Image default
RECENZJE

Death metal dla melancholików – recenzja „Constellation of Black Light” Wolfheart

Czy macie takie płyty, których lubicie słuchać tylko w określonych porach dnia czy roku, a w innych po prostu do nich nie wracacie? Bo ja, po przesłuchaniu „Constellation of Black” finów z Wolfheart, uznałem, że jest to krążek po prostu stworzony do tego, aby słuchać go w długie jesienne wieczory. Dla takich okoliczności będzie to z pewnością świetny i klimatyczną soundtrack. Czy oznacza to jednak, że album sprawdzi się tylko jako akompaniament dla jesiennego deszczu?

„Constellation of Black Light” nie zaskakuje pod względem stylistycznym.

Wolfheart podąża w kierunku, który obrał na pierwszym krążku i kontynuował na dwóch kolejnych. Zespół często kategoryzowany jest jako death metal lub melodyjny death metal, ale moim zdaniem to zbyt duże uproszczenia, bo gatunków, które ścierają się i przenikają w tej muzyce, jest o wiele więcej. Obok growlującego wokalu jest tu melodyjne, często podniosłe tło orkiestrowe, a ostre i szybkie riffy mieszają się z akustycznymi wstawkami i akcentami. Prócz deathu pojawia się tu z pewnością doom, gothic, a nawet power metal.

Można odnieść wrażenie, że przy takim nagromadzeniu stylów i gatunków, trudno o nudę. Paradoks jednak polega na tym, że pomimo tego muzyka Wolfheart jest w pewien sposób powtarzalna. Jeśli komuś podpasuje, wtedy ma mnóstwo świetnej muzyki. Jeśli jednak po przesłuchaniu jednego czy dwóch kawałków ten styl nie chwyci – w zasadzie można sobie odpuścić.

Można w zasadzie stwierdzić, że już w pierwszym numerze na „Constellation of Black Light” odsłania wszystkie karty.

„Everlasting Fall” to ponad 10-minutowa podróż przez muzyczne krainy Wolfheart. Jest więc melodyjne, ale niepokojące akustyczne intro, które płynnie przechodzi w ciężki i sunący powoli riff, jak w rasowym doom metalu. Potem zmian nastroju jest jeszcze kilka – jest deathowa kanonada perkusji z szalonymi riffami, są momenty wyciszenia z bogatymi ozdobnikami w tle, a także podniosłe partie klawiszowo-orkiestrowe, nie brakuje też solówki i chwytliwych partii gitary prowadzącej.

Fakt jest taki, że jeśli słuchaczowi spodoba się pierwszy numer, wszystkie pozostałe też przypadną mu do gustu. Zespół do komponowania wykorzystuje bowiem pewien zestaw klocków, które układa w różnych konfiguracjach, ale raczej nie dokupuje nowych zestawów. W drugim na płycie „Breakwater” dostajemy początek, który bez wahania można określić prawdziwym death metalem. Później jednak utwór zwalnia, riff przewodni zaczyna brzmieć bardziej klasycznie, a wokal podniośle. Nie brakuje też obowiązkowego w twórczości Wolfheart wyciszenia, elementów akustycznych, a także – w przypadku tego numeru – świetnej solówki.

Klimat muzyki określiłbym jako melancholijno-refleksyjny.

Dominują dość wolne i kroczące tempa. Rzadziej pojawiają się te średnie i szybkie. Wpływ na odbiór ma również specyficzna produkcja płyty. Gitary są dość mocno schowane, a riffy często zlewają się z melodyjnym i klawiszowym tłem. Gitary rzadko też grają bez jakichkolwiek ozdobników w tle, więc tak naprawdę niezbyt często słuchacz zostaje z nimi sam na sam. A szkoda, bo jak już się wsłuchać, to wioślarze odwalają kawał dobrej roboty.

Wokal z kolei jest mocno uwypuklony. Wątku o brzmieniu nie należy jednak traktowa jako bezwzględnej krytyki. W takim stylu nagrane są w końcu wszystkie płyty Wolfheart. Ma to jednak znaczenie przy odbiorze tej muzyki i wpływa na emocje, które wywołuje. Jeśli ktoś szuka metalowej furii i wściekłości – tutaj tego nie znajdzie. Jeśli natomiast chce wyciszyć się na metalową modłę – krążek będzie jak znalazł.

„Constellation of Black Light” to płyta, którą trudno mi ocenić.

W momencie, w którym ją recenzuję, za oknem pada deszcz, jest ponuro, szaro i smutno. I w takich okolicznościach świetnie mi się słucha tej muzyki. Album jest też bardzo nastrojowy, klimatyczny i mroczny, a utwory są bogato zaaranżowane. Mam jednak świadomość niedociągnięć – muzyka na płycie jest dość powtarzalna, a być może nawet monotonna. Ma specyficzną produkcję, która z pewnością nie każdemu przypadnie do gustu. Ja wystawię raczej wysoką ocenę, ale głównie dlatego, że jesienią mam zawsze dość melancholijny nastrój. A Wolfheart to w mojej opinii właśnie death metal dla melancholików. Nawet tych okazjonalnych.

Wolfheart - Constellation of Black Light, 2018
Wolfheart – Constellation of Black Light, 2018

Lista utworów:

01. Everlasting Fall
02. Breakwater
03. The Saw
04. Forge With Fire
05. Defender
06. Warfare
07. Valkyrie

Podobne artykuły

Recenzja: Me And That Man – Songs of Love and Death

Albert Markowicz

Czy warto było czekać osiem lat? – recenzja „Eonian” zespołu Dimmu Borgir

Szymon Grzybowski

Recenzja: Acid Drinkers – Peep Show

Albert Markowicz

Zostaw komentarz