla tych, którzy chcą się wyszaleć moshpicie i zostawić z potem i bólem mięśni wszystko to, co ich trapi albo wkurza do granic możliwości. Czuć, że panowie świetnie się rozumieli, a pod dowództwem Millanda tworzą muzykę szczerą, prawdziwą, przekonującą. Tu dostaje się ciosy szybkie, krótkie i dobrze mierzone, choć może nie wszystkie dokonują potężnego spustoszenia, pozwalając podnieść się z podłogi. „Renewal” to naprawdę dobre lub bardzo dobre kompozycje o czymś, z konkretnej perspektywy. Nie dostrzegam na „Renewal” ewidentnie słabych momentów. Może nie wszystkie kompozycje od razu mną pozamiatały, ale to nie znaczy, że są złe lub zbędne. Produkcja jest kosmiczna. Przy złożoności i masywności większości utworów uzyskanie takiej selektywności, że można sobie śpiewać poszczególne partie. Kapela z Essen na pewno miała to coś, pisała świetne numery, technicznie była znakomita, a Mille wzorcowo darł paszczę. Jednak ze swoimi eksperymentalnymi albumami ewidentnie zabrakło bycia w odpowiednim miejscu i czasie, żeby móc delektować się wielkim sukcesem, dlatego są one dziś niesłusznie pomijane, zapomniane czy nawet wyszydzane. Oprócz „Renewal” mam tu na myśli „Outcast” i „Endoramę”. W 1992 podejmując ryzykowną zmianę stylistyki, Kreator dołączył do zespołów z potencjałem, który nie został wykorzystany i doceniony. Pozostał kult i genialna muzyka, która moim zdaniem nic się nie zestarzała. „Renewal” to jest bardzo dobry thrash metal i nie wierzcie tym, którzy mówią inaczej. Zero „męczenia buły”, nie wyczuwa się robienia czegoś na siłę. Przyznacie mi rację, gdy wysłuchacie „Winter Martyrium”, „Karmic Wheel”, „Europe After the Rain” czy „Depression Unrest”. Te kawałki zmiażdżą wasze mózgi potężną porcją ciężarnych riffów i gęstego bębnienia. „Renewal” to porcja metalu dla wyrobionego słuchacza, który potrafi dostrzec więcej niż tylko bezmyślną łupankę. Za to jaka bije z tej muzyki pasja i energia! Coś kapitalnego! Opętańczy wokal Petrozzy dopełnia treściwego, porażającego albumu, który, choć pędzi prosto przed siebie z niebezpieczną prędkością, ma w sobie sporo inteligencji i smaczków. Agresja potrafi wyglądać przepięknie. Thrashowy majstersztyk. Intensywny, dziki, agresywny, a zarazem nietoporny, zróżnicowany. Niemiecka machina pracuje na pełnych obrotach, generując konkretny, najwyższej próby, thrashowy łomot. I choć po cichu liczę na jakiś powrót do korzeni albo udany eksperyment na miarę „Renewal” czy „Outcast”, to myślę, że jednak w ogólnym rozrachunku Niemcy dokładnie wiedzą, co robią i doskonale na tym wychodzą, kierując swoją muzykę do coraz szerszej publiczności…

Odpowiedz
Paweł 8 grudnia 2018 at 06:18

Fani zespołu Kreator w 1995 roku, otrzymali dzieło pod tytułem “Cause for Conflict”.
Płyta ta ukazuje świetną wyobraźnię i pomysłowość twórców. Na tej płycie zespół wyciągnął miażdżący arsenał!
Zaczyna się niewinnie, lecz z każdą kolejną minutą narasta oblężenie. Wokal jest niczym ogień, który nas trawi i nie możemy się od niego uwolnić. Będzie nas trawił powoli i stonowanie, lub nagle z wybuchem agresji. Instrumenty również są bezlitosne. Niekiedy usłyszeć można niewinne, wojenne taiko, aby chwilę później rozjechał nas czołg. Bardzo duża różnorodność rytmiczna na tej płycie ,sprawia, że na pewno przy niej nie zaśniemy.
“Cause for Conflict” słucha się przede wszystkim z bardzo dużym zaciekawieniem.

Ocena 9/10

Kocham thrash metal. Lecz każdą płytę, zawsze oceniam racjonalnie. W tym przypadku surowo. Dlatego, tylko 9/10.

Odpowiedz
Rafał 8 grudnia 2018 at 10:08

1 stycznia 1992. Fani Kreatora dostają do rąk nowy album „Renewal” i… konsternacja. Niewiele ponad rok wcześniej ukazał się „Coma of Souls”. Wszyscy piali z zachwytu! W podobnym okresie Slayer wypuścił „Seasons in the Abyss”. Oba te albumy to teraz „klasyka klasyki” thrash’u. Mija rok i nagle co? Kreator nagrywa płytę spokojną, wręcz nastrojową, klimatyczną. Podnoszą się najpierw ciche, potem coraz donośniejsze głosy „Mille, Ventor. Was haben Sie gemacht!?” (tł: Coście do chol…y zrobili!). Niedowierzanie, nawet konsternacja. Pojawia się obawa czy dawny Kreator, czyli agresja, szybkość, szalone gitary, to już przeszłość? Nie, tak się nie stało.
Bądźmy szczerzy. Mało jest fanów Kreatora, którzy uważają „Renewal” za swój ulubiony album. Ale z perspektywy kolejnych lat i kolejnych dokonań trzeba docenić, że choć zespół wrócił do mocniejszego brzmienia, to w jego obecnej twórczości zostało dużo z tego odważnego eksperymentu. Słuchając Phantom Antichrist lub Gods of Violence zastanówcie się czy bębny Ventora nie są czasem podobne jak na Renewal – potężne, mocne, ale i rozsądne. Czy riffy gitar nie wycinają jednak więcej melodii niż na albumach z lat 80.? To zaczęło się właśnie od ’92 roku.
Nie musimy kochać Renewal, ale go doceńmy. I krzyknijmy „Gute Arbeit Jungs!”

*po ewentualnej wygranej w konkursie, bilety pójdą na aukcję charytatywną na rzecz Fundacji Odnowy Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie “O ZDROWIE DZIECKA”

Odpowiedz
Maja 8 grudnia 2018 at 10:53

Zauroczona (przez Diabła) [Dimmu Borgir „Enthrone Darkness Triumphant”]

To płyta pod wieloma względami pierwsza.
To pierwsza płyta, na której znalazło się charakterystyczne, nowoczesne logo zespołu. To również pierwszy w dorobku zespołu album długogrający, wykonany w całości w języku angielskim. Dzięki temu przekaz grupy stał się bardziej czytelny poza rodzinną Norwegią.

Uważam, że to pierwsza płyta zespołu, na której znalazła się tak bardzo zróżnicowana, a zarazem spójna muzyka. Czego tu nie ma! Jest dostojeństwo i majestat w otwierającym „Mourning Palace”, są rozbudowane partie klawiszowe, które w świetnym „In Death’s Embrace” tworzą coś więcej, niż tło dla reszty instrumentów. Jest czysta, nieokiełznana furia we wściekłym i brutalnym “Relinquishment Of Spirit And Flesh”, czy zarejestrowanym ponownie, przearanżowanym „Master Of Disharmony”. Tu przyznam, że wolę wersję z minialbumu „Devil’s Path”, z transowym, mrocznym, bardzo plemiennym wstępem. Wreszcie na „Enthrone Darkness Triumphant” jest spokój i nastrój. W wyciszonym „Entrance”, w którym gitary całkowicie ustępują miejsca pozostałym instrumentom i w zamykającym tę wspaniałą płytę „A Succubus In Rapture”, który ze swoim podniosłym, nostalgicznym klimatem pozostawia słuchacza z poczuciem ogromnego niedosytu.

“Enthrone Darkness Triumphant” to dla mnie płyta, od której Dimmu Borgir tak naprawdę się rozpoczęło. Nowoczesna, ponadczasowa, łącząca brutalność i melodię w idealnych proporcjach. Nigdy wcześniej muzyka Dimmu Borgir nie była tak potężna i majestatyczna. Skok jakościowy, jaki dokonał się od wydanej zaledwie rok wcześniej „Stormblast” jest imponujący. „Enthrone Darkness Triumphant” wyznaczyła kierunek, w jakim zespół podąża po dziś dzień, a ja nie wyobrażam sobie koncertu zespołu bez „Mourning Palace”, czy „Spellbound (By The Devil)”. Zresztą, chyba nikt sobie tego nie wyobraża.
Mocne 10/10

Odpowiedz
Joanna 8 grudnia 2018 at 11:01

W moim przypadku wybór albumu do zrecenzowania jest oczywisty, będzie to “Coma Of Souls”. W mojej opinii jest to ostatni i ciągle zastanawiam się, czy nie najlepszy, naprawdę thrashowy album Kratora, po którym nastąpiło kilka lat spadku formy, aż do wydania doskonałego “Violent Revolution”.
Pierwszą styczność z Kratorem (i w ogóle z muzyką metalową) miałam, gdy mój brat w podwórkowych wymiankach przehandlował Hulka Hogana za kasetę Kreatora “Extreme Agression”.
To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, bo byłam wtedy łagodną dziesięcioletnią dziewczynką i kaseta przeleżała trochę na półce.
Ale że z bratem mieliśmy trochę kaset, a magnetofon tylko jeden, słuchaliśmy ich metodą losową. Więc co i rusz między Snapem, Top One (sic!) ale też Big Cycem był słuchany Kreator.
I tak, jakieś 3 lata później, wybuchła moja wielka miłość do tego (najlepszego!) wg mnie metalowego zespołu oraz do muzyki metalowej.
Po Extreme Agression” poszło jak z płatka, po kolei “Endless Pain”, “Pleasure to Kill”, “Terrible Certainty” (którego nie mogłam nigdzie zdobyć) no i własnie “Coma Of Souls”.
“Coma Of Souls” to album niesamowicie spójny. Jest spójny tematycznie (porusza społeczne tematy: opowiada o upadku ludzkości, terrorze, handlu ludźmi itp.) jak i muzycznie.
Rozpoczyna się spokojnie od gitary akustycznej utworem “When The Sun Burns Red” (tak, tak, to piosenka o globalnym ociepleniu) ale niech nikogo to nie zmyli, bo zaraz po tym wstępie nadciąga krzyk Mille Petrozzy rozpoczynający thrashową ucztę. Cała ta piosenka jest w ogóle bardzo skomplikowana muzycznie (jak z resztą cała płyta), ma pełno zmian rytmu, muzyki i doskonałych solówek. Kolejna piosenka to tytułowa “Coma of souls”, która kontynuuje muzycznie to co “When The Sun Burns Red” rozpoczęło. Zaraz po niej nadchodzi chyba jedna z najbardziej znanych piosenek Kreatora, której nie braknie na żadnym koncercie na którym byłam – “People of The Lie”, czyli kolejna dynamiczna piosenka o ludzkim zakłamaniu z przegenialną wg mnie solówką. Nie będę opisywać tutaj wszystkich piosenek kolejno, bo wszytskie są po prostu dobre i żadna nie odstaje poziomem od reszty. Wspomnę może tylko jeszcze krótko o “Agents of Brutality” znów z przepiękną solówką, o “Twisted Urges” czyli o piosence o handlu ludźmi i wykorzystaniu seksualnym, w której oprócz tekstu bardzo cenię niepokojący początek i rytmikę, oraz o “Terror Zone” z doskonałym długim intro.
Podsumowując, “Coma Of Souls” to album wybitny. Album przy którym nóżka tupie od początku do końca. Album o refrenach, które zawsze śpiewa cała sala. I wreszcie album który powinni poznać wszyscy wielbiciele mocnej muzyki, nie tylko thrashowcy. W mojej ocenie 10/10.

Odpowiedz
Krzysiek 8 grudnia 2018 at 11:26

Będąc człowiekiem przekornym, postanowiłem napisać o albumie, o którym wielu fanów Kreatora woli nie pamiętać, równie duża grupa otwarcie go nienawidzi, a ci którym się podoba często wolą pozostawić tę opinię dla siebie. Mowa oczywiście o Endoramie, o której sam lider Kreatora zdaje się często wypowiadać niczym władca (a w tym wypadku raczej kapłan) tłumaczący się przed swoimi wyznawcami z poczęcia dziecka z nieprawego łoża. Może to porównanie nieco na wyrost, jednak uważam, że w dużej mierze oddaje status tej płyty wśród fanów, jak i samych twórców. Co jest w tym krążku takiego, że wzbudza tak wiele kontrowersji? Wszyscy wiemy, że lata 90 były ciężkie (i niestety nie chodzi tu o brzmienie gitar) dla twórców thrashowych riffów. Wiele kultowych kapel dotkniętych falą przede wszystkim grunge’u i innych nowych brzmień postanowiły odwiesić swoje instrumenty na kołku (patrz Death Angel). Metallica uważana za pioniera gatunku z powodzeniem dostosowała się do nowopowstałych trendów, a nawet Slayer będący do tamtej pory jedną z najbardziej bezkompromisowych kapel zaczął uderzać w tony czerpiące ze świeższych odmian metalu. Co robi w tym czasie Mille Petrozza ze swoją bandą? Zdaje się nie patrzeć na mody, niewzruszenie kując kolejne thrash metalowe płyty. Pod koniec tysiąclecia coś się jednak zmienia. W 1999 roku wychodzi album, który na zawsze podzieli fanów zespołu. Endorama to zdecydowane odejście od brzmienia, do którego przyzwyczaił nas Kreator na rzecz kompozycji kojarzących się raczej z gotyckim rockiem. Żeby nikt nie miał wątpliwości, do tytułowego utworu płyty zostaje zaproszony lider szwajcarskiej Lacrimosy będącej przedstawicielem tego gatunku. Czy jeśli jednak spojrzymy na Endoramę nie przez pryzmat wcześniejszych (a teraz również późniejszych) dokonań Kreatora, to album ten jest naprawdę aż tak zły? Dobre brzmienie (chociaż jak zawsze znalazłoby się kilka mankamentów), spójność i chwytliwe kompozycje (czego przykładem może być właśnie utwór tytułowy płyty) sprawiają, że krążek jest naprawdę przyzwoity. Wydaje się, że zespół, a przede wszystkim twardo pociągający za sznurki lider, zdobył się na prawdziwą odwagę, robiąc dokładnie to, na co miał ochotę, nagrywając taką płytę, wiedząc, że jest czymś, czego fani grupy kompletnie się nie spodziewają. Mimo iż obecnie zaprzecza, że wstydzi się tego posunięcia, już nigdy nie powrócił do tego typu eksperymentów, zwracając się ponownie na kolejnych płytach do grania bezkompromisowego thrash metalu. Kreator to dziś zdecydowany klasyk gatunku, a jego riffami inspirują się rzesze młodych kapel (patrz Szwecja), jednak podejrzewam, że wielu fanom może brakować (choć pewnie lwia część z nich się do tego nie przyzna) oryginalności i otwartości, jaką zespół pokazał na Endoramie. Może jednak warto byłoby choć raz zrobić jeszcze coś na przekór i pokazać, że nawet prekursorzy gatunku mogą czasem skoczyć w bok i wyjść poza jego ramy?

Odpowiedz
Nikodem 8 grudnia 2018 at 11:40

Dimmu Borgir – „Eonian”. Z czasem poznałem się na tym albumie i poświęcałem mu przynajmniej parę przesłuchań dziennie. Na chwilę obecną odświeżam go sobie co drugi-trzeci dzień i nie myślę już o „Eonian” jako o symfonicznym opus magnum ostatnich lat, jako że w tym samym czasie mniej więcej trafił do mnie nowy Septicflesh – „Codex Omega” i stwierdzam, że Grecy są jednak o niebo lepsi w te symfoniczne klocki 😉 Co nie zmienia faktu, że „Eonian” to w swojej kategorii (czytaj: muzyka rozrywkowa) meisterwerk. Wiadomo, są płyty których chce się słuchać w blasku świec i z lampką wina w ręku, a są też takie, podczas słuchania których przyjemniej tłucze się schabowe. Ja przy „Eonian” schabowe tłukę jak najbardziej i bynajmniej nie uważam, że to tej płycie w jakikolwiek sposób urąga. Przecie nie można w kółko słuchać Enslaved czy Akercocke, bo przy tych artystycznie ambitniejszych zespołach człowiek się spina i napręża umysłowo, a czasami trzeba się po prostu rozerwać i pomachać dynią niezobowiązująco. A do tego nowy Dimmu nadaje się doskonale, trza jeno odrzucić stereotypy, uchylić klapki z oczu i uszu, i po prostu dać się ponieść muzyce. Wszystkim burger-haterom proponuję puścić na luz, przykryć serwetkami wszystkie płyty Bużum i Darktrołn, zapomnieć na jakiś czas o tej całej trv-kvlt filozofii i po prostu cieszyć się muzyką Norwegów. Przestańcie biadolić i wkręcać sobie ortodoksyjną śrubę, bo Was dobra muzyka omija! 😉

Odpowiedz
Aga 8 grudnia 2018 at 11:49

Dimmu Borgir to już instytucja. Doceniam, że nigdy nie zeszli poniżej dość wysoko postawionej poprzeczki napompowanego grania, w którym ważniejsze są chór i klawisz niż gitara. Dimmu nie chce zjadać własnego ogona i to jest na plus. Oby tak dalej. Wreszcie jest i od razu powiem, że warto było czekać, otrzymujemy kawał solidnego metalu ze świetnymi melodiami, realizacją i pomysłem. Nowa płyta to dzieło kompletne. Nie ma tu żadnych niepotrzebnych dźwięków, kompozycje są ułożone, świetnie się tego słucha. To najbardziej przystępna ich płyta. Dźwięk klarowny jak nigdy dotąd, nie przesadzili z żadnymi bajerami. Słychać ewolucję i nowe pomysły. Mają naprawdę świetnego wokalistę i rzecz najważniejszą: własny, rozpoznawalny styl. Posłuchałam “Eonian” z wielką przyjemnością. Jak dla mnie proporcje wszystkiego są idealne, nie ma żadnych przerostów formy nad treścią, w dodatku zespół użył żywej orkiestry (czegoś dogodnego dokonał tylko Septic Flesh), riffy są zajebiste, małe przejścia, wtręty melodyjek… Zajebista płyta, wybitna nawet. Są bezsprzecznie gwiazdami. Ci którzy wielbili ich rozbuchane pejzaże parametalowo – operetkowo – symfoniczne, będą z kolei wniebowzięci. Co więcej, ich grono się poszerzy, bo Norwedzy serwują na „Eonian” chyba najbardziej łagodny, melodyjny i przystępny w odbiorze materiał w swojej historii. Symfoniczny black metal melodyjnie podany z dużą szczyptą elektroniki (Samael bardzo mi tu pobrzmiewa). Od pierwszych dźwięków “The Unveiling” słyszymy, że to wciąż te same tuzy symfonicznego metalu, których znamy. Podniosłe chóry, orkiestrowy rozmach. Na „Eonian” słyszymy zespół, który jest świadomy rangi i znaczenia własnych dokonań. pełną gębą, prócz agresji, której tu relatywnie mało, nawiązuje do “Puritanical Euphoric Misanthropia”, “Death Cult Armagedon” czy “In Sorte Diaboli”. Od pierwszych nut już obcujemy z dźwiękami, które mogłyby trafić na soundtrack przywołujący zamaszystością demoniczną odmianę Hansa Zimmera lub momentami Jerry’ego Goldsmitha. Bogate tło orkiestralne, chóry, duperele – pojawiają się praktycznie w każdym kawałku, natomiast gitary schowane są gdzieś na drugim planie i ich gra też daleka jest od tego, z czym Dimmu Borgir można by kojarzyć. Płyty dobrze i przyjemnie się słucha. Jeśli podchodzi się do niej rozrywkowo i nie szuka “wyższej sztuki”, to na prawdę daje radę. Bardzo szybko wpada w ucho. Na kolana rzuciło mnie już samo intro, a potem to już po prostu poległam. Uważam że doskonale się obronili po czystkach personalnych. Płyta jest świeża, ma moc i ducha Dimmu i nie jest wtórna. Dobrze, że uczynili krok ku czemuś innemu jednocześnie pozostając starym Dimmu – dla mnie prawie wypas!
Więcej niespodzianek nie zdradzam, bo w tych już opisanych, mniej więcej pokazałam, czego możecie się spodziewać, a zabawy psuć nikomu z samodzielnego odgrywania materiału nie zamierzam. Może jeszcze tylko uzupełnię tytułem patriotycznego obowiązku, że Daray, biorąc pod uwagę jego słynnych poprzedników, dał pięknie radę. Podobnie zresztą jak i autor okładki, nasz krajan, Zbyszek Bielak.

Odpowiedz

Zostaw komentarz